Jack Nicholson gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Oryginalny tytuł filmu "Choć goni nas czas" to "The Bucket List", czyli lista rzeczy, które człowiek chce zrobić, zanim, mówiąc po polsku, kopnie w kalendarz, po angielsku zaś w kubeł: "kick the bucket". Czy sporządziłeś sobie kiedykolwiek taką listę?

Jack Nicholson: Częściowo pokrywa się ona z tym, co wymyślił sobie bohater, którego gram w filmie. Dzięki czemu kilka punktów mogłem śmiało odkreślić (śmiech). Na przykład zawsze chciałem zobaczyć piramidy w Egipcie, ale nigdy nie starczyło mi czasu, by się tam wybrać. Podejrzewam, że każdy z widzów ma swoją prywatną listę i pewnie marzy o podobnych rzeczach, co ci faceci z "Choć goni nas czas". Mało kto jednak zwierza się komukolwiek z takich rzeczy, choćby dlatego, że niechętnie mówimy o śmierci. I niechętnie godzimy się ze świadomością, że prędzej czy później i tak wszyscy umrzemy.

No dobrze, porozmawiajmy zatem o śmierci. Boisz się jej?

Strach przed śmiercią to tak naprawdę strach przed nieznanym. To naturalne uczucie, nikt z nas bowiem nie ma pewności, czy po tym, jak odejdziemy już z tego świata, cokolwiek czeka nas dalej. Dlatego jeśli ktoś mi mówi, że nie boi się śmierci, to z założenia mu nie wierzę. Rzecz jasna, człowiek w moim wieku myśli o umieraniu o wiele częściej. Zastanawia się nad swoim życiem, stawia sobie pytania, czy jest już gotowy, by odejść. Ludzie czasami łudzą się, wmawiając sobie, że będą żyć wiecznie. Ale czy naprawdę tego chcą? Czy jesteśmy stworzeni do długowieczności? Nie wydaje mi się. Wyobraź sobie świat, w którym nikt nie umiera - ile byłoby problemów z przeludnieniem! (śmiech) Wbrew pozorom mówię całkiem poważnie. Śmierć jest czymś naturalnym, nie powinno się jej demonizować. Właśnie dlatego spodobało mi się podejście Roba (Reinera - Y. Cz.-H.), który postanowił nakręcić pogodny film o umieraniu. Taki zabieg wymagał niemałej odwagi, wielu widzów mogło bowiem uznać to za bluźnierstwo.

A może ten strach przed śmiercią to tak naprawdę obawa przed starością? Nie marzyłeś nigdy o tym, by cofnąć czas? Albo znaleźć jakiś eliksir młodości?

Ale po co? Zdążyłem się w życiu wyszumieć, nie mam sobie pod tym względem nic do zarzucenia. Ze zdrowiem też nie mam problemów, jeżeli oczywiście nie liczyć kłopotów ze wzrokiem. Trochę mi przeszkadza, że przy każdej okazji muszę ze sobą taszczyć komplet okularów - jedne do czytania, drugie do patrzenia, trzecie na dzień, czwarte na noc - ale jakoś nie spieszy mi się do szpitala na operację oczu. Stawiam na naturalność (śmiech). A poza tym, gdybym znowu był młody, to ponownie musiałbym się rozpychać łokciami na wszystkich castingach, zdjęciach próbnych i takich rzeczach (śmiech). Nieee, dobrze jest, jak jest. W odróżnieniu od większości moich przyjaciół zawsze miałem konkretny plan na życie, tylko że to, co sobie zamierzyłem, nigdy mi nie wychodziło. Los jednak na tyle mi sprzyjał, że w efekcie i tak lądowałem na lepszej pozycji, niż mógłbym sobie wymarzyć.

Czy teraz jeszcze bawisz się w układanie planów?

Tak, mam jeden zasadniczy plan: leniuchować i dobrze się bawić. Po pięćdziesiątce zacząłem grać w golfa, pomyślałem też, że warto nauczyć się grać w brydża lub szachy, żeby mieć co robić po siedemdziesiątce... Kiedy mam wolną chwilę, bazgrzę na płótnie coś, co od biedy może uchodzić za rysunek... Na szczęście jestem już w takiej sytuacji, że nie muszę zrywać się co rano i biec do roboty. Czasami bardzo fajnie jest obudzić się ze świadomością, że nie masz pojęcia, co przyniesie Ci ten dzień. Uważam to za luksus. Zdarza się, że wpadam na różne pomysły. Fascynują mnie różne techniczne nowinki, których za moich czasów nie było. Kamery cyfrowe, Internet... Zastanawiam się, czy jakoś nie wykorzystać tego w moich planach. Ostatnio, dzięki technice cyfrowej, udało mi się poprawić jakość obrazu i dźwięku w "The Two Jakes" (kontynuacja "Chinatown", którą wyreżyserował Nicholson - Y. Cz.-H.). Nareszcie mogę się pod tym filmem podpisać. A poza tym prowadzę dość proste, spokojne życie. Wieczorami rzadko wychodzę z domu. Szczerze mówiąc, imprezowanie już nie bawi mnie tak, jak kiedyś. Po prostu cieszę się, że żyję. I że nadal mam na to siłę.

A co z aktorstwem? Też przestało Cię bawić?

