Russell Crowe gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Twój najnowszy film, "American Gangster", oparty jest na prawdziwej historii. Czy udało Ci się spotkać Richiego Robertsa, rzeczywisty odpowiednik bohatera, w którego się wcielasz?

Russell Crowe: Oczywiście. Spędziliśmy razem trochę czasu, pogadaliśmy o tym i owym. Richie opowiedział mi parę ciekawych historii ze swego życia. Niektóre rzeczy uwzględniliśmy potem w scenariuszu. Tylko że cały czas trzeba było pamiętać o jednym: "American Gangster" to nie jest opowieść o Richiem. Jak sam tytuł wskazuje, pierwszoplanową postacią jest gangster, Frank Lucas. Dlatego policjant, którego gram, nie znajduje się w centrum uwagi, stanowi raczej dopełnienie, kontrast dla głównego bohatera. Poza tym musieliśmy poradzić sobie z problemem, który pojawia się zawsze podczas realizowania filmów opartych na faktach: jak zmieścić całą fabułę w obrębie dwóch godzin? Wszystkiego pokazać się na ekranie nie dało, z pewnych rzeczy trzeba było zrezygnować. W rzeczywistości nad sprawą Lucasa pracowało siedemdziesięciu pięciu policjantów; w naszej wersji postać Richiego symbolizuje trochę ich wszystkich, nie tylko siebie. Ridley chciał zestawić ze sobą równoległe losy przestępcy i stróża prawa. Najpierw widzimy Richiego i Franka po przeciwnych stronach barykady, potem Richie studiuje na kursach wieczorowych, zostaje prawnikiem i bierze udział w procesie jako oskarżyciel Franka. To właśnie jemu udaje się nakłonić Lucasa do złożenia zeznań. Później zaś Richie, już jako adwokat, broni Franka, gdy ten potrzebuje pomocy. To niesamowita, wielopoziomowa historia wzięta prosto z życia. Choć, jak powtarzam, głównym tematem filmu jest zawrotna kariera i upadek amerykańskiego gangstera.

Jak wyglądały Twoje spotkania z Richiem?

Głównie rozmawialiśmy. Pokazywał mi sporo czarno-białych fotografii z czasów, gdy prowadził sprawę. Pytałem go też o to, co robił, zanim został policjantem. Chciałem się dowiedzieć, kim był człowiek, któremu powierzono mu tak ważne śledztwo. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy czytałem scenariusz, zafascynowała mnie postać Franka. Gangster wielkiego formatu idealnie nadawał się na bohatera kinowej superprodukcji. Później jednak zacząłem zadawać sobie pytanie: jak to się stało, że takiego geniusza zbrodni wsadzono za kratki? Najwyraźniej Lucas znalazł godnego siebie przeciwnika. Takiego, który nie rzucał się tak bardzo w oczy, ale jakimś sposobem wygrał tę walkę. Nie tylko go aresztował, ale także nakłonił go do złożenia zeznań. Doszedłem do wniosku, że ten gliniarz musi być też kimś niebanalnym. I nie pomyliłem się!

Richie to taki policjant-anioł...

Słucham? Anioł? Przecież on w ciągu pierwszej godziny filmu zadaje się z trzema kochankami. Że nie wspomnę o tych torebkach z marihuaną, kiedy studiuje prawo... Jasne, anioł w ludzkiej skórze (śmiech). To, że był odporny na próby przekupstwa, nie oznacza, że wyrosła mu nad głową aureola. To normalny człowiek, który ma swoje słabostki jak każdy. Richie Roberts po prostu potraktował poważnie słowa przysięgi: "By służyć i bronić". Po to został policjantem. Dlatego właśnie, gdy w jego otoczeniu szalała w najlepsze korupcja, on się nie poddał. To niepoprawny idealista.

Pytałeś Richiego, co robił, zanim został policjantem. Też jestem tego ciekawa.

