Matt Damon gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Naszą rozmowę powinnam chyba zatytułować 'Wywiad o wywiadzie', ponieważ ostatnio grywasz albo szpiegów, albo postacie powiązane ze światem tajnych operacji.

Matt Damon: To prawda, pamiętaj jednak, że szpiegiem jestem tylko na ekranie. Poznałem, rzecz jasna, podstawowe rzeczy na temat pracy ludzi z wywiadu, ale nie dowiedziałem się niczego, co nie byłoby w ten czy inny sposób oczywiste. Ta profesja ze zrozumiałych względów może budzić obawy, ponieważ kiedy człowiek już wie, jak to wszystko działa, zaczyna nabierać przekonania, że szpiedzy mogą być wszędzie. Ale bez przesady - w większą paranoję można popaść, czytając pierwszą stronę 'New York Timesa'.

Nie obawiasz się, że filmy, w których grasz, ujawniają zbyt wiele na temat pracy w wywiadzie?

Nie sądzę. Na przykład "Dobry agent"opowiada o pierwszych latach istnienia CIA. To są sprawy, o których uczyłem się w szkole. "Syriana"powstała na podstawie wspomnień Boba Baera, byłego szpiega. Był naszym doradcą na planie. Myślę, że dobrze wiedział, co można pokazać na ekranie, a czego nie. Z kolei trylogia z Jasonem Bourne'em to przecież fikcja. Owszem, w "Ultimatum..." mówi się o tym, że Agencja Bezpieczeństwa Narodowego podsłuchuje rozmowy telefoniczne, ale to żadna tajemnica. Wiadomo o tym już od dawna.

Jason Bourne niczym James Bond wychodzi cało z każdej opresji. Ta rola musiała wymagać od Ciebie niemało wysiłku...

Owszem. Starałem się uczestniczyć w realizacji wszystkich scen, ale czasami wyzwanie okazywało się zbyt trudne i musieli mnie zastępować kaskaderzy. Nie jestem aktorem przyzwyczajonym do gry w filmach akcji, więc fizycznie nie byłbym w stanie wykonać tych wszystkich akrobacji. Większość scen jednak nakręciłem sam. Dzisiejszą publiczność bardzo trudno zmylić; widzowie od razu zauważą, kiedy na ekranie pojawi się kaskader. Staraliśmy się więc bardzo, by stworzyć złudzenie, że to naprawdę ja przez cały czas biegam, skaczę i biję się na pięści. Dzięki temu, jak mi się wydaje, film zyskał na wiarygodności.

A co z wiarygodnością psychologiczną? Kto uwierzy, że tego samego faceta po raz trzeci znów ktoś goni?

Dobre pytanie! Spędziliśmy wiele czasu, zastanawiając się nad tym. W "Krucjacie..." sprawa była oczywista: Bourne został wrobiony w zamordowanie dwóch agentów CIA, a potem ktoś przyjechał do Indii i zabił jego dziewczynę. Franka Potentegrała główną kobiecą rolę w pierwszym filmie, po czym na początku drugiego ginie w moich ramionach. Nikt więc się nie dziwił, że Bourne nagle wychodzi z ukrycia i rzuca wyzwanie prześladowcom. W "Ultimatum..." trudniej było uzasadnić jego zachowanie. Nie mogliśmy wrobić go po raz drugi. Nie mogliśmy także wprowadzić kolejnego tragicznie zakończonego wątku miłosnego. Postanowiliśmy więc, że tym razem Bourne będzie po prostu szukał prawdy. Ten człowiek chce się wreszcie dowiedzieć czegoś o sobie. Kim rzeczywiście jest? Kto zrobił z niego maszynę do zabijania? Czy mordowanie ma we krwi, czy też tak go wyszkolono?... Ten wątek stał się podstawą scenariusza.

Podoba mi się to, że Bourne praktycznie nie używa skomplikowanych gadżetów. Zdany jest tylko na siebie.

