Renee Zellweger gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Jak przygotowywałaś się do roli Beatrix Potter? Studiowałaś jej biografię, czytałaś książki?

Renee Zellweger: Tuż przed rozpoczęciem zdjęć dowiedziałam się, że w Londynie otwarto wystawę obrazów Beatrix Potter. Oczywiście wybrałam się na nią. Zaskoczyła mnie kolekcja jej szkiców rysowanych z natury. Nie miałam pojęcia, że ta kobieta miała tak rozwinięty talent malarski. Zaintrygowały mnie również jej listy do przyjaciół z Ameryki, które pokazano na wystawie. A co poza tym? Przeczytałam jej pamiętniki, odwiedziłam jej dom, który do dziś sprawia wrażenie bajkowej chatki... To było niesamowite doświadczenie: na pewien czas zagłębiłam się w przeszłości, przeglądając archiwalne materiały. Rozmawiałam z właścicielami wydawnictwa Warne Company, którzy opiekują się spuścizną Beatrix Potter. Dzięki nim dowiedziałam się mnóstwa rzeczy, których nie ma w oficjalnej biografii pisarki. Jestem im za to bardzo wdzięczna.

Wspomniałaś o listach. Czy w epoce Internetu i poczty elektronicznej zdarza Ci się napisać zwyczajny, papierowy list?

Pisanie listów było jednym z moich ulubionych zajęć w dzieciństwie. Często korespondowałam z członkami rodziny, ze znajomymi... Wszystkie te zapisane kartki zachowały się do dzisiaj. Czasem do nich wracam i wspominam krewnych, którzy już nie żyją... A dzisiaj? Wożę ze sobą laptopa. Mój adres e-mailowy zna bardzo niewiele osób, dlatego moja elektroniczna korespondencja jest z reguły bardzo intymna. Szczerze mówiąc, wolę maile od telefonu. Kiedy piszę do kogoś, mogę naprawdę skupić się nad tym, co chcę wyrazić. Nie rozpraszają mnie te wszystkie formalności, jakie towarzyszą rozmowie przez słuchawkę: 'Cześć, jak się masz, co u ciebie'... Chyba po prostu lepiej wychodzi mi pisanie, czuję się bardziej komfortowo przed monitorem. Choć czasami trudno mi znaleźć odpowiednie słowa, kiedy na przykład jestem skonana po całonocnej podróży samolotem.

W filmie poznajemy Beatrix Potter nie tylko jako autorkę książek dla dzieci, ale także jako zakochaną kobietę...

Muszę powiedzieć, że ten wątek w scenariuszu spodobał mi się najbardziej. Beatrix łączyła z Normanem Warne'em (Ewan McGregor - Y. Cz.-H.) głęboka sympatia i niezwykła duchowa więź. Dwoje dorosłych ludzi, którzy zachowywali się z taką uroczą, dziecinną nieśmiałością... Ze współczesnego punktu widzenia ich romans wydaje się bardzo niewinny, ale wtedy na takie rzeczy patrzono inaczej. Dla Beatrix i Normana liczyło się każde spojrzenie, każdy gest. Nie umieli okazać sobie nawzajem, jak wiele dla siebie znaczą. Czuli się zakłopotani, skrępowani - zupełnie jak młodzi ludzie, którzy po raz pierwszy odkrywają nieznane im uczucia. Przyznaję, że będąc na miejscu Beatrix, sama nie wiedziałabym, jak zareagować. Jestem typem samotnika i nie bardzo wiem, jak się zachowywać na randce. Cenię sobie prywatność, rzadko ukazuję swoją prawdziwą naturę w kontaktach z osobami, których nie znam.

Chris Noonan, reżyser "Miss Potter", twierdzi, że na planie niemal całkowicie zrosłaś się z graną przez siebie postacią. Jak udało Ci się osiągnąć taki efekt?

