Ryan Phillippe gościem Yoli



Ryan Phillippe uchodzi za jedną z największych nadziei amerykańskiego kina. Od ponad 10 lat występuje na dużym ekranie. Pamiętamy go ze "Sztormu", "Szkoły uwodzenia", "Gosford Park" i wreszcie zeszłorocznego oscarowego "Crash - Miasta gniewu". W zeszłym roku zagrał u Clinta Eastwooda w "Sztandarze chwały" i było to dla niego znaczące wyzwanie. O tym filmie, ale też o samym Eastwoodzie i Hollywood Ryan Philippe rozmawia z naszą hollywoodzką korespondentką - Yolą Czaderską-Hayek.

Yola Czaderska-Hayek: Twój najnowszy film, "Sztandar chwały", opowiada o jednym z najważniejszych epizodów II wojny światowej: o bitwie o Iwo Jimę. Czy przed rozpoczęciem zdjęć zdawałeś sobie sprawę z tego, co tak naprawdę rozegrało się na tej skalistej wyspie?

Ryan Philippe: Zawsze interesowałem się historią, ale przyznaję, że o tej akurat bitwie nie miałem zbyt wielkiego pojęcia. Nie wiedziałem, ilu ludzi wówczas zginęło, ani też jak wiele musieli dać z siebie żołnierze, by zwyciężyć. Miałem jedynie świadomość, że zdobycie Iwo Jimy miało dla nas olbrzymie znaczenie strategiczne. Kiedy więc dostałem tę rolę, zdałem sobie sprawę, że biorę udział w bardzo ważnym projekcie. Ważnym zarówno ze względów zawodowych, jak i osobistych. Obydwaj moi dziadkowie walczyli podczas II wojny światowej. Ich pokolenie przeżyło czasy Wielkiego Kryzysu, a potem z olbrzymim poświęceniem podniosło świat z ruiny. Rolą w "Sztandarze chwały" chciałem w pewnym sensie spłacić dług, jaki zaciągnęliśmy u tych wspaniałych ludzi.

Czy Twoi dziadkowie po powrocie do domu opowiadali o tym, jak to było na froncie?

Tak, oczywiście, nasłuchałem się wielu wojennych historii. W tamtych czasach, każdy, komu udało się wrócić cało, był uważany za bohatera. A jeśli do tego był, dajmy na to, pilotem myśliwca, od razu stawał się okolicznym idolem. Chłopcy wzorowali się na nim, chcieli być tacy, jak on. Poza tym wówczas nie było mowy o jakichś psychicznych zaburzeniach, o jakichś traumach. Ludzie byli tak wychowani, by nie obnosić się ze swoimi problemami przed całym światem. Dzisiaj bez przerwy słyszy się o żołnierzach, którzy po powrocie z frontu cierpią na jakieś stresy, paranoje... Zmieniły się obyczaje, ale też i zmieniło się nasze nastawienie. Podczas II wojny światowej nikt nie miał wątpliwości, kto jest po dobrej stronie, a kto po złej. Sprawa była oczywista. Obecną sytuację zaś traktujemy z o wiele większą rezerwą. Zwróć uwagę, że dzisiaj praktycznie nie mówi się o bohaterach wojennych! Nie otaczamy już żołnierzy takim uwielbieniem, jak kiedyś. Między innymi dlatego, że sam nasz udział w tej operacji budzi poważne wątpliwości pod względem moralnym. Nasi chłopcy biorą udział w działaniach, których nie popiera spora część społeczeństwa. Nie chciałbym walczyć w takiej wojnie.

Mam wrażenie, że "Sztandar chwały" nawiązuje w pewien sposób do współczesnych czasów.