Staraliśmy się, aby pod tym względem Bourne stanowił całkowite przeciwieństwo Jamesa Bonda, który w swojej pracy zdany jest na wszelkiego rodzaju gadżety. Bourne jest antygadżetowcem. Polega na wrodzonym sprycie, inteligencji i umiejętności przetrwania. Z kolei ludzie, którzy go ścigają, wyposażeni są w najpotężniejszą technologię na świecie. I nic im to nie daje. W postaci Bourne'a fajne jest też to, że nigdy się nie maskuje. Nie nosi peruki ani fałszywych wąsów. Zdaje sobie sprawę, że na lotnisku czy przejściu granicznym nie sposób sprawdzić każdego dokładnie. Dlatego po prostu podchodzi pewnym krokiem, podaje strażnikom paszport i idzie dalej. Ten motyw jest bardzo realistyczny. Służby bezpieczeństwa nie są w stanie dopilnować wszystkiego. Facet z odpowiednimi papierami może podróżować tam, dokąd chce.

Czy uważasz, że w epoce satelitów szpiegowskich, superkomputerów i urządzeń podsłuchowych szkolenie agentów terenowych ma jeszcze sens?

Oczywiście. Żadna maszyna nie zastąpi człowieka. Najcenniejsze informacje wywiadowcze to właśnie te, które człowiek uzyskuje samodzielnie, bez pomocy gadżetów. Poza tym w tej profesji trzeba czasem zdać się na instynkt, na wyczucie. Żaden komputer, choćby i najnowocześniejszy, tego nie potrafi. Szpiegostwo to jeden z najstarszych zawodów świata. I jeden z nielicznych, które mają zapewnioną długą przyszłość. Tajni agenci zawsze byli w cenie. Podczas II wojny światowej jeden z admirałów stwierdził, iż jego oddział kryptologów wart jest tyle, co cała flota na Pacyfiku. Każdy kraj korzysta z usług wywiadu, tylko z oczywistych przyczyn rzadko mówi się o tym głośno. Takie wydarzenia, jak sprawa Litwinienki należą do wyjątków.

Nakręciliście trylogię inspirowaną powieściami Ludluma, ale powstały już kolejne książki z Bourne'em. Macie zamiar przenieść je na ekran?

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Z jednej strony chętnie zagrałbym Bourne'a jeszcze raz, ale z drugiej... Poszukiwanie własnej tożsamości dobiegło już końca. Raczej nie sądzę, żeby scenarzyści kazali bohaterowi jeszcze raz stracić pamięć. Poza tym kolejny film musiałby się nazywać "Tożsamość Webba", bo to przecież prawdziwe nazwisko bohatera.

Bourne mógłby zostać amerykańskim odpowiednikiem Bonda...

Czy ja wiem? Jakoś nie wyobrażam sobie faceta, który dotąd walczył z agencjami rządowymi, żeby teraz nagle zaczął dla nich pracować. Ale kto wie - wszystko zależy od scenariusza. I od Paula (Greengrassa, reżysera "Krucjaty..." i "Ultimatum Bourne'a" - Y. Cz.-H.). Wystąpię w kolejnej części tylko wtedy, gdy on ją nakręci. To jego więc musisz pytać o dalsze losy Bourne'a.

Jason Bourne przez trzy filmy poszukuje własnej tożsamości. A czy Ty, jako aktor, nie masz z tym problemów? W końcu żyjesz z tego, że wcielasz się w inne postacie...

Powiem więcej: bardzo zależy mi na tym, by moje role krańcowo się od siebie różniły. Nie chciałbym zostać zaszufladkowany jako specjalista od postaci jednego typu. Są tacy aktorzy, którzy mają to do siebie, że akceptujesz ich tylko w pewnych rolach. Gdy zaś próbują przełamać swój ustalony wizerunek, okazują się niewiarygodni. Zdarzało mi się rozmawiać z takimi osobami. Na pytanie: 'Co robisz?' odpowiadają zwykle: 'A nic, idę do pracy'. Grają wciąż takie same role, nie czerpią z tego radości i nie rozwijają się zawodowo. Nie chciałbym, aby mnie to kiedykolwiek spotkało. Co do kwestii tożsamości: to nie jest tak, że gdy kamera idzie w ruch, nagle przestaję być sobą i staję się kimś innym. Chodzi raczej o to, że próbuję odnaleźć w sobie cechy, które łączą mnie z bohaterem, którego gram. Czasami dowiaduję się przy tej okazji różnych ciekawych rzeczy o sobie. Dla mnie jako aktora role filmowe to właśnie sposób na wyrażenie własnej tożsamości.

"Ultimatum Bourne'a" kręciliście w kilku krajach. Jak wyglądała praca na planie?

