Mark Ruffalo gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Najnowszy film Davida Finchera, "Zodiak", to oparta na faktach historia pościgu za jednym z najsłynniejszych seryjnych morderców w historii Ameryki. Jego tożsamości nigdy do końca nie ustalono...

Mark Ruffalo: To prawda. Jedna z teorii mówi, że zabójcą o kryptonimie "Zodiak" był Arthur Leigh Allen. Jeśli o mnie chodzi, jestem o tym przekonany w jakichś 98 procentach. Zawsze jednak pozostaje 2 procent niepewności. Pewne poszlaki, jakie wypłynęły podczas śledztwa, nie potwierdzają winy Allena.

Sprawa "Zodiaka" zainspirowała między innymi twórców filmu "Brudny Harry". Tyle że tam w finale gliniarz dorwał przestępcę...

Tak, ale "Brudny Harry" to oczywiście fikcja. Rzeczywistość rządzi się innymi prawami. Nie możemy tak po prostu zabić kogoś tylko na podstawie podejrzeń, że to morderca. No, chyba że mamy do dyspozycji olbrzymią armię i chcemy najechać Irak (śmiech).

Trudno się oprzeć wrażeniu, że "Zodiak" nie wystawia zbyt chlubnego świadectwa policji San Francisco. Minęło trzydzieści lat i do dziś nie wiadomo, kim tak naprawdę był ten zabójca!

Musisz wziąć pod uwagę, że to były inne czasy. Mało kto słyszał wtedy o seryjnych mordercach. Nie używano nawet takiego terminu! Kiedy w gazetach pojawiły się informacje o zbrodniach, dla wielu Amerykanów był to prawdziwy szok. Zupełnie, jakby kraj zaatakował Hitler. Nigdy wcześniej ludzie nie zetknęli się z czymś tak przerażającym. Dzisiaj wiadomość o kolejnym psychopatycznym zabójcy nie stanowi już takiej sensacji, ale wówczas w mediach rozpętała się burza. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Gdyby coś podobnego wydarzyło się obecnie, zaraz przyjechałoby FBI i przejęło sprawę. Gazety, radio i telewizja zaś służyłyby schwytaniu mordercy, a nie przekazywaniu jego komunikatów. Nie było wtedy faksów, telefonów komórkowych... W grę wchodziła też rywalizacja pomiędzy instytucjami, a także konkretnymi osobami. Nie było w ogóle mowy o wzajemnym przekazywaniu sobie informacji. Zapanował kompletny chaos, co do tego zgoda, ale nie uważam, że policjanci z San Francisco wykazali się lenistwem i niekompetencją. Ci ludzie naprawdę zrobili wszystko, co było w ich mocy, żeby dopaść mordercę. Dave Toschi i Bill Armstrong dostawali tysiące telefonów wiodących często na fałszywy trop, a przy tym prowadzili jeszcze równolegle inne sprawy. Nikt nie miał pojęcia, jak zorganizować tego rodzaju dochodzenie. Do tego jeszcze sam "Zodiac" umiejętnie podsycał napięcie, zamieszczając w gazetach swoje zaszyfrowane wiadomości. W ten sposób zachęcał ludzi, aby brali udział w jego chorej zabawie! Na zasadzie: "Jeżeli rozwiążesz zagadkę, dowiesz się, kim jestem". Wielu dało się skusić.

Ale jak to możliwe, że ścigano go przez tyle czasu bez żadnych efektów?

Problem tkwi w braku namacalnych dowodów. Istnieje mnóstwo dowodów poszlakowych, nie ma jednak tych najważniejszych, gwarantujących, że to ten, a nie inny człowiek zabijał. Nie można nikogo skazać tylko dlatego, że dysponuje się poszlakami czy choćby osobistym przeczuciem. Poza tym na przeszkodzie stał też sam aparat prawny. Gdy policjanci zaczęli podejrzewać Arthura Leigha Allena, po jego pierwszym przesłuchaniu próbowali zdobyć nakaz rewizji. Wiesz, ile im to zajęło? Dziewięć miesięcy! Przez ten czas można zburzyć cały dom i postawić nowy. Nic więc dziwnego, że nawet jeśli w mieszkaniu Allena znajdowałyby się jakieś dowody, to już dawno zdążyłby je usunąć. Znów jednak stanę w obronie stróżów prawa. Ta olbrzymia zwłoka nie świadczy o opieszałości prokuratora, ale raczej o tym, że wszyscy, którzy brali udział w śledztwie, chcieli mieć pewność, że nie naruszają żadnych przepisów i że nie wsadzą za kratki niewinnego człowieka.