To dopiero jest ciekawa historia! Najpierw odbył służbę w korpusie piechoty morskiej. Potem współpracował z izraelską policją i brał udział w obławach na przemytników haszyszu przy granicy z Libanem. Wtedy już wiedział, z jakiego rodzaju przeciwnikiem walczy. I co może go spotkać podczas służby. Mimo to nie wycofał się. Wstąpił do policji, potem zaś został prawnikiem. Richie to jeden z tych rzadko spotykanych ludzi, którzy naprawdę kochają swój kraj i chcą coś dla niego zrobić. Ma przy tym odwagę zadawać trudne pytania, czasem tłuc głową w mur i nie waha się poświęcić własnego życia w słusznej sprawie. Z drugiej zaś strony nie jest jakimś fanatykiem, który uważa, że dobry przestępca to martwy przestępca. Zdaje sobie sprawę, że wśród ludzi po przeciwnej stronie barykady trafiają się tacy, którzy kiedyś popełnili błąd i gorzko tego żałują. Ci ludzie mają prawo do obrony i właśnie dlatego Richie został adwokatem, żeby im pomóc. Za to go właśnie lubię. Uosabia to prawdziwe "amerykańskie marzenie", o którym większość już dawno zapomniała. Przydałoby się więcej takich porządnych patriotów, jak on.

Mnóstwo razy zmieniał zawód, ale wygląda na to, że wreszcie znalazł swoje miejsce.

Tak, jest bardzo zadowolony z tego, co robi. Pamiętaj, że do zmiany profesji zmuszała go często sytuacja. Gdy Frank Lucas złożył zeznania na temat korupcji panującej w policji, okazało się, że 75 procent gliniarzy brało łapówki! W takim otoczeniu pracował Richie! Wyobraź sobie: spośród czterech Twoich kolegów trzech współpracuje z bandytami. Dlatego właśnie nie dziwię się Richiemu, że odszedł. Najpierw nie był zadowolony ze służby w piechocie morskiej. Potem nie był zadowolony ze służby w policji. Został prokuratorem, ale i to mu nie odpowiadało. Teraz nareszcie odkrył swoje powołanie: broni ludzi. Myślę, że kolejna zmiana mu nie grozi.

Najbardziej zdziwiło mnie, że Frank i Richie na końcu zostali przyjaciółmi.

A mnie nie. Richie próbował mi to wyjaśnić. Jak to się stało, że zaprzyjaźnił się z gangsterem, którego przez tyle czasu ścigał? Myślę, że gdy człowiek ma do czynienia z tak potężnym i sprytnym przeciwnikiem, siłą rzeczy zaczyna do niego czuć coś w rodzaju niechętnego szacunku. Potem zaś, gdy już Franka udało się aresztować, Richie przez długi czas wyciągał z niego informacje. Byli na siebie praktycznie skazani. Lucas zdał sobie sprawę, że jedyny ratunek to instytucja świadka koronnego, dlatego nie wahał się zbyt długo. A kiedy już podjął decyzję, zaczął dobrowolnie pomagać Richiemu. W końcu się polubili.

Przez cały czas mam wrażenie, że w tej historii gangster wydaje się o wiele ciekawszą postacią od policjanta. Być może dlatego, że Frank Lucas odruchowo wzbudza sympatię.

Ludzi zawsze fascynują niezwykłe postacie, tym bardziej, że faceci tacy, jak Frank, robią rzeczy, na które przeciętnemu człowiekowi nie starczyłoby odwagi. Lucas jest z pewnością osobą wielkiego kalibru; stworzył finansowe imperium niemalże z niczego. A do tego autentycznie da się go lubić, ponieważ jest uczciwy i przestrzega honorowych zasad. Ridley chytrze zagrał na emocjach widzów. Najpierw przedstawił im Franka w korzystnym świetle, a potem pokazał makabryczne efekty jego działalności: ludzi wyniszczonych heroiną, wraki, w których ledwie tli się życie. Nagle zdajemy sobie sprawę, że ten miły facet handluje śmiercią i powinien czym prędzej trafić za kratki.

Na ile historia pokazana w filmie zgadza się z tym, co wydarzyło się naprawdę?

Dokładnego wyliczenia Ci nie podam. Na pewno scenarzyści udramatyzowali wiele rzeczy i ułożyli wydarzenia tak, by nadać tej opowieści atrakcyjny kształt. Już mówiłem o tym, że w rzeczywistości nad sprawą Franka Lucasa pracowało siedemdziesięciu pięciu policjantów. Ale to właśnie Richie stał się centralną postacią po tej stronie barykady, ponieważ brał udział zarówno w procesie, jak i w późniejszych przesłuchaniach gangstera. Z kolei Frank nie był jedynym handlarzem narkotyków w Harlemie. W tej branży pracowali też inni, ale to właśnie on miał swoje źródła w południowo-wschodniej Azji. To właśnie on przemycał heroinę w workach ze zwłokami amerykańskich żołnierzy w Wietnamie. I to on zbił na tym największe pieniądze. Dlatego właśnie ci dwaj niezwykli ludzie znaleźli się w tej opowieści na pierwszym planie.

