Angelina Jolie gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W swoim najnowszym filmie, "Cena odwagi", grasz Mariane Pearl, żonę porwanego przez terrorystów dziennikarza. To niezwykła, fascynująca kobieta. Wiem, że i na Tobie zrobiła ogromne wrażenie...

Angelina Jolie: To prawda. Zdecydowałam się zagrać w tym filmie przede wszystkim ze względu na nią. Pamiętam, że kilka lat temu, gdy wydarzyła się ta cała historia, oglądałam wiadomości w telewizji i gdy zobaczyłam Mariane, uderzyło mnie, jak silną osobowość musi mieć ta kobieta. Jej męża spotkał tak okrutny los, ona zaś, zamiast namawiać do zemsty, apelowała o pokój, pojednanie, tolerancję. Niezwykła osoba. Życie doświadczyło ją w szczególny sposób, a mimo to wciąż jest pełną uroku i ciepła kobietą. Nie mam pojęcia, skąd czerpie tyle energii. Wydaje mi się, że sam jej związek z Dannym stanowił wystarczającą ilustrację tego, jacy tak naprawdę byli oboje. Różniło ich niemal wszystko: kolor skóry, pochodzenie, narodowość... a jednak potrafili wznieść się ponad te wszystkie bariery i dostrzec to, co w drugim człowieku najważniejsze. Tak poza wszystkim Mariane ma niesamowite poczucie humoru. Czasami naprawdę wygłupia się jak szalona i uwielbiam ją za to.

Kiedy porwano Danny'ego, Mariane była w szóstym miesiącu ciąży. Czy to, że sama jesteś matką, pomogło Ci wczuć się w jej położenie?

Naturalnie! Choć tutaj większą rolę odegrała sama ciąża. To niezwykle ważny okres w życiu każdej kobiety. Pamiętam, jak z Bradem cieszyliśmy się na myśl o nadchodzącym dziecku, snuliśmy plany na przyszłość... Dla przyszłej matki każdy drobiazg jest niezwykle ważny. Ma świadomość, że musi o siebie dbać, musi na siebie uważać, potrzebuje też obecności tej drugiej osoby. Musi wiedzieć, że ojciec dziecka jest przy niej, że pragnie go tak samo, że w każdej chwili może przyjść z pomocą... Znam to wszystko z własnego doświadczenia. I teraz spróbowałam sobie wyobrazić, że ktoś nagle odebrałby mi męża, zniszczył to, co w życiu najważniejsze i najpiękniejsze, a ostatnie tygodnie ciąży zamienił w piekło. Powiem szczerze: nie wiem, czy umiałabym to wszystko wytrzymać. Naprawdę podziwiam Mariane, że przeszła przez to wszystko i urodziła wspaniałego chłopca, a teraz świetnie go wychowuje.

Która scena była dla Ciebie najtrudniejsza do zagrania?

Końcowy krzyk Mariane. Miałam kłopoty z wczuciem się w rolę. Gdybym to ja była na jej miejscu i dowiedziałabym się, że mojego męża porwano, to chyba zdarłabym sobie gardło od wrzasku. Ona tymczasem przez cały czas zachowywała spokój, tłumiła emocje. Po prostu nie dopuszczała do siebie myśli, że mąż już nie wróci. Musiała żyć nadzieją, gdyż inaczej załamałaby się kompletnie. To wszystko kumulowało się w niej gdzieś w środku i wybuchło dopiero w momencie, gdy wyszło na jaw, że Danny został zamordowany. Musiałam sobie wyobrazić, przez co Mariane przeszła. Nie było to łatwe.

W finale, tuż po scenie z krzykiem następuje scena porodu. To dwa niezwykle naładowane emocjami momenty. Jak to wyglądało od strony realizacyjnej? Kręciliście obydwie sekwencje tuż po sobie?

