Quentin Tarantino gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Pamiętam, jak kilkanaście lat temu, tuż po Twoim pierwszym sukcesie, jakim były "Wściekłe psy", rozmawialiśmy na temat przemocy w filmach. Mam wrażenie, że od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal kręcisz opowieści, w których pełno jest krwawych scen. Nigdy nie kusiło Cię, by zrobić coś innego? Na przykład romantyczną komedię?

Quentin Tarantino: Bardzo często słyszę to pytanie. Wiesz, chodzi o to, że robię przede wszystkim takie filmy, jakie sam miałbym ochotę obejrzeć. To moje kino, moja sztuka, moje opowieści. Co do romantycznej komedii, to chcę Ci zwrócić uwagę, że mam to już za sobą. Mój pierwszy scenariusz, jaki napisałem w życiu, to "Prawdziwy romans". Nie uważam tego tytułu za ironiczny. To naprawdę romantyczny film - pod każdym względem jest to romantyczna komedia. Do dziś spotykam ludzi, którzy mówią mi: 'To ulubiony film mojej żony' albo '...mojego męża'. Mało tego, są i tacy, którzy na własnym ślubie recytowali dialogi Alabamy i Clarence'a. Dlatego mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że mam już na koncie romantyczną komedię - tylko, że jest w niej całkiem sporo scen przemocy (śmiech).

W "Death Proof" zadebiutowałeś jako autor zdjęć. Wspominasz to jako wielkie wyzwanie czy raczej jako zabawę?

Bawiłem się całkiem dobrze. Przede wszystkim nie uważam się za wybitnego autora zdjęć filmowych, raczej ograniczyłem się do roboty czysto operatorskiej. Z jednej strony byłem ciekaw, jak to jest, a z drugiej - chciałem mieć w "Death Proof" dokładnie taki obraz, jaki sobie wymarzyłem. Nie zawsze wizja reżysera pokrywa się z wizją autora zdjęć. Czasem kadry, które reżyser uważa za idealne, w oczach autora zdjęć są zbyt jasno oświetlone - i odwrotnie. Często zdarza mi się oglądać filmy cenione przez wielu operatorów i dochodzę do wniosku, że ekran jest zbyt ciemny. Na planie "Death Proof" chciałem ustrzec się takich rozbieżności, więc zająłem się wszystkim sam. Oczywiście wiązało się to z mnóstwem problemów natury technicznej. Kiedy na przykład oświetleniowiec pytał mnie, gdzie ma ustawić reflektor, nie mogłem odesłać go do kierownika zdjęć, tylko musiałem sam podjąć decyzję. A potem, podczas kręcenia, okazywało się, że reflektor włazi w kadr. Więc naturalnie pytałem: 'Kto mi ten sprzęt tu ustawił?', a chłopcy z obsługi technicznej odpowiadali: 'Sam nam kazałeś'. Tak to mniej więcej wyglądało (śmiech).

Nakręciłeś "Grindhouse" do spółki z Robertem Rodriguezem. Od dawna łączy Was artystyczna współpraca. Możesz coś o tym opowiedzieć?

Jesteśmy przyjaciółmi od wielu lat i nasza współpraca przybierała już rozmaite formy. Przed "Grindhouse" naszym największym wspólnym projektem było chyba "Od zmierzchu do świtu". Napisałem do tego filmu scenariusz, byłem jego producentem i zagrałem jedną z głównych ról. Ale tak naprawdę w ostatecznym rozrachunku to był film Roberta. Przyznaję z ręką na sercu, że na planie było mi bardzo trudno trzymać gębę na kłódkę, kiedy coś według mnie szło nie tak. Cały czas musiałem sobie powtarzać: 'Zamknij się! Ty tu tylko grasz, a reżyserem jest kto inny'. W przypadku "Grinhouse" nasze role ułożyły się inaczej. Byliśmy jak dwóch kapitanów na jednym statku. Nie wyobrażam sobie, by udało mi się zrealizować taki projekt z kimkolwiek innym. Mam całkowite zaufanie do Roberta i wierzę w jego talent. Tak naprawdę każdy z nas kręcił swoją część, nie mając pojęcia, co robi ten drugi. Dopiero na trzy tygodnie przed premierą w kinach obejrzeliśmy zmontowany film w całości. Wprowadziliśmy tu i tam kilka zmian... i poszło!

"Death Proof" należy do gatunku 'slasher movie' w którym z reguły psychopatyczny morderca zabija nożem lub siekierą niewinne dziewczyny. U Ciebie zaś narzędziem zbrodni jest samochód...

