Ken Watanabe gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojego najnowszego filmu, "Listy z Iwo Jimy". Jak odbierają tę opowieść Twoi rodacy?

Ken Watanabe: Większość Japończyków nie ma dziś pojęcia o tym, jak wielką tragedią była dla naszego kraju bitwa o Iwo Jimę. Przez wiele lat o tym po prostu się nie mówiło. Nawet ci żołnierze, którym udało się przeżyć starcie, niechętnie opowiadali o tym, co działo się na wyspie. Nie wspominam już o tym, że końca wojny doczekało bardzo niewielu. Podczas kręcenia filmu olbrzymim źródłem wiedzy były dla nas listy, które pisał generał Kuribayashi i jego podkomendni. Cieszę się, że Clint Eastwood nakręcił "Listy z Iwo Jimy" i pokazał prawdziwy obraz tego, co działo się w szeregach japońskiej armii. Jestem dumny z tego, że mogłem w tym filmie zagrać.

Wizerunek japońskich żołnierzy różni się od tego, co dotychczas mieliśmy okazję oglądać w kinie. Bohaterowie pokazani są jako przeciętni ludzie: nudzą się w oczekiwaniu na rozkazy, żartują, wspominają najbliższych...

Nie ma w tym nic niezwykłego. Do wojska szli przecież, jak to nazwałaś, przeciętni ludzie. To normalne więc, że tak się zachowywali. Propagandowy obraz to jedno, a rzeczywistość to drugie. Wielu żołnierzy tak naprawdę nie miało ochoty walczyć, zmuszały ich do tego rozkazy. Nie widzieli powodu, dla którego mają strzelać do jakichś obcych ludzi. W tym także nie ma nic nadzwyczajnego.

Dla generała Kuribayashiego konieczność walki z Amerykanami musiała oznaczać straszliwy dylemat. Nie uważał się przecież za wroga Stanów Zjednoczonych.

To prawda. Generał przez pięć lat kształcił się w USA i Kanadzie, zaprzyjaźnił się tu z wieloma ludźmi. Darzył Stany Zjednoczone autentyczną sympatią. Rozumiał amerykańską ekonomię, gospodarkę przemysłową, poznawał taktykę wojskową. Przygotowując się do roli, spostrzegłem, że pod wieloma względami nasze życie układało się podobnie. Ja również pracuję w Ameryce i mam tu wielu przyjaciół. I też podoba mi się ten kraj. Na szczęście nie muszę chwytać za broń przeciwko USA. Generał, niestety, nie miał wyboru. Mogę się tylko domyślać, jakie uczucia musiał w sobie stłumić.

Nie chciałabym, abyś mnie źle zrozumiał, ale mam wrażenie, że tacy oficerowie, jak generał Kuribayashi, należeli w japońskiej armii do wyjątków...

Rzeczywiście, generał wyróżniał się pod wieloma względami. Był wytrawnym strategiem i obmyślając taktykę walki, kierował się przede wszystkim zdrowym rozsądkiem, a nie ideologicznymi mrzonkami. A należy jeszcze wziąć pod uwagę, że musiał podejmować wiele decyzji, nie mając pojęcia, jak wygląda sytuacja na świecie. Nie miał dostępu do rzetelnych informacji, poruszał się po omacku. Byłem pod wielkim wrażeniem jego osoby, studiując poświęcone mu dokumenty. Niestety, muszę Ci przyznać rację: takich oficerów było niewielu. Podczas II wojny światowej w japońskiej armii panował dziwaczny zwyczaj: inteligentnych, potrafiących samodzielnie myśleć dowódców wysyłano na front, gdzie często ginęli razem ze swoimi żołnierzami. Tymczasem nieudacznicy i karierowicze zasiadali bezpiecznie w sztabie, skąd wydawali absurdalne rozkazy.

Zastanowiło mnie to, co powiedziałeś o samej bitwie: że w Japonii o tym się po prostu nie mówi. Dlaczego?

Historia naszego kraju nie składa się wyłącznie z sukcesów i zwycięstw. Istnieją w niej także pewne, że tak powiem, wstydliwe elementy. Takie choćby, jak nasz udział w II wojnie światowej i przegrana pod Iwo Jimą. Tego rodzaju epizody po prostu się przemilcza. W szkołach nie wspomina się ani słowem o Iwo Jimie. Skutek jest taki, że kolejne pokolenia wyrastają w kompletnej niewiedzy na temat tego, co działo się na świecie zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Dlatego właśnie takie filmy, jak "Listy z Iwo Jimy" są potrzebne, by otworzyć ludziom oczy, by przekazać im prawdę. Podczas kampanii promocyjnej w Japonii miałem okazję spotkać się z uczniami szkół średnich. Zachęcałem ich do nauki historii, bo to najlepszy sposób na to, by nie powtarzać błędów z przeszłości.

Skoro już mówimy o Twoim kraju, to zmieńmy na chwilę temat. Wytłumacz mi, na czym polega fenomen coraz większej popularności japońskich filmów? Coraz więcej trafia ich do Ameryki, Hollywood też się nimi interesuje...

Och, to nie mi powinnaś zadawać takie pytanie (śmiech). Nie potrafię powiedzieć, czemu tak się dzieje. Być może po prostu publiczność chce obejrzeć jakiś dobry, ciekawy film i produkcje z Japonii spełniają jej oczekiwania. O sukcesie czy niepowodzeniu decydują przede wszystkim widzowie.

Przez wiele lat pracowałeś w Japonii, teraz kręcisz filmy w Hollywood. Jakie masz dalsze plany?