W filmie grasz Dave'a Toschiego, policjanta, który usiłował wytropić "Zodiaka". Czy przed rozpoczęciem zdjęć udało Ci się poznać prawdziwego Dave'a?

Oczywiście. Gdy tylko przyjąłem tę rolę, poprosiłem o spotkanie z nim. Przez dwa dni siedzieliśmy, rozmawiając na temat śledztwa. Dave to fascynujący człowiek. Sprawa "Zodiaca" odcisnęła na nim swoje piętno. Traktował ją bardzo osobiście. Kwestia znalezienia mordercy stała się niemal jego obsesją - w tym sensie, że czuł, jak wielka odpowiedzialność na nim spoczywa. Każda kolejna zbrodnia wzmagała w nim poczucie winy. Także sam "Zodiac" potraktował go jak słabszego partnera w rozgrywce i naśmiewał się z jego bezsilności. Ta historia do dzisiaj w nim tkwi. Co do mnie, starałem się ze wszystkich sił naśladować gesty i sposób mówienia Dave'a - ale w taki sposób, by nie popaść w niezamierzoną karykaturę. Po prostu chciałem, żeby widzowie w kinie poznali autentycznego Dave'a Toschiego.

Czy Dave znał scenariusz? Zgłaszał jakieś poprawki?

Tak, zgodnie z jego sugestią rozbudowaliśmy pewien wątek. Przed spotkaniem wysłałem mu do przeczytania scenariusz, żeby ocenił go pod względem merytorycznym: czy wszystkie szczegóły się zgadzają, czy nie rozminęliśmy się z prawdą... Zgłosił tylko jedną poprawkę. Zależało mu na tym, by pokazać, jak wielką rolę odgrywa w jego życiu rodzina, a zwłaszcza dzieci. Nawet kiedy śledztwo pochłaniało mnóstwo jego czasu, nie zapomniał o swoich ojcowskich obowiązkach. Spełniliśmy więc jego prośbę.

Czy fakt, że to Ty miałeś grać Dave'a, wpłynął na jego nastawienie do filmu?

Tak. Na początku Dave nie chciał mieć nic wspólnego z całym przedsięwzięciem. Jego żona też była temu przeciwna. Na wszelki wypadek zapytał jednak swoje córki, co to za aktor, ten Mark Ruffalo. Okazało się, że znają moje role. Dave obejrzał więc kilka filmów. Mimo to przy naszym pierwszym zetknięciu był bardzo oficjalny i traktował mnie ze sporym dystansem. Spytał: "Czego pan, wielki gwiazdor filmowy, chce od kogoś takiego, jak ja?". Odparłem: "Chcę pana zagrać. Chcę oddać honor temu, co pan zrobił. Zdaję sobie sprawę, że ta historia to bardzo ważny rozdział w pana życiu. Chcę, żeby film po prostu był zgodny z prawdą". I wtedy powoli zaczął mięknąć. W końcu powiedział: "Cieszę się, że to właśnie pan mnie zagra".

Tyle razy wcielałeś się już w policjanta, że chyba wiesz wszystko na temat tej profesji...

Nie do końca. Oczywiście szkoliłem się u prawdziwych policjantów, więc z grubsza mam pojęcie, na czym polega ich praca. Dowcip jednak polega na czym innym. Na ekranie byłem już gliniarzem w Nowym Jorku, w Los Angeles, w San Francisco... I co się okazuje? W każdym z tych miast policja działa inaczej. Detektywi inaczej się ubierają, używają innego żargonu, w inny sposób podchodzą do swoich zajęć... To zupełnie odmienne światy. Dlatego kiedy aktor gra policjanta, musi jeszcze uwzględnić specyficzny klimat danego miasta. Bez tego nie ma co mówić o wiarygodności filmowego bohatera.

Jednym z najważniejszych tematów "Zodiaka" jest obsesja. Czy zdarzyło Ci się kiedyś obłędnie czegoś pragnąć?

