Anthony Hopkins gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Człowiek, którego grasz w filmie "Słaby punkt", jest mistrzem obserwacji. Potrafi dojrzeć u każdego jakąś słabość i bezlitośnie to wykorzystać. Jak myślisz, co takiego zauważyłby u Ciebie?

Anthony Hopkins: Ciastka (śmiech). To zdecydowanie mój najsłabszy punkt. Jestem olbrzymim łasuchem.

Nie wyglądasz na takiego.

Bo dużo ćwiczę. A poza tym bywam też potwornie naiwny. Zdecydowanie za bardzo ufam ludziom. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale ostatnio zdarzyło mi się nakręcić film, za który nie dostałem pieniędzy. Okłamano mnie. Cóż, dałem się namówić na udział, więc pretensje mieć mogę głównie do siebie. Moja żona jest pod tym względem o wiele mądrzejsza. Często suszy mi głowę: "Po co ty w ogóle rozmawiasz z tymi ludźmi? Po co dajesz im swój numer telefonu?". Sam nie wiem, jak to jest, ale zawsze daję się na czymś złapać. I dopiero po fakcie zastanawiam się: rzeczywiście, po co dawałem swój numer nie wiadomo komu?

Interesujące, zważywszy na fakt, że grasz człowieka, który jest w stanie przechytrzyć każdego.

Film to fikcja, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Aktor zaś często wciela się w krańcowo różne postacie. Dla mnie tego rodzaju role stanowią spełnienie fantazji. Często po jakiejś rozmowie zdarza mi się żałować: "Powinienem powiedzieć to czy tamto, trzeba było zachować się inaczej". W filmie zaś to ja kontroluję sytuację, to ja mam ostatnie słowo. Tyle, że - jak mówię - to fikcja.

Bohater "Słabego punktu" zabija niewierną żonę. Czy to zbrodnia z miłości?

Wprost przeciwnie. To zaplanowane z zimną krwią morderstwo. Człowiek, którego gram, jest psychopatą. Jak można zabić kogoś, kogo się kocha? Istnieje oczywiście coś takiego, jak zbrodnia w afekcie. Kiedyś, przygotowując się do jednej z ról, odwiedziłem więzienie w Kalifornii. Poznałem tam mężczyznę, który zabił człowieka po pijanemu. Po prostu siedzieli sobie w barze i facet nagle dostał szału, nie wiadomo nawet, dlaczego. Kiedy wytrzeźwiał, nic nie pamiętał. I w efekcie dostał dożywocie za to, że zrobił coś, z czego kompletnie nie zdawał sobie sprawy. Niezależnie od okoliczności uważam, że odebranie komuś życia jest złe. I nie można go niczym usprawiedliwić.

Słyniesz z tego, że choć wcielasz się w posępnych bohaterów, trudno Ci utrzymać powagę na planie. Czy podczas realizacji "Słabego punktu" też robiłeś kolegom kawały?

Udawałem szczekanie psa. Przez długi czas nikt nie mógł się zorientować, skąd na planie wziął się pies i gdzie on właściwie jest (śmiech). Pamiętam, jak kręciliśmy z Davidem Lynchem"Człowieka słonia". Atmosfera była jak w kostnicy, asystenci reżysera bez przerwy wołali: "Cisza na planie" - to miała być niezwykle poważna produkcja. I nagle wszyscy wpadli w popłoch, bo wśród tego uroczystego milczenia rozległo się miauczenie kota. To oczywiście byłem ja, ale się nie przyznałem (śmiech). Czasami robię takie głupie psikusy, gdy na planie zaczyna się robić zbyt poważnie.

Znowu zagrałeś genialnego, wyrachowanego zbrodniarza. Nie uważasz, że to powtórka z Hannibala Lectera?