Z tego, co pamiętam, to chyba nie. Była tam pewna przerwa, właśnie ze względu na ładunek emocjonalny. Wspominałam już o problemach związanych ze sceną z krzykiem. Nie bardzo wiedziałam, jak się do niej zabrać, a nie mogłam przecież zapytać Mariane: "Słuchaj, jak to wyglądało, kiedy się dowiedziałaś, że zabili ci męża?". To by było nie w porządku. Długo przygotowywaliśmy się do nakręcenia tego momentu, oglądaliśmy zdjęcia Danny'ego ze świadomością, że był to żywy, prawdziwy człowiek, którego brutalnie zamordowano. Mieliśmy coraz gorsze samopoczucie i wreszcie te emocje gdzieś tam się w nas wyzwoliły. Kiedy kamera poszła w ruch, byłam w stanie wyrzucić z siebie wszystkie te negatywne odczucia. Na ekranie tego nie widać, ale wtedy wszyscy, którzy brali w tym udział, nagle się rozpłakali. Archie (Panjabi - Y. Cz.-H.) obejmowała mnie mocno, a Irfan (Khan - Y. Cz.-H.) trzymał mnie za rękę i zalewał się łzami. Kiedy skończyliśmy tę scenę, wyraźnie nam ulżyło. Z kolei kręcenie porodu wyglądało tak naprawdę całkiem zabawnie. Z własnego doświadczenia pamiętam, że nie krzyczałam praktycznie wcale, ponieważ lekarz zastosował cesarskie cięcie. Michael (Winterbottom, reżyser "Ceny odwagi" - Y. Cz.-H.) próbował mi wytłumaczyć, jak krzyczy kobieta wydająca dziecko na świat. Wyobraź sobie ten moment: urządziliśmy plan filmowy w jakimś szpitalu w Indiach, leżę na łóżku ze sztucznym brzuchem, a wokół mnie kilku facetów wyjaśnia mi, jak się rodzi dziecko (śmiech). W efekcie doszło do tego, że wrzeszczeliśmy wszyscy razem ile sił. Strasznie dziwne doświadczenie (śmiech).

Wspomniałaś, że Mariane była bardzo powściągliwa w swoich reakcjach. Dlatego w pewnym momencie media posądziły ją o to, że los męża był jej obojętny...

Co za bzdura! Całe to nieporozumienie wzięło się stąd, że dziennikarze, którzy jako pierwsi przeprowadzili wywiad z Mariane, spodziewali się zastać zapłakaną wdowę, a spotkali spokojną, wyciszoną, pełną godności kobietę. I ten widok nie pasował im do obrazu, jaki chcieli stworzyć. Jeszcze zanim pojechali na rozmowę z nią, wymyślili sobie gotowe nagłówki! Wiem, że Mariane bardzo zabolało posądzenie o obojętność, dlatego postanowiłam w "Cenie odwagi" pokazać, co ta kobieta naprawdę przeżyła. I jak bardzo kochała swojego męża.

Bardzo jestem ciekawa, jak pracowało Ci się z Irfanem Khanem i Archie Panjabi?

Oboje byli fantastyczni! Jedną z cudownych stron tworzenia filmu jest to, że za każdym razem poznaje się nowych, ciekawych ludzi. W "Cenie odwagi" chcieliśmy pokazać, że w poszukiwaniach Danny'ego biorą udział ludzie z różnych krajów, wywodzący się z różnych ras, z różnych kultur. Archie gra Asrę, koleżankę po fachu Danny'ego, a Irfan - kapitana pakistańskiej policji. I podobnie jak bohaterowie filmu, na planie musieliśmy często pokonywać bariery językowe, religijne i obyczajowe. Udało nam się zbudować coś w rodzaju ponadnarodowego sojuszu. Dla mnie współpraca z tymi aktorami była czymś fascynującym. Ich gra wywodzi się z zupełnie innego stylu - Irfan przecież jest gwiazdą Bollywood - a mimo to nie przeszkadzaliśmy sobie nawzajem. Wprost przeciwnie, dopełnialiśmy się, jedno od drugiego czerpało inspirację. Po doświadczeniach z "Ceną odwagi" wiem, że na pewno będę chciała znów zrobić film z mieszaną obsadą. Na świecie jest tylu znakomitych, utalentowanych aktorów, o których często nawet nie słyszymy. Warto angażować takich ludzi, choćby po to, by widzowie mogli zobaczyć coś nowego, coś, co ich zaskoczy. Styl gry, z którym się do tej pory nie zetknęli.

A jak się gra w filmie, kiedy Twój życiowy partner jest jednocześnie producentem?

Romantycznie na pewno nie jest (śmiech). Ale prawdę mówiąc, mam olbrzymie szczęście. Mój mężczyzna jest bowiem także moim najlepszym przyjacielem i wspaniałym ojcem dla naszych dzieci. Jeśli zaś chodzi o wspólną pracę, to mieliśmy sporo nerwów. "Cena odwagi" to opowieść na trudny, delikatny temat. Do tego jeszcze musieliśmy mieć na uwadze, jak zareaguje Mariane, widząc to, co dzieje się na ekranie. W takiej sytuacji obecność ukochanej osoby na planie wydaje się dobrym pomysłem, ale tak naprawdę tylko utrudnia sprawę. Zaczynałam bowiem czuć coraz większą presję. Nie chciałam rozczarować Mariane, zawieść Brada... Ze zdenerwowania praktycznie nie spałam po nocach. Na szczęście on był przy mnie i bardzo mi pomógł w najtrudniejszych chwilach.

W jaki sposób?