Przede wszystkim zawsze próbuję zrozumieć swoją bohaterkę. Kim jest? Co sprawia, że zachowuje się tak, a nie inaczej? W przypadku filmu biograficznego zadanie jest o tyle trudniejsze, że wiele scen można zweryfikować, sięgając do odpowiedniej dokumentacji. W każdej chwili może paść zarzut: 'Nieprawda, tak wcale nie było!'. Istnieją przecież zdjęcia, zapisy rozmów, relacje świadków... Trzeba przygotować się do roli naprawdę drobiazgowo. Jeśli idzie o Beatrix Potter, sprawa robi się jeszcze bardziej zagmatwana, ponieważ na temat jej osoby krąży mnóstwo sprzecznych opinii. Im więcej czytałam poświęconych jej opracowań, tym mniejsze miałam pojęcie o tym, jaka była naprawdę. Musiałam po prostu samodzielnie zinterpretować tę postać. Mam nadzieję, że moja wizja Beatrix Potter jest w miarę bliska rzeczywistości.

A czy to prawda, że mówienie z brytyjskim akcentem przychodzi Ci już bez wysiłku?

O nie! Zaprzeczam (śmiech). Teraz jest mi na pewno łatwiej, bo przeszłam już trening, ale wciąż mam pewne trudności. Dlatego, kiedy kręciliśmy film, nawet po pracy mówiłam z brytyjskim akcentem, żeby nie wypaść z wprawy. Chodziło w końcu o to, by ta wymowa wychodziła mi naturalnie, by nie zmuszać się do modelowania głosu. Aczkolwiek przyznaję, że kiedy mówi się z obcym akcentem, pracują zupełnie inne mięśnie. Pod koniec każdego dnia zdjęciowego cała twarz mnie bolała (śmiech).

Rodzina Beatrix Potter nie doceniała jej talentu. A jak wyglądają Twoje relacje z bliskimi?

Rodzice wspierają mnie przy każdej okazji. Zawsze. Przed premierą każdego filmu czekam niecierpliwie, aż go zobaczą. Ich opinia bardzo wiele dla mnie znaczy. Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili, czego mnie nauczyli... Kiedy byłam mała, razem z bratem urządzaliśmy przedstawienia teatralne w salonie i zmuszaliśmy do ich oglądania naszych biednych rodziców (śmiech). A oni ze wszystkim sił starali się udawać, że ich to interesuje (śmiech). Na samo wspomnienie robi mi się ciepło na sercu.

To powspominajmy jeszcze trochę. Kiedy przyszedł Ci do głowy pomysł, by zostać aktorką?

Dobre pytanie! Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia. Chyba po obejrzeniu jakiegoś filmu postanowiłam, że wybiorę ten zawód. Ale co to mogło być?... W dzieciństwie rzadko chodziłam do kina. Pamiętam, że widziałam "Pippi", a także "Grease", choć to był film od lat 15. Razem z przyjaciółkami zakradłyśmy się na salę i nikt nas nie zauważył przez cały seans. Ale byłyśmy z siebie dumne!... Jedyny film, na który wybraliśmy się całą rodziną, to "Bliskie spotkania trzeciego stopnia". Byłam wtedy bardzo mała i za nic nie mogłam pojąć, o co w nim chodziło. Czemu główny bohater usypał górę ziemi na środku salonu? Gdybym to ja zrobiła coś takiego, od razu byłaby awantura (śmiech). Po przeprowadzce do Los Angeles obejrzałam "Wichry namiętności" i "Sułtanów westernu". I byłam wtedy pod wielkim wrażeniem, bo sama stawiałam pierwsze kroki w świecie kina. Brałam udział w realizacji jakiegoś niskobudżetowego, półamatorskiego filmu na podstawie opowiadania Flannery O'Connor. Strasznie mi się podobała ta praca, choć tak naprawdę nie mam pojęcia, czemu. Kręciliśmy w jakichś potwornie spartańskich warunkach. Na zdjęcia w plenerze wyjechaliśmy gdzieś w okolice Bostonu, do małego miasteczka, w którym główny sklep stał zamknięty od 50 lat. A jak się zajrzało przez wystawową szybę, to można było zobaczyć, że wszystkie towary nadal stoją na półkach, pokryte warstwą kurzu. To było strasznie nostalgiczne przeżycie: usiąść na frontowych schodach, wśród tych wszystkich pająków, gwoździ i drzazg, i popatrzeć na resztki dawnej świetności wymarłego miasta. Pamiętam też, jak wszyscy cieszyliśmy się z tego, że razem udało się nam stworzyć coś ciekawego, mieliśmy takie poczucie artystycznej wspólnoty. Chyba właśnie dlatego zdecydowałam się zostać aktorką. I nie przeszło mi do tej pory.