W każdym kraju pracowało się inaczej. Wszędzie, gdzie kręciliśmy zdjęcia, braliśmy do pomocy miejscową ekipę, siłą rzeczy więc pojawiały się problemy językowe. Na planie każdego filmu o Bournie słychać było cztery czy pięć języków. Podczas realizacji 'jedynki' przeważał francuski, w 'dwójce' - niemiecki, a 'trójkę' robiła głównie ekipa anglojęzyczna. Choć nie brakowało też Francuzów i Hiszpanów. Z mojego punktu widzenia kręcenie trylogii było przede wszystkim świetną okazją do podróżowania po świecie. Czułem się jak na bardzo długiej wycieczce. Zwiedziłem kilka krajów w towarzystwie ludzi, których znam i lubię. Poza tym cieszę się, że mogłem pracować z takim zespołem. Spędziliśmy razem tyle czasu, że czuliśmy się jak w rodzinie. Udało nam się razem stworzyć coś ciekawego, z czego jesteśmy naprawdę dumni. Uważam, że w swojej klasie, jako kino rozrywkowe, filmy z Jasonem Bourne'em są naprawdę dobre. Choć czasem zbyt wybuchowe (śmiech). Cenię sobie to, że nie uciekaliśmy się do tanich sztuczek. Jeżeli scenariusz opisywał scenę w Tangerze, to jechaliśmy na zdjęcia do Tangeru. To autentyczne plenery, autentyczne tła, a nie jakieś komputerowe efekty zrobione w Universal Studios. Nie wspominam już o tym, że kręcenie w miejscach publicznych, gdzie zazwyczaj kręci się mnóstwo ludzi, było dla nas także sporym wyzwaniem. Bardzo często to, co działo się poza kadrem, na planie, było równie ekscytujące, jak to, co widać na ekranie.

No dobrze, na planie panował familijny nastrój, ale co z Twoją prawdziwą rodziną? Chyba nie miałeś zbyt wiele czasu dla najbliższych...

Na szczęście tym razem miałem go więcej, niż podczas realizacji dwóch poprzednich części. Przy "Tożsamości..." i "Krucjacie..." pracowaliśmy przez sześć dni w tygodniu. Podczas "Ultimatum..." Paul przeszedł na system pięciodniowy. Ale i tak wyglądało to tak, że na planie pracowałem od świtu do nocy. Rano wstawałem, ruszałem na plan, potem szedłem do siłowni, jadłem coś lekkiego i od razu kładłem się spać. Tylko że teraz, kiedy mam w domu dziecko, odpoczynek nie jest łatwą sprawą. Pod koniec zdjęć praktycznie chodziłem już na rzęsach. Ale prawda jest taka, że chciałem spędzić jak najwięcej czasu z córeczką. Każdy, kto ma dzieci, wie, że podczas pierwszego roku maleństwo rośnie tak szybko, że naprawdę człowiek nie chce tego przegapić. Przyznaję, że żyłem w strasznym rozkroku pomiędzy domem a planem, ale mam nadzieję, że nie wpłynęło to źle na moją grę. Paul w jakimś momencie stwierdził: 'Wiesz? To nawet dobrze, że masz dziecko. Bo teraz, kiedy próbujesz pogodzić pracę z ojcostwem, praktycznie wcale nie sypiasz. To nadaje postaci Bourne'a wiarygodności (śmiech). Widać na jego twarzy ten charakterystyczny ból istnienia. Idealnie'.

Dziesięć lat temu wyruszyliście z Benem Affleckiem na podbój Hollywood. Czy wasza przyjaźń przetrwała tę próbę?

Oczywiście! Nadal jesteśmy w kontakcie i nadal się przyjaźnimy. Z przyjemnością Ci donoszę, że Ben ostatnio nakręcił świetny film. Sam go wyreżyserował. Nazywa się "Gone Baby Gone". Przekonasz się sama, że to kapitalna rzecz. Myślę, że obydwaj osiągnęliśmy pewien etap w życiu, kiedy człowiek ogląda się za siebie i próbuje jakoś podsumować to, co udało mu się osiągnąć. Przez ostatnie dziesięć lat koncentrowaliśmy się głównie na karierze. Teraz pora trochę zwolnić tempo i zastanowić się, co dalej. Nie czujemy już takiej presji, jak kiedyś. Możemy grać w filmach nie tylko dla zarobku i sławy, ale przede wszystkim dla przyjemności. A jeśli uda nam się znowu wspólnie coś nakręcić, będzie to dla mnie prawdziwa frajda.



[Yola Czaderska-Hayek]