Will Ferrell gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się słyszeć tajemnicze głosy?

Will Ferrell: Ostatnio słyszałem głównie Emmę Thompson (śmiech). A poza tym cały czas mam wrażenie, że ktoś do mnie mówi. Chwileczkę... (nasłuchuje) A nie, zdawało mi się. Tak naprawdę cały czas pojawiają mi się w głowie rozmaite myśli i chwilami już nie wiem, czy to ja wpadłem na jakiś pomysł, czy to ktoś mi go telepatycznie podsunął. Mój nieszczęsny mózg pracuje w nadgodzinach, bo przez cały czas się nad czymś zastanawiam. Tematów do przemyśleń mi nie brakuje, ale nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie działa ludzki umysł. Podejrzewam, że to po prostu czysta chemia, nic się tu nie dzieje. Chociaż z drugiej strony ciekawie byłoby posłuchać takiego wewnętrznego głosu. Nie miałbym nic przeciwko, żeby mówił do mnie na przykład Kim Dżong Il. Może wtedy byłbym w stanie zrozumieć, co się dzieje w głowie tego faceta.

W porównaniu z Twoimi wcześniejszymi dokonaniami "Przypadek Harolda Cricka" to opowieść nieco poważniejszego kalibru. Czemu zdecydowałeś się na udział w tym projekcie? Chciałeś odpocząć od typowej komedii?

Słyszałem o tym projekcie od dość dawna. To był jeden z tych scenariuszy, o których mówiło się w całym mieście. Wielu aktorów ostrzyło sobie zęby, ale na szczęście reżyser zdecydował się na mnie. I jestem mu za to oczywiście bardzo wdzięczny! Dla mnie była to nie tylko okazja, by zagrać w prestiżowym filmie, ale także szansa, by sprawdzić się w nietypowej dla siebie roli. Poza tym niesamowicie spodobała mi się sama historia. Przyznam Ci się, że na początku byłem trochę przerażony, nie wiedziałem, czy dam radę, ale jakoś wszystko się dobrze skończyło.

Jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z reżyserem?

Szedłem na nie pełen obaw. Nie wiedziałem, czego tak naprawdę on ode mnie chce. Problem w tym, że nie jestem zbyt dobry w negocjacjach. Nie zawsze potrafię się dobrze zareklamować. Dlatego ta rozmowa była dla mnie jednym wielkim znakiem zapytania. Na szczęście moje obawy okazały się niesłuszne. Usiedliśmy sobie, pogadaliśmy jak dwaj starzy znajomi. To było naprawdę przyjemne spotkanie. Marc opowiedział mi trochę o filmie i wtedy właśnie dotarło do mnie, że chce, bym to ja zagrał Harolda Cricka. Nie mogłem w to uwierzyć - wspominałem Ci już, że "Przypadek..." to jeden z tych scenariuszy, które wszyscy wyrywają sobie z rąk i każdy mówi: 'Muszę dostać tę rolę'. A tu nagle reżyser oznajmia: 'Will, wybrałem ciebie'.

A czy kiedykolwiek przeszły Ci koło nosa jakieś role, które bardzo chciałeś zagrać?

Oczywiście, ale nie żałuję tego. Nie jestem zazdrosny - chociaż między nami, uwielbiam Twoje czerwone róże i chętnie bym Ci jedną zabrał - dlatego staram się dostrzegać głównie pozytywne strony życia. Nie udało się? Trudno. Następnym razem będzie lepiej. Choć trochę szkoda, że ominęła mnie rola w "Bezdrożach". Zawsze chciałem pracować razem z Alexandrem Payne'em. No i nie mogę przeboleć, że nie zagrałem w "Schmidcie".

Chciałeś zagrać rolę którą dostał Jack Nicholson?

Nie, chciałem zagrać jego filmowego zięcia.

Marc Forster, reżyser "Przypadku Harolda Cricka", reprezentuje zupełnie odmienny rodzaj kina, niż to, jakie dotąd było Twoją specjalnością. Jak udało Wam się dogadać? Połączyło Was poczucie humoru?