O mój Boże (śmiech). Nagle wszystkie jego sekrety wyjdą na jaw!... Dobrze, zacznę może od tego, że jest naprawdę wspaniałym przyjacielem. Kiedy rozmawia ze mną, kiedy o coś pyta - wiem, że faktycznie mu zależy, że rzeczywiście chce poznać moje zdanie i coś mi doradzić. Mamy taką zasadę, że szczerze o wszystkim rozmawiamy. Kiedy niedawno zmarła moja mama, był ze mną na pogrzebie, pomógł mi przez wszystko przejść, a potem, kiedy wróciliśmy do domu, usiadł w pokoju razem ze mną i moim bratem. Przez cały wieczór wypytywał nas o mamę: jaka była, co lubiła najbardziej, z czego się śmiała... Doszło do tego, że wspominaliśmy tylko same przyjemne rzeczy. I taki jej obraz zachowamy w naszych sercach. Dzięki Bradowi przypomnieliśmy sobie, jak wiele ciepła i miłości dała nam w życiu. Jestem mu za to naprawdę bardzo wdzięczna. To cudowny facet.

Naprawdę chcecie mieć jeszcze więcej dzieci?

Oczywiście. Uwielbiamy dzieciaki. Nie tylko nasze - lubimy pomagać wszystkim dzieciom. A jeśli chodzi o nasze gospodarstwo, to w tej chwili każdą wolną chwilę przeznaczamy dla czwórki maluchów i już rozmawiamy o następnych. Brad bardzo lubi dzieciaki i pomaga mi w ich wychowaniu, jak tylko może. Nie ma więc problemu, by pojawiły się kolejne. Dziesięcioro, piętnaścioro - ile tylko pomieści się w domu!

W "Cenie odwagi" Karaczi sprawia wrażenie wyjątkowo groźnego miasta. Nie wiem, czy miałabym odwagę tam pojechać. Ty jednak nie masz oporów przed podróżowaniem do różnych, nie zawsze bezpiecznych zakątków świata.

Uwielbiam podróżować, uwielbiam docierać do najbardziej odległych, egzotycznych miejsc. Jednym z cudów współczesnego świata jest to, że mamy tak szeroki dostęp do rozmaitych, ciekawych kultur. Możemy uczyć się obcych języków, zwiedzać inne kraje, poznawać ich historię... Cieszę się, mogąc poznawać nowych ludzi i prawdę mówiąc, nigdy nie czułam się przez nich zagrożona. Poza tym nie można przez cały czas tkwić w Hollywood, w świecie filmowej fikcji. Ktoś taki, jak ja, po prostu musi od czasu do czasu zrobić sobie przerwę i zobaczyć, jak wygląda normalne życie. Czuję, że te wyprawy naprawdę mi służą.

Powiedziałaś kiedyś, że chciałabyś, by pamiętano Cię przede wszystkim ze względu na działalność humanitarną. Aktorstwo tak niewiele dla Ciebie znaczy?

O nie, to nie tak! Uwielbiam grać w filmach, to moje wymarzone zajęcie. Jeżeli wydaje Ci się, że nie traktuję tej pracy poważnie, to się mylisz. Tylko że któregoś dnia zadałam sobie pytanie: co tak naprawdę zrobiłam, żeby świat stał się lepszy? Jakie znaczenie mają moje role w filmach? Uratowałam komuś życie? Pomogłam obalić represyjny rząd? Nie. Dlatego właśnie uważam, że działalność charytatywna ma olbrzymie znaczenie, zwłaszcza dla ludzi, którzy chcą, by ich dzieci wychowywały się w zdrowym, normalnym świecie. Oczywiście cieszę się, jeżeli komuś sprawiają przyjemność moje filmy, bo rozrywka też jest ważna, ale moja popularność może też posłużyć innym celom. A tak naprawdę to owszem, jestem aktorką, jestem wolonariuszką, ale przede wszystkim czuję się po prostu matką.

Rozmawiam z Tobą od dłuższej chwili i po prostu Cię nie poznaję. Wydajesz się taka dojrzała, opanowana - a pamiętam, jak kiedyś, gdy dostałaś Złoty Glob, wskoczyłaś do hotelowego basenu w Hiltonie, w Beverly Hills...

To przez Was, dziennikarzy (śmiech). Daliście mi nagrodę, więc wariowałam z radości.

No właśnie, gdzie się podziała ta zwariowana Angelina z dawnych czasów?

Nadal tu jest, siedzi przed Tobą. Nic się nie zmieniłam. Wtedy wskoczyłam do basenu, bo ktoś się ze mną założył, że tego nie zrobię. To fantastyczne przeżycie: otrzymać prestiżową nagrodę na eleganckiej ceremonii, a potem wskoczyć do wody i cieszyć się z tego. Bez przesady, nie można zawsze zachowywać się tak sztywno. To było coś całkowicie spontanicznego, radosnego. Gdybym mogła, zrobiłabym to jeszcze raz. Mam nadzieję, że w przyszłości wskoczę jeszcze do niejednego basenu. Mogę Ci to obiecać.



[Yola Czaderska-Hayek]