Oczywiście, porównania nasuwają się same. Mimo to wydaje mi się, że nie ma sensu doszukiwać się na siłę powiązań pomiędzy II wojną światową a tą, która toczy się obecnie. Jak wspomniałem, wtedy były inne czasy i o co innego toczyła się walka. Gdybym żył w tamtej epoce, nie miałbym oporów przed tym, by zgłosić się do armii na ochotnika. Teraz jakoś mnie nie ciągnie... Tym, co najsilniej łączy "Sztandar chwały" z bieżącą sytuacją, jest wątek medialnej propagandy, politycznej manipulacji. Wybrano trzech przypadkowych żołnierzy i wykreowano ich na bohaterów. W latach 40. ubiegłego wieku odbierano takie zabiegi zupełnie inaczej, niż dziś. Ludzie mieli w sobie więcej niewinności, chętniej wierzyli w to, co im się pokazuje. Dzisiaj patrzymy na ekran telewizora i już odruchowo nastawiamy się na to, że ktoś nas chce okłamać. Podkreślam jednak, że mimo pewnych podobieństw nasz film nie jest nawiązaniem do współczesności. Naszym podstawowym zamiarem było nakręcenie historii z czasów II wojny światowej. I na tym się skupiliśmy.

Czy na planie "Sztandaru chwały" miałeś okazję poznać Jamesa Bradleya - autora książki, na podstawie której powstał film?

Tak. Gdy tylko mieliśmy jakieś pytania, wystarczyło do niego zadzwonić lub wysłać e-mail. Pamiętam swoją pierwszą rozmowę z Bradleyem. Wyobraź sobie: gadałem z facetem, który był starszy ode mnie, a ja miałem zagrać jego ojca. Na szczęście okazał się bardzo otwarty i od razu stwierdził, że nadaję się do tej roli. Naprawdę pomagał nam jak tylko mógł. Któregoś razu odwiedził nas na planie. Przyjechał razem z żoną i dziećmi. Wtedy dopiero poczułem, jaka ciąży na mnie odpowiedzialność. Wcieliłem się w człowieka, który istniał naprawdę i który żył otoczony szacunkiem i podziwem. Wtedy akurat kręciliśmy scenę, w której mój bohater zostaje ranny i czołga się w błocie, aby uratować kolegę. Leżałem na ziemi, cały brudny, z usmarowaną twarzą, a kiedy w przerwie między ujęciami popatrzyłem na Bradleya, ten ze łzami w oczach pokazał mi dwa uniesione kciuki. Pomyślałem sobie wtedy: "Boże, dziękuję Ci za to przeżycie".

Jak Ci pracowało z Clintem Eastwoodem? To w końcu żywa legenda współczesnego kina.

Uwielbiam pracować z ludźmi, którzy osiągnęli już zaawansowany etap swojej kariery i wiedzą doskonale, czego chcą. Za młodu zdążyli się wyszumieć, a teraz podchodzą do swojej pracy spokojnie i bez hałasu. Zamiast rozkazywać, próbują człowiekowi coś przekazać. Na planie panuje cisza, a film praktycznie kręci się sam. Wszyscy są odprężeni, nie ma jakiegoś niepotrzebnego napięcia. Clint traktuje wszystkich z ogromnym szacunkiem, od aktorów po techników i oświetleniowców. Dzięki temu każdy wkłada w swoją pracę mnóstwo serca, każdy chce, żeby wszystko wyszło jak najlepiej. Jeśli Eastwood angażuje kogoś do jakiejś roli, to dlatego, że jest przekonany, iż ten właśnie człowiek się do tego nadaje. Dlatego daje ludziom wolną rękę. Nikogo nie ogranicza, woli raczej, by ktoś go zaskoczył jakimś niespodziewanym pomysłem. Nie lubi zamęczać aktorów nadmiarem prób i dubli. Stawia raczej na autentyzm. Jeżeli na przykład się zająkniesz czy mrugniesz nie w tym momencie - nie szkodzi, dodajesz swojej postaci wiarygodności. A przy okazji zyskujesz na czasie. Clint nie lubi wstawać przed dziewiątą, ale za to jest niesamowicie zorganizowany. Kilka razy zdarzyło się, że dzienny plan zdjęć wykonaliśmy już w porze obiadowej. Naprawdę tak sprawnie to działa.

Podejrzewam, że sam fakt, iż pracuje się z mistrzem, dodaje człowiekowi skrzydeł...