Czy przed realizacją filmu Ridley Scott nakłaniał Was do obejrzenia jakichś gangsterskich filmów?

Mnie akurat do tego namawiać nie trzeba, ale pamiętam, że Ridleyowi szczególnie zależało na jednym tytule. Chciał, żebyśmy obejrzeli "Księcia Wielkiego Miasta" Sidneya Lumeta. Pragnął uchwycić coś z atmosfery tej opowieści.

No proszę! Przyznaję, że ze względu na postać, którą grasz, spodziewałam się raczej "Serpico"... Wygląda na to, że dobrze Ci się ze Scottem współpracuje. To już Wasz trzeci wspólny film.

Jesteśmy już w trakcie realizacji czwartego, ale o tym na razie nie mogę Ci wiele powiedzieć. Podstawą naszej współpracy jest wzajemne zaufanie. Wiele razy zdarzało się, że Ridley znajdował się w jakimś twórczym dołku i podpowiadałem mu właściwe rozwiązanie. Równie często sam nie byłem w stanie znaleźć odpowiedniego sposobu na odegranie danej sceny i wówczas Ridley spieszył z pomocą. Nauczyliśmy się nawzajem na sobie polegać, ale nie wzięło się to tak od razu, z powietrza. Gdy spotkaliśmy się na planie "Gladiatora", nie znaliśmy się zbyt dobrze. Nie mieliśmy pojęcia, czym zakończy się ten projekt. Na szczęście okazało się, że po prostu, zwyczajnie się lubimy. Nadajemy na tych samych falach, więc często rozumiemy się w pół słowa. Podoba mi się to, że Ridley Scott ogromną wagę przywiązuje do obrazu. Często jeszcze przed nakręceniem jakiejś sceny wie, jak powinna ona wyglądać. Dlatego prowadzi aktorów tak, by osiągnąć pożądany efekt. Tylko to wcale nie znaczy, że we wszystkim się absolutnie zgadzamy. Wprost przeciwnie! Na planie regułą jest to, że Ridley i ja mamy odmienne zdanie w jakiejś kwestii. Na szczęście nie stosuje żadnego nacisku, nie podkreśla: "Ja tu rządzę!". Woli raczej podyskutować, dać mi czas na zastanowienie. I zazwyczaj po przemyśleniu sprawy dochodzę do wniosku, że przecież on ma rację. Wtedy możemy pracować dalej. Naprawdę lubię kręcić filmy z Ridleyem Scottem. Szczęściarz ze mnie.

Wspomniałeś wcześniej, że Twoja rola stanowi dopełnienie kreacji Denzela Washingtona. Nie przeszkadzało Ci, że znajdujesz się w cieniu swojego kolegi?

Nie, absolutnie. Dwanaście lat temu Denzel i ja nakręciliśmy film "Zabójcza perfekcja". Wówczas to ja byłem w centrum uwagi. Można więc powiedzieć, że rachunki zostały wyrównane. Poza tym rola Richiego Robertsa nie jest wcale taka mało istotna, nie przesadzajmy. Owszem, widzowie mogą podziwiać Denzela w roli charyzmatycznego Franka Lucasa, ale identyfikować mogą się bardziej z Richiem, zwykłym facetem, który po prostu wykonuje swoją robotę. I to dzięki niemu sprawiedliwość wreszcie triumfuje. Pamiętaj: każdy, choćby najbardziej fascynujący przestępca, musi natrafić na swojego przeciwnika, który go pokona i rzuci na kolana. Taka jest natura opowieści o policjantach i złodziejach i to właśnie tak bardzo w nich fascynuje widzów. Pojedynek dobra i zła, czyli temat uniwersalny, ponadczasowy i wiecznie atrakcyjny. Zwłaszcza w Ameryce, która teoretycznie ma być ojczyzną wolności i demokracji, a tymczasem zorganizowana przestępczość zakorzeniona jest głęboko w tym kraju... Zdaję sobie sprawę, że głównym bohaterem filmu "American Gangster" jest właśnie gangster, ale nie przeszkadza mi to zbytnio. Miałem do zagrania bardzo ciekawą postać i to się dla mnie liczy najbardziej.


[Yola Czaderska-Hayek]