Claire Danes gościem Yoli



kręci film za filmem. W ostatnich miesiącach pracowała nad: "Drapieżnikiem", "Wieczorem" i "Gwiezdnym pyle". O tym ostatnim filmie aktora rozmawia z naszą hollywoodzką korespondentką Yolą Czaderską-Hayek.

Yola Czaderska-Hayek: W filmie "Gwiezdny pył" zagrałaś spadającą gwiazdę, która przybiera ludzką postać. Jakie były Twoje wrażenia, gdy zaproponowano Ci tę rolę?

Claire Danes: Nie potrafię tego opisać. To była niesamowita radość. Zupełnie jak gdyby spełniło się moje marzenie z dzieciństwa. Kiedy miałam sześć lat, snułam fantazję, że jestem księżniczką - i to nie taką zwykłą, ale księżniczką z długimi blond lokami, która mieszka wśród chmur, a gdy zstępuje na ziemię, podróżuje na grzbiecie jednorożca. No i oczywiście przeżywa wielką miłość. Wszystko to znalazło się w "Gwiezdnym pyle". Scenariusz był tak fantastyczny, tak dowcipny i pełen uroku, że nie zastanawiałam się nawet przez moment. Nie wspominam nawet o znakomitej obsadzie. Zagrać u boku Roberta De Niro i Michelle Pfeiffer? Chyba nikt by się nie wahał na moim miejscu. To była naprawdę łatwa decyzja.

Najwięcej czasu na ekranie spędzasz jednak z Charliem Coxem, a to przecież jego debiutancka rola. Jak Ci się z nim pracowało?

Świetnie. Przed rozpoczęciem realizacji nie znaliśmy się zbyt dobrze, ale pamiętam zdjęcia próbne, które odbyliśmy razem. Z tą różnicą, że on już miał zaklepaną rolę, a ja dopiero musiałam się o nią postarać. Uderzyło mnie, jak świetnie wtedy wypadł. Trochę zjadły mnie nerwy, musiałam cały czas powtarzać sobie: spokojnie, spokojnie, zagraj najlepiej jak potrafisz, a na pewno mu dorównasz.

Jednym z najważniejszych tematów "Gwiezdnego pyłu" jest poszukiwanie miłości. Czy potrafisz z własnego doświadczenia powiedzieć, co sprawia, że człowiek wie, iż właśnie spotkał kogoś, z kim będzie chciał dzielić swoje życie? Jakich cech poszukujesz w mężczyźnie, w którym mogłabyś się zakochać?

Na pewno musi umieć gotować, bo ja nie potrafię (śmiech). A mówiąc poważnie: mój wymarzony partner musi odznaczać się wyobraźnią, empatią, musi stąpać twardo po ziemi i posługiwać się zdrowym rozsądkiem. Zwłaszcza ta ostatnia cecha, rozsądek, jest dla mnie szczególnie ważna. Trochę potrwało, zanim zdałam sobie z tego sprawę. W przeszłości wiązałam się z różnymi ludźmi... Oczywiście nie chcę powiedzieć nic złego na temat moich byłych chłopaków, byli naprawdę wspaniali - niemniej jednak dzisiaj już wiem, że rozsądek stawiam na pierwszym miejscu.

Teraz też masz wspaniałego chłopaka?

Tak.

Opowiesz coś o nim?

Nie. Powiem tylko tyle, że ma wszystkie te najważniejsze cechy, jakie przed chwilą wymieniłam. I między innymi to mi się w nim podoba.

Skąd wiedziałaś, że to właśnie ten jedyny?

To można poznać. Im bardziej człowiek czuje się swobodnie w towarzystwie danej osoby, im bardziej może być sobą, tym większa szansa na stabilny, głęboki, zdrowy związek.

Mam wrażenie, że na wszystkie moje pytania dotyczące miłości, odpowiadasz, mówiąc właśnie o związkach.