Nie, nie sądzę. Przede wszystkim dlatego, że Hannibal Lecter to dla mnie już przeszłość. Nakręciłem trzy filmy i nie zamierzam już wracać do tej postaci. Nie oglądałem nawet tej nowej produkcji, opowiadającej o młodości Lectera. Natomiast pod kilkoma względami doktor z "Milczenia owiec"i Ted Crawford, bohater "Słabego punktu", są do siebie podobni. Obydwaj są bardzo inteligentni i obydwaj są szaleńcami. Nie twierdzę oczywiście, że wszyscy zabójcy to psychopaci, ale naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, żeby zdrowy na umyśle człowiek miał ochotę kogoś zabić z zimną krwią. Domyślam się, że trudno uniknąć skojarzeń, ale zależało mi na tym, by Ted Crawford różnił się od Lectera. Firmowym znakiem Hannibala był jego chłodny, bezosobowy głos. Przyznaję, że wzorowałem się pod tym względem na mówiącym komputerze z "2001: Odysei kosmicznej". Z kolei Crawford jest niesamowicie, wręcz nieludzko opanowany. Gdy ktoś z nim rozmawia, wpatruje się w człowieka nieruchomo. To daje niesamowity efekt, ponieważ na ogół nasze mięśnie poruszają się samoczynnie, tymczasem twarz Crawforda przypomina maskę. Tego rodzaju efekt budzi prawdziwą grozę. Przeżyłem coś podobnego na własnej skórze. Kiedyś w Anglii zdarzyło mi się pracować z reżyserem, który w ogóle nie okazywał emocji. Na planie po prostu siedział nieruchomo, a kiedy ktoś zadawał mu pytanie, nie odpowiadał. Nie cierpieliśmy go (śmiech). Był bardzo dobrym, inteligentnym reżyserem, ale nikt nie chciał z nim pracować. Dzisiaj nie kręci już filmów i wciąż narzeka, że nie ma co robić. Ciekawe, dlaczego (śmiech).

Ty na szczęście nie masz problemów z okazywaniem emocji. Pamiętam naszą rozmowę sprzed kilku lat. Byłeś wtedy o wiele bardziej spięty i zdystansowany. Teraz widzę Cię w o wiele lepszej formie. Małżeństwo Ci służy?

Przesadzasz, po prostu się starzeję (śmiech). Zdałem sobie sprawę, że w sylwestra skończę 70 lat - i kiedy próbowałem podsumować swoje życie, doszedłem do wniosku, że udało mi się spełnić wszystkie marzenia. A poza tym cztery lata temu ożeniłem się z kobietą, która jest o wiele mądrzejsza ode mnie. Poradziła mi, żebym nie podchodził do wszystkiego tak poważnie. I rzeczywiście, sprawdziło się. Przestałem spędzać większość czasu na planie, zacząłem malować, mam wystawę w Las Vegas, trochę też komponuję, gram na pianinie... Napisałem muzykę do filmu, który ostatnio wyreżyserowałem. Dochodzę do wniosku, że na starość człowiek przestaje się przejmować wieloma rzeczami, które wcześniej zatruwały mu życie. Ma za to więcej wolnego czasu i czerpie z tego przyjemność.

Zabawiłeś się w reżysera? Gratulacje! Opowiedz o swoim filmie.

Problem w tym, że nie bardzo wiem, jak. "Slipstream" to taki strumień świadomości, zaprzeczenie wszystkich dotychczasowych reguł, jakimi rządzi się kino. Nakręciłem ten film dla przyjemności, przede wszystkim dla siebie. Cztery lata temu zmarła moja matka. Miała 89 lat. Po jej śmierci zacząłem zastanawiać się nad sobą. Pomyślałem, że życie nie składa się wyłącznie z aktorstwa. Nie mówię, że granie w filmach jest złe, ale potrzebowałem czegoś ponad to. Stella doradziła mi, żebym zajął się malowaniem i muzyką. A któregoś dnia po prostu usiadłem i zacząłem pisać scenariusz. I tak sobie pisałem, pisałem, aż po czterech miesiącach skończyłem. Popatrzyłem na ten tekst i stwierdziłem, że to chyba nie ma sensu. Ale z ciekawości wysłałem wydruk Stevenowi Spielbergowi. Kilka tygodni później zadzwonił do mnie i powiedział, że to świetny scenariusz, tylko bardzo dziwny. Pamiętam jego słowa: "Będziesz miał ciężkie zadanie, żeby ten film sprzedać". A potem napisałem muzykę, no i sam nie wiem, jak to się stało, że w końcu nakręciliśmy "Slipstream". Rzecz trafiła na festiwal w Sundance, gdzie bardzo się spodobała. Teraz staram się znaleźć zagranicznego dystrybutora.