Chciałem, żeby mój film różnił się od pozostałych. Jeśli przyjrzysz się uważnie 'slasherom', to okazuje się, że niemal wszystkie sprowadzają się do tego samego. Mogą się różnić miejscem akcji, wiekiem bohaterów, ale w gruncie rzeczy chodzi w nich zawsze o to samo. Nie mam nic przeciwko temu, w końcu to jest właśnie powód, dla którego lubię 'slashery'. Ale nie chciałem nakręcić jeszcze jednego filmu w identycznym stylu. To by było zbyt wtórne. Postanowiłem wprowadzić do tego gatunku nowe elementy, podobnie jak zrobiłem we "Wściekłych psach". "Wściekłe psy" również rozgrywają jeden z klasycznych motywów w kinie: napad na bank. Ale w taki sposób, jakiego wcześniej nikt nie zastosował. Dlatego właśnie Kaskader Mike zabija nie nożem, ale samochodem. A poza tym pierwsza połowa "Death Proof" ma kompozycję typowego 'slashera'. Tajemniczy morderca zabija kolejne ofiary, ale jest wśród nich dziewczyna, która ma największe szanse, żeby na końcu ujść z życiem. Najwcześniej orientuje się, że coś jest nie tak, pierwsza dodaje dwa do dwóch i jako jedyna ma najwięcej siły, żeby pokonać zabójcę. Kiedy oglądasz "Death Proof", domyślasz się, która z dziewczyn przeżyje... a potem okazuje się, że nic z tego (śmiech). Specjalnie wykorzystałem klasyczne motywy ze 'slashera', żeby zmylić widzów.

Amerykańska wersja "Grindhouse" różni się od europejskiej. Czemu podzieliliście film? I dlaczego nie ma w nim zwiastunów?

Nie chciałem zwiastunów w wersji europejskiej. Długo kłóciłem się o to z Weinsteinami. Uważam, że zwiastuny są po prostu niepotrzebne. Do Europy trafiają dwa odrębne filmy, bez całej grindhouse'owej otoczki rodem z USA. Nigdzie poza Ameryką nie istniały takie specyficzne kina, nie ma więc sensu na siłę przywoływać tradycji, która byłaby widzom całkowicie obca. Co publiczność, powiedzmy z Sao Paulo, mogą obchodzić grindhouse'y? (śmiech) W zamian za to widzowie spoza Stanów obejrzą rozbudowane wersje "Death Proof" i "Planet Terror" - każdy film będzie dłuższy o pół godziny. W obydwu częściach w wersji amerykańskiej na ekranie pojawia się napis: 'Przepraszamy za usterki, jedna ze szpul z taśmą filmową zaginęła'. I te półgodzinne segmenty zawierać będą właśnie to, co mieściło się na tych zaginionych szpulach.

Wiem, że bardzo dużą wagę przykładasz do scenariusza. Nie miałeś problemów z usunięciem 30 minut z amerykańskiej wersji?

Oczywiście. Bardzo długo zastanawiałem się, co usunąć, by nie rozbić konstrukcji całej opowieści. Musiałem się jednak zdecydować na ten eksperyment, inaczej bowiem "Grindhouse" trwałby łącznie cztery godziny. Poza tym zetknąłem się też z opiniami, że wersja skrócona jest lepsza, bo bohaterki mniej gadają. Mam nadzieję, że "Death Proof" spodoba się także widzom w całości, bez cięć.

A czy pokażecie dwugodzinne wersje swoich filmów także w Ameryce?

Tak, na pewno. Zależy mi na tym, by "Death Proof" i "Planet Terror" ukazały się bez skrótów na DVD. Czy wydamy wersję połączoną, to się jeszcze okaże. W tej chwili nasz projekt istnieje w dwóch edycjach: jako dwa złączone ze sobą półtoragodzinne filmy i jako odrębne dwugodzinne produkcje. Z całą pewnością Robert i ja będziemy dążyli do tego, by na rynku ukazała się także edycja czterogodzinna, zawierająca całość materiału z "Grindhouse".

Złożyłeś już hołd spaghetti westernom, filmom o zemście, o samurajach, produkcjom z Hongkongu, filmom drogi, kinu blaxploitation, 'slasherom'... Cały czas zapowiadasz też nakręcenie opowieści wojennej "Inglorious Bastards". Zostały jeszcze jakieś gatunki filmowe, którymi chciałbyś się zająć?