Głównym motorem, który popycha mnie do działania, jest ciekawość. Zawsze szukam interesujących ról, interesujących scenariuszy. Nie chcę popadać w stereotypy, unikam zaszufladkowania, dlatego często wybieram bardzo różnorodne filmy: od poważnych po zabawne. Nawet jeśli mam zagrać "typowego Japończyka", który zachowuje się tak, jak zachodnia publiczność wyobraża sobie mieszkańców mojego kraju - to nie szkodzi. Jeśli mam dobry scenariusz, dobrego reżysera i dobre towarzystwo - to przyjmuję propozycję.

Jak w takim razie pracowało Ci się z Clintem Eastwoodem? "Listy z Iwo Jimy" to dość specyficzny projekt, choćby z tego powodu, że na planie posługiwano się dwoma językami...

Przed Clintem i jego amerykańską ekipą stanęło wielkie wyzwanie. Dokonali rzeczy nieprawdopodobnej: nakręcili stuprocentowo japoński film. Japońskie jest w nim wszystko: od aktorów, poprzez język, aż po styl opowiadania. Kiedy pokazywaliśmy "Listy z Iwo Jimy" u nas w kraju, widzowie byli zdumieni, że nakręcił to Amerykanin! Po prostu nie mogli w to uwierzyć... Wraz z Clintem włożyliśmy wiele wysiłku w przygotowanie każdego detalu, włącznie z opracowaniem dialogów. Każdy z bohaterów ma własny styl wypowiedzi, zależny od jego pochodzenia, edukacji i stopnia wojskowego. Co ciekawe, Clint praktycznie nie korzystał z usług tłumacza. Zależało mu na tym, by wszystkie wypowiedzi brzmiały naturalnie, bez teatralnej sztuczności. Jeśli ktoś się pomylił lub zająknął, nie szkodzi. Przecież w codziennym życiu również popełniamy błędy, przejęzyczenia. Dzięki drobnym pomyłkom dialogi bohaterów zyskały na wiarygodności. Clint zaufał nam, Japończykom, że dołożymy wszelkich starań, by film wypadł jak najlepiej. A ja nie mogłem oprzeć się pewnemu wrażeniu: nieco ponad 60 lat temu żołnierze dwóch krajów strzelali do siebie na Iwo Jimie, a dziś my w najlepszej zgodzie nakręciliśmy o tym film. To było dla nas wszystkich niesamowite doświadczenie.

Czy trudno było Wam odtworzyć atmosferę tamtych dni?

Clint chciał przede wszystkim opowiedzieć widzom ciekawą historię. Nie chciał epatować ich dydaktycznym, antywojennym przesłaniem. Jego zamiarem było ukazanie wydarzeń z tamtych czasów. Morał każdy może dopowiedzieć sobie sam po wyjściu z kina. Co zaś do odtworzenia atmosfery, to przyznaję, przyszło to nam nie bez trudu. Młodzi aktorzy w większości po raz pierwszy kręcili film z obcojęzyczną ekipą. Było to dla nich nowe przeżycie i potrzebowali nieco czasu, by się odnaleźć w tej sytuacji. W pewnym momencie przyłapałem się na tym, że czuję się niemal dosłownie jak generał Kuribayashi. On również miał pod swoim dowództwem zespół młodych, niedoświadczonych ludzi i musiał ich poprowadzić do walki. Odbyliśmy wiele rozmów, przeprowadziliśmy wiele przygotowań - wszystko po to, by wykrzesać z aktorów zapał i energię. I udało się! Nasza praca przebiegła w bardzo komfortowych warunkach. W pierwszej chwili byłem naprawdę zdziwiony, bo przecież kręciliśmy film wojenny - na planie powinno być mnóstwo huku i zamieszania, a tymczasem nic z tego. Podczas realizacji zdjęć panował nadzwyczajny wręcz spokój. Mimo iż często byliśmy zlani potem i pokryci od stóp do głów brudem z pola bitwy, nikt nie narzekał na zmęczenie. Taka już jest specyfika pracy z Clintem. Dzięki temu, że od lat kręci filmy z tymi samymi ludźmi, rozumieją się bez słów. Wszystko idzie gładko. Naprawdę, nie mogę się go nachwalić (śmiech).

Clint Eastwood słynie z tego, że daje aktorom wolną rękę. Czy w Twoim przypadku również tak było?

Tak, w każdej chwili mogłem z nim porozmawiać na temat roli. Jeżeli miałem jakiś pomysł na to, by pokazać moją postać od nieoczekiwanej strony, wystarczyło tylko powiedzieć. Wiele scen dopisaliśmy do scenariusza bezpośrednio na planie. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć Clint oznajmił nam, że skrypt należy traktować jak architektoniczny projekt; to zaś, jak będzie wyglądał gotowy budynek, zależy wyłącznie od nas samych.

Czy przed nakręceniem tego filmu byłeś kiedykolwiek na Iwo Jimie?

Odwiedziłem Iwo Jimę dopiero po zakończeniu zdjęć. Gdy pojawiłem się na wyspie, ogarnęło mnie wrażenie, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Przecież na tych samych kamieniach przelewali krew żołnierze obydwu armii. Wszystko wyglądało tak, jakby bitwa zakończyła się zaledwie wczoraj. Poszedłem na górę Suribachi w towarzystwie kilku Amerykanów. Tam wspólnie pomodliliśmy się za dusze wszystkich, którzy walczyli po obu stronach i oddali życie na Iwo Jimie. Pomyślałem wówczas, że w ten sposób pośrednio spełnia się przesłanie filmu: apel o przyjaźń i współpracę pomiędzy dwoma narodami.

Jak sądzisz, czy w prawdziwym wojsku nadawałbyś się na generała?

Kto wie? (śmiech) Być może...



[Yola Czaderska-Hayek]