No pewnie! Jako dzieciak uwielbiałem filmy Eastwooda i nawet nie marzyłem o tym, że kiedyś spotkamy się na planie. A tu proszę - całkiem niedawno stałem sobie na Times Square, rozmawiając z Clintem Eastwoodem i Stevenem Spielbergiem. To jeden z takich momentów, kiedy ma się ochotę chwycić za telefon i powiedzieć: "Cześć, mamo! Nie uwierzysz, co mi się właśnie przydarzyło...". (śmiech).

A nie odczuwałeś na początku tremy w jego obecności?

Na pewno tak, ale w przypadku Clinta trema bardzo szybko przechodzi. To naprawdę uprzejmy, bezpośredni człowiek. Można z nim usiąść, napić się piwa i pogadać. Na planie raczył nas opowieściami z własnego pobytu w wojsku. Najbardziej utkwił mi w pamięci dzień, w którym odwiedził nas w domu razem z żoną. Przyszli też Adam i Jesse (Adam Beach i Jesse Bradford, filmowi partnerzy Ryana Phillippe’a - Y.Cz.-H.) ze swoimi kobietami. Siedzieliśmy do drugiej w nocy, pijąc wino i rozmawiając. Clint usiadł przy fortepianie i zagrał główny temat ze ścieżki dźwiękowej "Sztandaru...", nad którym właśnie pracował. Czegoś takiego nigdy nie zapomnę: Clint Eastwood grał u mnie w domu muzykę ze swojego filmu. To był naprawdę wyjątkowy wieczór.

Próbował Ci doradzać, jak masz pokierować swoją karierą?

Raczej nie. Człowiek, który siedzi w tym zawodzie przez tyle lat, doskonale zdaje sobie sprawę, że udzielanie dobrych rad po prostu nie ma sensu. Zbyt wiele bowiem zależy od losu. Nie ma ludzi nieomylnych, każdy kiedyś popełni jakiś błąd albo nakręci kiepski film. Ta branża jest nieprzewidywalna, potencjalny hit może zrobić klapę - i odwrotnie. Clint zwierzył mi się tylko z jednej rzeczy: że cieszy się, iż za jego czasów nie było tylu tabloidów, a aktorzy nie znajdowali się na każdym kroku pod ostrzałem paparazzich. Chyba by tego nie wytrzymał (śmiech).

Pamiętasz pierwszy film z Eastwoodem, jaki zobaczyłeś?

To było chyba "Bez przebaczenia". Ten tytuł w każdym razie kojarzę najbardziej. Byłem wtedy za młody, żeby znać wcześniejsze filmy Clinta. Urodziłem się w 1974 roku, a on już wtedy był wielką gwiazdą. Na pewno jako dzieciak widziałem coś w telewizji, kołacze mi się po głowie między innymi "Jak tylko potrafisz"... Ale "Bez przebaczenia" był pierwszym filmem Eastwooda, na jaki wybrałem się do kina. Dlatego tak silnie zapadł mi w pamięć.

No właśnie, przecież Clint Eastwood ma już 76 lat! W tym wieku powinien już siedzieć przy kominku i niańczyć wnuki...

To nieprawda, że ma 76 lat. Nie wierzę w to (śmiech). Ma jakieś 45, tylko udaje starszego.

< Skąd on bierze tyle siły?

Przede wszystkim przez cały czas dba o siebie. Codziennie ćwiczy w siłowni. Odpowiednio się odżywia. Przypomniała mi się taka śmieszna historia: podczas zdjęć w Islandii, Barry Pepper (odtwórca roli Mike’a Stranka w "Sztandarze chwały" - Y. Cz.-H.) i Clint poszli razem pakować. Barry najpierw obserwował Eastwooda, a kiedy ten wreszcie zszedł z maszyny, Barry spróbował podnieść ten sam ciężar... i nie mógł! (śmiech) A w dniu, kiedy mieliśmy kręcić scenę stawiania flagi, śmigłowiec miał zabrać nas na sam szczyt. I teraz uważaj: jest wpół do siódmej rano, a co robi Clint? Zakłada plecak i idzie pod górę na piechotę! W wieku 76 lat! Ten facet jest naprawdę wyjątkowy! Na planie był naprawdę niezmordowany. Pamiętam, że kiedy zeszliśmy już z tej góry, wsiadł do helikoptera, żeby dorobić kilka ujęć z powietrza, po czym śmigłowiec wylądował, Clint wyszedł, wsiadł na quada i odjechał. I tyle go widzieliśmy. To jest właśnie Clint Eastwood. Kawał wariata.