Tak naprawdę każdy film stanowi odrębny gatunek. Dla mnie na przykład istnieje nurt pod nazwą: filmy Erica Rohmera. Jeśli jakiś reżyser zechce nakręcić jakąś opowieść w hołdzie Rohmerowi, to będzie to hołd dla gatunku, jakim są filmy Rohmera.

Nie wmówisz mi, że kiedy pracowałeś w wypożyczalni wideo, oglądałeś filmy Rohmera!

Oczywiście, że oglądałem. Mało tego, wylansowałem go wśród klientów! Dzięki mnie Eric Rohmer był najpopularniejszym francuskim reżyserem w Manhattan Beach (śmiech). Miałem już opracowaną rozmowę z ludźmi, którzy przychodzili coś obejrzeć. Jeśli ktoś mnie pytał, co to za filmy, odpowiadałem: 'Przede wszystkim Eric Rohmer to świetny reżyser. Robi naprawdę ciekawe rzeczy'. 'Ale co on kręci, komedie?'. 'Komedie? No, może nie. To raczej nie są zabawne historie. Ale naprawdę fajnie się je ogląda!' (śmiech). I nierzadko zdarzało się, że jeśli ktoś przetrwał jeden film, to przychodził wypożyczyć następne. Mówię Ci, nie da się opisać tego uczucia, jakie mnie ogarniało, kiedy udało mi się kogoś nawrócić na dobrą drogę. Kiedy jakiś facet, zamiast filmowego szajsu obejrzał coś naprawdę dobrego i zasmakował w tym. Naprawdę byłem wtedy z siebie dumny... A wracając do Twojego pytania: bardzo chciałbym nakręcić spaghetti western.

W "Kill Bill" prawie Ci się udało!

Tak, wiem, elementy spaghetti westernu są prawie we wszystkich moich filmach. Ale chciałbym kiedyś zrobić taki western z prawdziwego zdarzenia. Problem tylko w tym, że wciąż za mało znam ten gatunek, by określić jego możliwości. Podobnie jak ze 'slasherem', chciałbym podejść do tematu w oryginalny sposób, a nie wiem jeszcze, jakie pomysły były już używane w spaghetti westernach, a jakie nie. No i oczywiście cały czas mam w planach "Inglorious Bastards". To opowieść w stylu "Parszywej dwunastki". Ten gatunek nazywa się: grupa facetów z misją (śmiech). Być może to właśnie będzie mój następny projekt.

Jesteś zapalonym zbieraczem filmów, szczególnie oryginalnych kopii. Ile ich tak naprawdę masz?

Szczerze? Nie mam pojęcia. Nawet boję się liczyć (śmiech). Wtedy dopiero wyszłoby na jaw, jak wielką mam na tym punkcie obsesję (śmiech). Ale na pewno mam ich dużo. Kopie na taśmie 16-milimetrowej i 35-milimetrowej. 'Szesnastki' trzymam w domowej piwnicy, którą przerobiłem na prawdziwy sejf, więc jak się domyślasz, jest on całkiem spory. 'Trzydziestki piątki' przechowuję w specjalnym magazynie, z ochroną, za którą płacę.

Masz jakieś perły w swoich zbiorach?

Jest ich trochę. Sam nawet nie wierzę, że udało mi się je zdobyć. Mam na przykład kopię "Wielkiej ucieczki", kilka lat temu udało mi się też dorwać "Rio Bravo"... A teraz uważaj! Mam całą trylogię Sergia Leone: "Za garść dolarów", "Za kilka dolarów więcej", "Dobry, zły i brzydki". No i oczywiście mam też mnóstwo grindhouse'owych filmów, na przykład moją ulubioną produkcję brytyjskiego reżysera Dereka Forda "Dziewczyna z rakiety Wenus" (śmiech).

A czy jest jakiś film, który koniecznie chciałbyś zdobyć, a którego jeszcze nie masz?

Jest tego mnóstwo, ale problem w tym, że nie mam zbyt wiele czasu na szukanie. Po prostu, jak widzę, że jakiś film jest do zdobycia, to go kupuję. A jeśli miałbym wymienić jakiś jeden, konkretny tytuł?... Już wiem! Jest taki film z Australii. O motocyklach. Nazywa się "Stone". Bardzo mi się podoba. Gdyby ktoś wiedział, gdzie go można dorwać, będę wdzięczny za informację.



[Yola Czaderska-Hayek]