Czy aktorstwo pomogło Ci nabrać pewności siebie? Sprawiasz wrażenie zamkniętej w sobie osoby...

Coś jest na rzeczy. Gdy nie pracuję przed kamerą, nie lubię rzucać się w oczy. Wolę, gdy ludzie znają mnie za pośrednictwem moich ról. Bardzo lubię moją pracę, uwielbiam wcielać się w osoby, które mają zupełnie inny charakter, niż ja. Natomiast ten zawód ma jeden bardzo poważny minus: gdy człowiek zdobywa popularność, może na długi czas pożegnać się z prywatnością. A ja bardzo źle sobie radzę w świetle reflektorów. Może dlatego, że nie lubię uzewnętrzniać tego, co się we mnie kryje. Tak naprawdę tylko kilka osób może powiedzieć, że zna mnie naprawdę. Nie zwierzam się w wywiadach ze swoich intymnych przeżyć. Po pierwsze, dlatego, że należą tylko do mnie, są częścią mojego świata. Po drugie, jeśli ujawniłabym je mediom, straciłyby dla mnie wartość. Domyślam się, że jak na kryteria panujące w Hollywood, uchodzę pewnie za straszną nudziarę, ale z drugiej strony, jeśli powierzysz mi jakiś sekret, to przynajmniej masz gwarancję, że pięć minut później nie wypaplam go dziennikarzom.

Obecnie pracujesz razem z George'em Clooneyem nad jego nowym filmem, "Leatherheads". Co to za produkcja?

Na temat samego filmu niewiele mogę zdradzić. Powiem za to z czystym sumieniem, że bardzo cieszę się ze wspólnej pracy z George'em. To wspaniały człowiek. Twardo trzyma się swoich przekonań i nie obawia się konsekwencji. A przy jest fantastycznym przyjacielem. Należy do tych, co pamiętają o cudzych urodzinach. Nie wspominam już o tym, że uważam go za znakomitego reżysera. Kiedy obejrzałam "Niebezpieczny umysł", byłam dumna z George'a. Naprawdę! Ale żeby nie było zbyt cukierkowo, zdaję sobie także sprawę, że to niepoprawny kawalarz (śmiech). Na planie robi koleżankom głupie dowcipy (śmiech). A ja z moim spokojnym charakterem będę jego idealnym celem. Już się boję.

Ostatnie pytanie. Twoje filmowe bohaterki, Bridget Jones i Beatrix Potter, regularnie prowadziły pamiętniki. A czy Ty masz dziennik, do którego wpisujesz swoje przemyślenia?

Tak, mam swój pamiętnik, ale nie w konwencjonalnym sensie. Nie opisuję, co się zdarzyło danego dnia, nie utrwalam swoich odczuć. Zamiast tego umieszczam w notesie rozmaite cytaty, kawałki wierszy, które znaczą dla mnie coś szczególnego. Nikt tego nie czyta poza mną, nie muszę więc troszczyć się o przejrzystość. Zaglądając do dziennika, przypominam sobie konkretne wydarzenia i nastroje, które towarzyszyły dawnym wpisom. Chociaż coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że powinnam zacząć prowadzić normalny pamiętnik. Wokół mnie tyle się dzieje, że nie sposób zachować wszystkiego we wspomnieniach. Boję się, że kiedyś zapomnę o czymś ważnym. Dlatego chyba w końcu wezmę długopis i zabiorę się do roboty.



[Yola Czaderska-Hayek]