Daj spokój, Marc to Szwajcar niemieckiego pochodzenia. On nie ma pojęcia, co to jest poczucie humoru (śmiech).

Naprawdę?

Oczywiście żartuję. Marc jest dość specyficznym człowiekiem, jeśli chodzi o żarty. Lubi raczej inteligentny, finezyjny dowcip. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakiego rodzaju produkcje mam za sobą i bardzo mu to odpowiadało. Chciał nakręcić film pełen paradoksów - a jednym z nich miał być fakt, że w roli szarego, udręczonego człowieczka, który próbuje zapobiec uśmierceniu go przez pisarkę, występuje zwariowany komik. Mimo że pochodzimy z różnych środowisk, co do jednego byliśmy absolutnie zgodni: chcieliśmy, aby "Przypadek..." odniósł sukces.

A czy na planie reżyser objawił jakoś swoje poczucie humoru? Próbował jakoś rozbawić aktorów?

Niech pomyślę... Pamiętam, była taka bardzo nieśmieszna sytuacja, kiedy przyłapałem go w mojej przyczepie, jak grzebał mi w portfelu... (śmiech) A ja na to: Wiedziałem! Nie, oczywiście zmyśliłem to (śmiech). Ale za to przypominam sobie, jak podczas imprezy karaoke zmusiłem go, żeby zaśpiewał piosenkę z "Titanica". Serio! To było naprawdę słodkie. Marc ma głos jak słowik. Szwajcarski słowik.

Szwajcarzy naprawdę nie znają się na żartach?

Czy Szwajcarzy - nie wiem. Na pewno zaś mogę powiedzieć, że co do Niemców to nieprawda. W ubiegłym roku byłem w Berlinie i naprawdę bawiłem się świetnie. Berlińczycy to wspaniali ludzie. Śmialiśmy się z tych samych żartów i w ogóle było fajnie. Humor to rzecz specyficzna, nierozerwalnie związana z kulturą danego kraju. Niektóre rzeczy bawią ludzi mniej, inne bardziej. Są jednak takie dowcipy, które cieszą ludzi pod każdą szerokością geograficzną.

Wróćmy do "Przypadku...". Gdybyś, wzorem Harolda Cricka, jakimś cudem dowiedział się, że został Ci tylko miesiąc życia, co byś zrobił?

Wykupiłbym miesięczny karnet w siłowni (śmiech). I przez cały ten czas ćwiczyłbym zawzięcie. Dzięki temu przynajmniej umarłbym zdrowszy. I ładnie wyglądałbym w trumnie (śmiech).

A jeśli miałbyś okazję przeżyć na nowo jakieś wydarzenia z przeszłości? I przy okazji coś w niej zmienić?

Nie wiem, czy miałbym ochotę zmieniać cokolwiek w swojej przeszłości. Jestem zadowolony z tego, jak ułożyło mi się w życiu. No cóż - może, gdybym jeszcze raz trafił do college'u, częściej rozmawiałbym z nauczycielami. Mam takie poczucie, że poświęciłem zdecydowanie za mało uwagi kontaktom z ciałem pedagogicznym. To ważne, bo chodziłem do prywatnej szkoły, za którą trzeba było płacić ciężkie pieniądze (śmiech). Przynajmniej coś by z tego człowiek miał... A co poza tym? Zawsze chciałem zostać zawodowym piłkarzem, a w szkole ani razu nie grałem w piłkę. Zamiast tego grałem w koszykówkę. Hmm, coś jeszcze? Być może jako dzieciak nie byłbym taki wredny dla mojego młodszego brata. Naprawdę parę razy nieźle mu dopiekłem... Chociaż zaraz, bez przesady. Tego bym nie zmieniał (śmiech).

Jesteś niesamowicie popularny, zarówno dzięki filmom, jak i telewizji, a w "Przypadku..." musiałeś zagrać zahukanego przeciętniaka. Jakie to uczucie?