Z tego, co mówisz o swojej żonie, wynika, że praktycznie odmieniła Twoje życie. Miałeś wielkie szczęście, trafiając na taką osobę. A jak się właściwie poznaliście?

To był przypadek. Miałem dom nad Pacyfikiem i chciałem go jakoś umeblować. Tak naprawdę nie miałem pojęcia, jak zaprojektować wnętrze i chodziłem po mieście, szukając natchnienia. Trafiłem w końcu do antykwariatu z meblami indyjskimi, gdzie nigdy wcześniej nie byłem. Przywitała mnie piękna kobieta. Powiedzieliśmy sobie "Dzień dobry", a potem mnie uściskała. Powiedziałem więc "Dzień dobry" jeszcze raz (śmiech). Wydała mi się bardzo miła, ale byłem wtedy tuż po rozwodzie i naprawdę nie miałem ochoty z nikim się wiązać. A już na pewno nie miałem ochoty na kolejne małżeństwo. Zaczęliśmy więc spotykać się w taki niezobowiązujący sposób... A potem minęły dwa lata i 1 marca 2003 roku pobraliśmy się. I dobrze się stało.

Jak sobie radzisz jako malarz? Nie boisz się krytyki?

Nie. Henry Miller powiedział kiedyś: "Nie słuchaj tych, co mówią ci, jak masz malować, a dożyjesz szczęśliwej starości". Jeśli komuś nie podobają się moje obrazy, mówi się trudno. Ja tam wiem tyle, że sprzedają się jak świeże bułeczki (śmiech).

Nie myślisz czasem o emeryturze?

Czy ja wiem? Prędzej pewnie na emeryturę przejdzie mój agent (śmiech). Mam tylko nadzieję, że uda mi się jak najdłużej wytrwać w dobrej formie. Gdy zrobię się zbyt niedołężny, by zapamiętać swoje kwestie, liczę na to, że stać mnie będzie na to, by zejść ze sceny z godnością. Na pewno też nie będę próbował się na siłę odmładzać. Wszystkie te operacje plastyczne, farbowanie włosów, usuwanie zmarszczek - to nie dla mnie. Po co ośmieszać się w ten sposób? I tak wszyscy wiedzą, ile mam lat. Spotkałem kiedyś w Londynie pewnego znanego aktora - jego nazwisko niech pozostanie tajemnicą - którego w pierwszej chwili nie poznałem. Zmienił kolor włosów, wygładził sobie twarz... i wyglądał potwornie sztucznie, jak nie on! Po prostu śmiech na sali. Oczywiście nie ma nic złego w dbaniu o wygląd, ale nie posuwajmy się przy tej okazji do kompletnego absurdu.

Niczego w życiu nie żałujesz?

Jedynie tego, że kilka lat temu nie czułem się tak dobrze, jak dziś (śmiech). Żałuję też trochę, że gdy byłem o wiele młodszy, nie wiedziałem o życiu tego, co wiem teraz. Ale poza tym na nic nie narzekam. Wiem, że popełniłem kilka błędów, ale przynajmniej czegoś mnie one nauczyły. Być może gdyby nie one, nie byłbym dziś takim człowiekiem, jakim jestem. We wszystkim staram się szukać pozytywnych stron. Nawet jeśli ktoś mnie okłamał lub pozwoliłem się wykorzystać. Przynajmniej wiem, żeby uważać w kontaktach z ludźmi.

A dasz mi swój numer telefonu?

(śmiech) Zobaczymy...



[Yola Czaderska-Hayek]