No pewnie, mam obsesję na punkcie dziewczyn (śmiech). Żartuję oczywiście. Mówiąc serio: kiedy przygotowuję się do swoich ról, można to nazwać obsesją. Chcę wiedzieć absolutnie wszystko na temat postaci, którą mam zagrać, włącznie z najdrobniejszymi detalami. Oczywiście to dość łagodna forma fiksacji, jestem jednak w stanie wczuć się w sposób myślenia ludzi ogarniętych jakimś dążeniem. Dla Dave'a Toschiego sprawa "Zodiaka" stała się kwestią osobistą, mimo to mieściła się w ramach jego pracy. O prawdziwej obsesji można natomiast mówić w przypadku Roberta Graysmitha. Ten rysownik nie miał żadnego powodu, by zajmować się tropieniem mordercy. A mimo to prywatne śledztwo tak go pochłonęło, że stracił wszystko: żonę, dzieci, rodzinę, pracę... W porównaniu z nim Dave Toschi zachował dystans i zdrowy rozsądek. Mimo to rozumiem ich obydwu, bo sam przez długi czas pragnąłem zostać aktorem i robiłem wszystko w tym kierunku. Podejrzewam też, że David Fincher może mieć na ten temat sporo do powiedzenia, bo sam przez wiele lat interesował się tą historią i zabiegał o nakręcenie "Zodiaka". Hm, właśnie zdałem sobie sprawę, że jest to film, który nakręcił reżyser z obsesją na punkcie faceta, który ma obsesję na punkcie faceta, który ma obsesję na punkcie faceta, który ma obsesję (śmiech).

Skoro wspomniałeś o Davidzie Fincherze, powiedz, jak Ci się z nim pracowało?

Znakomicie. Zacznę może od tego, że na początku wcale nie miałem zamiaru grać w tym filmie. Dostałem do przeczytania scenariusz liczący 110 stron. Nawet mi się podobało, ale jakoś nie potrafiłem ujrzeć siebie w tej historii. Zadzwoniłem więc do Davida z wiadomością: "Chętnie bym z tobą pracował, ale mam taką zasadę, że nie angażuję się w projekty do których nie czuję przekonania". Zaprosił mnie więc na rozmowę. Pokazał mi całe tony materiałów źródłowych dotyczących sprawy "Zodiaka". Powiedział, że chce nakręcić opowieść, dochowując maksymalnej wierności faktom. Po czym zrobił coś, czego w Hollywood się po prostu nie spotyka. Poprosił mnie: "Wiesz co? Zaczekaj parę tygodni, a przyślę ci poprawioną wersję scenariusza". Zatkało mnie. To było niesamowite! Kto inny na jego miejscu pognałby mnie precz, mówiąc: "Słuchaj, koleś, albo w to wchodzisz, albo nie. Na tę rolę czeka pięciu innych, którzy ją wezmą z pocałowaniem ręki. Więc nie zadzieraj nosa" (śmiech). Ale to jest Dave Fincher. Zachował się z olbrzymią klasą. Kiedy wspomniałem, że chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej na temat śledztwa, podsunął mi całe stosy papierów i zdjęć z archiwum. Miał cały pokój, którego ściany wykleił fotografiami z tamtych czasów żeby móc się wczuć w nastrój z lat 70. Niesamowicie zaangażował się w produkcję tego filmu. A przy tym naprawdę świetnie się z nim współpracowało. Nam, aktorom, ułatwiał zadanie, jak tylko mógł.

Co sprawia Ci większą trudność, gdy przygotowujesz się do filmu: role postaci fikcyjnych, które trzeba tworzyć od podstaw, czy też role autentycznych ludzi, wymagające doskonałej imitacji?

Kiedy mam wcielić się w kogoś, kto żyje naprawdę, staram się zazwyczaj z nim spotkać, żeby się dowiedzieć, jak mówi, jak się ubiera, jakie są jego charakterystyczne gesty. Zachowanie takich ludzi jest pełne trudnych czasem do wychwycenia, ale niesłychanie ważnych szczegółów. Staram się je obserwować i wykorzystać podczas tworzenia roli. Dzięki temu na ekranie udaje się wykreować ciekawą, barwną postać z krwi i kości. Oczywiście, gdy mam zagrać jakiegoś fikcyjnego bohatera, nie muszę się niczym ograniczać. Tylko ode mnie zależy, jak ten facet będzie wyglądał. Nie sądzę jednak, bym nawet w najśmielszych snach był w stanie sam wymyślić tyle charakterystycznych gestów, jakie wykonuje Dave Toschi. To dzięki niemu rola w "Zodiaku" należy do najciekawszych w moim dorobku. Odpowiadając więc na Twoje pytanie: trudniej wcielić się w autentycznego człowieka, ale właśnie dlatego wolę tego rodzaju kreacje. Uwielbiam grać prawdziwych, żywych ludzi.



[Yola Czaderska-Hayek]