Nie przesadzaj, trochę jeszcze pamiętam, jak to było, zanim zostałem gwiazdą (śmiech). Prawda jest taka, że kiedyś byłem wręcz chorobliwie nieśmiały. Wiesz, jeden z tych, co zawsze mają spóźniony zapłon i nigdy nie są przy forsie. Oczywiście nadrabiałem to swoim poczuciem humoru, ale w sumie, jak sobie teraz o tym przypomnę, niespecjalnie mi to pomagało. Dziewczyny mnie lubiły, ale mało która chciała się ze mną umówić (śmiech).

Ale teraz jesteś już szczęśliwym małżonkiem!

No tak, teraz już nie gonię kobiet po ulicy (śmiech). Co więc mi pozostało? Chyba zostanę gejem. Tego jeszcze nie próbowałem.

Jak w ogóle wpadłeś na pomysł, żeby zostać komikiem? Podobno najlepsze dowcipy opowiadają najwięksi ponuracy.

Jeśli tak, to ja do tej teorii zdecydowanie nie pasuję. Wychowałem się w bardzo malowniczej, bezpiecznej okolicy, gdzie w zasadzie życie nie sprawiało nikomu większych problemów. Być może właśnie stąd wzięło się moje pogodne, optymistyczne podejście. A poza tym moi rodzice uwielbiają żartować. Często słuchałem opowieści o dowcipach, jakie ojciec robił ludziom w szkole. Część swojej natury przekazał mi pewnie w genach.

Ty też robisz ludziom dowcipy?

Raczej rzadko. Nie robię kawałów w stylu: podłożyć komuś pinezkę na krześle. Jeśli już, to wygłupiam się, udając przez telefon kogoś innego. Na przykład hydraulika albo faceta z elektrowni. Nie chcę się chwalić, ale moja żona parę razy się nabrała. Na szczęście lubi te moje żarty, bo inaczej miałbym przechlapane.

Na planie "Przypadku Harolda Cricka" też nie robiłeś kawałów?

Przykro mi. Wiem, że Cię rozczaruję, ale nie wyciąłem żadnego numeru nikomu: ani Dustinowi Hoffmanowi, ani Maggie Gyllenhaal. Biedny Marc bał się, że podczas realizacji "Przypadku..." będę zamęczał go głupimi telefonami, udając inkasenta, ale na szczęście obyło się bez tego.

Chciałam zapytać Cię o komedię "Ricky Bobby - demon prędkości". Skąd pomysł na taki film?

Spotkałem się kiedyś z Adamem McKayem, z którym wcześniej napisaliśmy scenariusz "Legendy telewizji". No i jakoś tak w rozmowie doszliśmy do wniosku, że coraz więcej ludzi interesuje się wyścigami NASCAR, a w ostatnich latach nikt nie nakręcił o tym żadnego filmu. Ostatnią produkcją tego rodzaju był "Szybki jak błyskawica". Pomyśleliśmy więc, że czas coś z tym zrobić. A zdecydowaliśmy się na komedię po to, by przyciągnąć nie tylko fanów tego sportu, ale i osoby, które nie mają zielonego pojęcia, o co w tej zabawie chodzi. Ironia polega na tym, że zagrałem kierowcę rajdowego, który szaleje na torze, podczas gdy tak naprawdę jeżdżę niesamowicie wolno. Zatrzymuję się na światłach przed każdym skrzyżowaniem. Czasami ludzie z innych wozów pokazują mi środkowy palec przy wyprzedzaniu. A ja w odpowiedzi macham do nich radośnie. W każdym razie w "Rickym Bobbym" musiałem docisnąć pedał gazu do oporu... no i udało się! Projekt odniósł sukces na tyle duży, że sami byliśmy tym zaskoczeni. W sumie można powiedzieć, że nakręciliśmy "Szybkiego jak błyskawica" na wesoło.

Ale "Szybki..." i bez tego był zabawny!

Zgadza się. To bardzo fajna komedia. Szkoda tylko, że nikt tego nie zauważył (śmiech).



[Yola Czaderska-Hayek]