Bo nie ma miłości bez udanego związku! Życie u boku tej najważniejszej osoby daje człowiekowi wiele rzeczy. W tym także szansę przyjrzenia się samemu sobie, zwalczenia własnych wad, dążenia do tego, by stać się kimś lepszym. Jest wiele dróg samorozwoju, ale najlepsza z nich to właśnie monogamiczny związek dwóch osób.

Kochankowie często zaskakują swoje wybranki jakimiś wymyślnymi niespodziankami. Czy Tobie ktoś kiedyś zrobił romantyczny prezent?

Niech się zastanowię... Hmmm... Nic takiego nie pamiętam. Kurczę, życie jest niesprawiedliwe! (śmiech) Naprawdę nie mogę sobie nic przypomnieć.

O ile wiem, Twój chłopak jest Brytyjczykiem. Dzielą was jakieś różnice kulturowe?

Nie, choć trochę wysiłku wymagało ode mnie zrozumienie, na czym polega tak zwany brytyjski humor. Oglądałam dużo programów telewizyjnych, komedii, seriali i próbowałam zrozumieć, co w nich takiego zabawnego. Czasami Brytyjczyków śmieszą zupełnie dziwne rzeczy. I jeszcze ten ich sposób opowiadania dowcipów! Na chłodno, z kamienną twarzą... Muszę jeszcze nad tym popracować. A swoją drogą, serdecznie rozbawiło mnie to, że moja bohaterka w "Gwiezdnym pyle" mówi z wyspiarskim akcentem. Bo oczywiście, jak wiemy, wszystkie gwiazdy i inne ciała niebieskie pochodzą z Wielkiej Brytanii.

Zaczęłaś aktorską karierę bardzo wcześnie, jako dziecko. Na szczęście udało Ci się uniknąć zgubnych pokus, które doprowadziły do upadku wielu Twoich rówieśników. Jak Ci się udało nie wpaść w żaden nałóg i nie wywołać żadnego skandalu?

Przede wszystkim dlatego, że miałam kochanych, wspaniałych rodziców, którzy uchronili mnie przed złymi stronami aktorskiej branży. Dzięki ich radom udało mi się przetrwać i nie zwariować. Kiedy skończyłam osiemnaście lat, zrobiłam sobie przerwę na trzy lata, żeby ponadrabiać szkolne zaległości. Wcześniej miałam prywatnych nauczycieli, którzy dokształcali mnie na planie. To było... dziwne. Chciałam spotykać się z innymi dzieciakami, siedzieć w ławce jak wszyscy. Dlatego właśnie poszłam do college"u. Ten okres dał mi bardzo wiele. Stanęłam samodzielnie na nogi, czułam, że się rozwijam, czytam książki, uczę się myśleć. A przy tym nie tracę kontaktu z realnym światem, nie żyję w jakiejś fikcyjnej krainie wśród kamer. I jestem po prostu sobą, a nie jakąś anonimową twarzą wielkiej firmy. Nie spędza mi snu z powiek myśl: Jeżeli źle coś zrobię, to wytwórnia straci przeze mnie miliony dolarów! Boże, cóż to za odpowiedzialność!. Po prostu robię, co chcę. Z drugiej strony ten zawód nie pozwala na nudę. Na przykład jeśli film powstaje gdzieś na drugim końcu świata, to czeka mnie prawdziwa wyprawa. To jest fajne, bo człowiek odwiedza nowe miejsca, poznaje nowych ludzi, coś się dzieje. A potem nagle ogarnia mnie tęsknota za domem. I zaraz po zakończeniu zdjęć wracam, żeby pobyć trochę z najbliższymi i trochę się wyciszyć, pożyć trochę normalnym życiem. Zawsze tęsknię za rodziną i przyjaciółmi. Nawet kiedy pracuję, myślami jestem wciąż przy nich. Dom jest najważniejszy.

A gdzie jest obecnie Twój dom?

W Nowym Jorku. To zawsze było moje miasto, choć kiedyś, jako nastolatka, przez cztery lata mieszkałam w Los Angeles. Uwielbiam Nowy Jork. W zimie potrafi być tam naprawdę chłodno (śmiech).