Dość już o nim, porozmawiajmy wreszcie o Tobie. Osiągnąłeś już chyba wszystko. Twoja kariera świetnie się rozwija, masz wspaniałą żonę i dwoje dzieci... Jak udaje Ci się godzić rodzinne życie z zawodowym?

Mam w sobie mnóstwo energii (śmiech). Osiągnąłem już taki etap, w którym czuję, że się rozwijam, że jestem coraz lepszy w tym, co robię. Odkąd siedzę w tej branży, sporo zmieniło się wokół mnie - i ja sam zmieniłem się również. Inaczej patrzę na świat i rozumiem wiele rzeczy, które wcześniej nie miały dla mnie sensu. Oczywiście nie jest mi łatwo, gdy przez dłuższy czas kręcę film gdzieś z dala od dzieci, ale zdarzają się też okresy, kiedy przez kilka miesięcy jestem z rodziną przez 24 godziny na dobę. Coś za coś. Nie zawsze wszystko udaje się pogodzić, ale z drugiej strony na tym polega życie. Przez cały czas trzeba dokonywać różnych wyborów i nauczyć się iść na kompromis. Jakoś daję sobie radę.

Czy uważasz, że Twoja popularność wpływa w jakikolwiek sposób na to, czym się zajmujesz?

Każdemu chyba zależy na tym, by postrzegano go jak najlepiej. Ja jednak kładę nacisk na to, by ludzie znali nie tyle moją osobę, co raczej moje role. Bardzo chętnie biorę udział w promocji filmów, w których grałem, szczególnie jeśli jestem z nich tak zadowolony, jak na przykład ze "Sztandaru chwały". Nie mam jednak ochoty na to, by ktoś obcy znał szczegóły mojego życia prywatnego. Po prostu nie rozmawiam o tym, co robię poza pracą. Nie chodzę po imprezach, nie uprawiam seksu z przypadkowymi panienkami (śmiech)... Kiedy mam wolny czas, liczy się tylko moja rodzina. Ale nikomu nic do tego. Odcinam się wtedy od całego świata. Zyskuję na tym także pod względem zawodowym: im mniej publiczność o mnie wie, tym więcej mogę jej dać jako aktor. Nie grozi mi zaszufladkowanie, mogę zaskakiwać widzów nietypowymi rolami. I o to mi właśnie chodzi.

Czym się kierujesz, przyjmując lub odrzucając propozycje ról?

Mam bardzo prostą zasadę: nie gram w filmach, których sam nie chciałbym obejrzeć. Nie interesują mnie też filmy, które są powtórką z tego, co już kiedyś widziałem. Nie chcę podążać po niczyich śladach. Lubię być oryginalny, lubię wywoływać emocje u widzów, nawet jeśli miałbym ich wnerwiać. Szukam takich ról, które mi na to pozwolą.

Odpowiedz mi zatem, czemu powstaje tak wiele kiepskich filmów?

To najlepsze pytanie, jakie mi zadałaś i żałuję, że nie znam na nie odpowiedzi. Może jestem naiwny, ale wydaje mi się, że każdy reżyser chce, by jego film był dobry - tylko nie każdemu się udaje. Problem tkwi chyba w tym, że ludzie zabierają się za kręcenie filmów z różnych pobudek. Jedni pragną coś ludziom przekazać, a inni chcą po prostu zarobić. Potrzeba nam więcej scenarzystów, więcej nowych pomysłów. Większość hollywoodzkiego repertuaru to wałkowane wciąż od nowa te same historie. Pokażmy wreszcie coś innego! Trzeba wyrwać widzów z letargu. Trzeba nimi wstrząsnąć. Muszą zobaczyć coś, czego jeszcze nie widzieli. Nie musimy bez przerwy głaskać ludzi po głowach. Powkurzajmy ich trochę - to się zawsze sprawdza.



[Yola Czaderska-Hayek]