No dobrze, a kiedy już wrócisz do domu i posiedzisz parę dni, to co dalej? Nie nudzi Ci się?

Nie, zawsze mam się czym zająć. Lubię aktywny tryb życia. Uwielbiam tańczyć, zajmuję się tym profesjonalnie już od trzech lat. Taniec w parach, taniec solo - coś wspaniałego! Poza tym wzorem rodziców od czasu do czasu mogę namalować jakiś obraz. Albo poczytać książkę. Albo obejrzeć film. Albo coś zjeść.

Jaką kuchnię lubisz?

Włoską, francuską i japońską. To moja pierwsza trójka. Ale od czasu do czasu dobrym hamburgerem też nie pogardzę.

Czy, jak na młodą gwiazdę przystało, otaczasz się sekretarkami i asystentkami, które robią wszystko za Ciebie?

Z pomocy korzystam tylko w sprawach związanych z pracą. Gdy kręcę film, z reguły jest przy mnie moja asystentka. W pozostałych sytuacjach - nie! Nie otaczam się służącymi, choć pewnie jako bajkowa księżniczka, powinnam. Mam za to wielu współpracowników. Wszyscy razem staramy się robić to, co umiemy, jak najlepiej. No i podczas kampanii promocyjnych pomaga mi stylistka. I na tym koniec. To przecież tylko praca, a nie dwór królewski.

A buty? Wiem, że uwielbiasz kupować buty. Czy zlecasz to komuś, żeby chodził po sklepach?

O nie! Nigdy w życiu! Za bardzo to lubię, żeby ktoś mi odbierał tę przyjemność.

Miałaś okazję pracować ze wspaniałymi aktorkami, gwiazdami starszej generacji: Jeanne Moreau, Meryl Streep, Vanessą Redgrave... Czy kontakt z nimi czegoś Cię nauczył?

Przede wszystkim jednego. Przywykliśmy uważać gwiazdy kina za istoty prawie boskiego pochodzenia, które nie mają wad i stąpają pół metra nad ziemią. Tymczasem tak nie jest. To tacy sami ludzie, jak my - i dlatego właśnie cieszą się takim uwielbieniem. Mają swoje drobne dziwactwa, lubią ryzyko, cieszą się życiem. I do tego uwielbiają się nabijać z samych siebie. To nieprawdopodobne, jak często wielkie gwiazdy żartują z własnego wizerunku. I to również jest w nich wspaniałe, bo oznacza, że nie stracili dystansu do siebie, że są sławni i uwielbiani właśnie dlatego, że pozostali sobą. Co zaś do aktorek, które wymieniłaś... Oczywiście, przekazały mi sporo cennych rad, ale nie chcę teraz o nich mówić, bo to nasze małe wspólne tajemnice. Czułabym się nie w porządku, rozmawiając o tym publicznie. Mogę jedynie wspomnieć o tym, co sama zaobserwowałam: nie ma wielkiej aktorki bez wielkiej osobowości. Nie tylko talent czyni gwiazdę, ale także to nieuchwytne "coś", co sprawia, że chcemy na tę osobę patrzeć i ją podziwiać.

Wróćmy do "Gwiezdnego pyłu". Po "Terminatorze 3" to kolejny Twój film wypełniony efektami specjalnymi. Jak się gra wśród dekoracji stworzonych przez komputer?

To nie jest specjalnie trudne. Trzeba po prostu odrobinę wysilić wyobraźnię. Jakoś nie miałam z tym kłopotu. Poza tym w "Gwiezdnym pyle" nie musiałam gadać do jakiegoś niewidzialnego stwora, którego potem ktoś dorysował w kadrze. W większości scen zagrałam razem z Charliem, więc było się do kogo odezwać.

Wyobraź sobie teraz, że widzisz spadającą gwiazdkę i zgodnie z tradycją musisz wypowiedzieć życzenie. O co byś poprosiła?

Mam tylko jedno życzenie, być może ciut egoistyczne. Chcę być szczęśliwa. To na tyle ogóle sformułowanie, że życzenie ma szansę się spełnić.



[Yola Czaderska-Hayek]