O nie, to mi się nigdy nie znudzi! Kiedy jestem w pracy, to pochłania mnie ona w całości. Między innymi dlatego nie lubię organizować sobie wolnego czasu; gdy jestem na planie, to wiem z dokładnością do godziny, jak wyglądać będzie mój plan dnia. Wszystko musi grać jak w zegarku. Uwielbiam grać w filmach, ale po zakończeniu zdjęć potrzebuję trochę czasu, by po prostu posiedzieć i nic nie robić. Parę razy zastanawiałem się nawet, czy nie rzucić tego wszystkiego w diabły i nie pójść na emeryturę. Ale nie - za bardzo lubię tę robotę. To mi po prostu sprawia przyjemność. Dlatego w ogóle zostałem aktorem. Nie potrafię się wycofać.

Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek, że praca na planie nie sprawiała Ci radości? Że realizacja filmu okazała się nie tak przyjemna, jak się spodziewałeś?

Niech pomyślę... Nie zawsze było różowo, to oczywiste. Jednym z najtrudniejszych filmów było chyba "Lśnienie". Nie muszę Ci tłumaczyć, że Kubrick miał na planie władzę absolutną. To nie był człowiek łatwy we współpracy. Bardzo źle reagował, gdy ktokolwiek usiłował z nim dyskutować. Mimo to bardzo dobrze wspominam ten czas. Było to dla mnie jedno z największych wyzwań w karierze, ale nie żałuję.

Chcesz powiedzieć, że robiłeś bez szemrania wszystko, co Ci Kubrick kazał?

Pamiętaj o jednym: na planie ostatnie słowo zawsze ma reżyser. Zawsze. Od tej reguły nie ma wyjątku. Aktorowi może się wydawać, że to on tu jest gwiazdą, ale tak naprawdę to reżyser wszystkim rządzi, bo film to jego autorskie dzieło. To on się pod nim podpisuje. Aktor oczywiście może mieć jakieś własne propozycje, ale reżyser wcale nie musi się na nie zgodzić. Jeśli więc widzę, że nie ma szans, żeby moje było na wierzchu, to po prostu robię, czego ode mnie chcą. I mam święty spokój. Co do Kubricka, to przed rozpoczęciem zdjęć powiedziałem mu: "Stanley, wiem, że do każdej sceny robisz mnóstwo dubli. Chcę, żebyś wiedział jedno: jeśli nawet zarządzisz sześćdziesiąte powtórzenie, to ja i tak będę wiedział, że sześćdziesiąte pierwsze będzie jeszcze lepsze" (śmiech). Trochę tego później żałowałem, bo on odebrał te słowa całkiem poważnie. Kubrick był absolutnym perfekcjonistą, skupionym na tym, by każda scena idealnie odpowiadała jego wyobrażeniom. Czasami wywierał na nas naprawdę silną presję, ale gdy tylko graliśmy zgodnie z jego oczekiwaniami, atmosfera od razu się poprawiała. Ja w każdym razie nie narzekałem.

W "Choć goni nas czas" posunąłeś się nawet do tego, że zgoliłeś głowę. Jak reżyser Cię do tego namówił? A może zmusili Cię przemocą?

Nie, nie musieli. Co jakiś czas golę głowę na łyso, tylko, rzecz jasna, nie pokazuję się wtedy publicznie. Ale wtedy pomyślałem: "Dobra, czemu nie?". Wiedziałem, że wkrótce szykuje się ceremonia wręczania Oscarów i kiedy pokażę się bez włosów, wszyscy zaczną się zastanawiać: "No dobra, co ten Jack znowu narozrabiał?" (śmiech). Jednym słowem, same plusy. Absolutnie mi to nie przeszkadzało.

Czy lubisz improwizować na planie? Czy raczej wolisz się trzymać tekstu scenariusza?

Wolę trzymać się tekstu. I co najwyżej przed nakręceniem danej sceny poprawić parę zdań, żeby brzmiały naturalnie. Wychodzę z założenia, że scenariusz jest podstawą filmu i jeżeli w dialogach znalazły się takie, a nie inne słowa, to znaczy, że czemuś one służą. Zadaniem aktora jest sprawić, by wypadły one naturalnie. By widz miał wrażenie, że ten facet na ekranie naprawdę mówi coś od siebie, a nie, że ktoś napisał mu tekst. W "Choć goni nas czas" znalazła się jedna rzeczywiście trudna do nakręcenia scena. Chodzi o przemówienie mojego bohatera na pogrzebie, kiedy on nie ma pojęcia, co powiedzieć. Wiem, że można mieć wrażenie, że improwizowaliśmy, ale uwierz mi: nic z tego. Po prostu udało się nam osiągnąć odpowiedni nastrój i wszystko wypadło bez zarzutu. Co ciekawe, była to jedna z pierwszych scen, jakie w ogóle nakręciliśmy, choć chronologicznie w filmie pojawia się bliżej końca. Cieszy mnie, że zrobiliśmy ją tak wcześnie, bo przynajmniej przez resztę dni zdjęciowych nie musiałem się martwić o to, jak wypadnie. Po prostu miałem ją już za sobą i mogłem odetchnąć z ulgą.

Bohater, którego grasz w "Choć goni nas czas", jest bajecznie bogaty, ale jednocześnie przerażająco samotny. Czy to jakaś aluzja do Twojego trybu życia?

Jeżeli nawet, to nie zgadzam się z określeniem "przerażająco samotny". Co w tym przerażającego? Jestem z natury odludkiem, mieszkam sam i wcale mi to nie przeszkadza. Co jakiś czas spotykam się z dziećmi, więc nie żyję tak całkiem w izolacji od świata. Nie przepadam jednak za nadmiernym kontaktowaniem się z ludźmi. Jak już mówiłem, lubię sobie poleniuchować, kiedy mam wolny czas. A najlepiej leniuchuje się właśnie w samotności. A że faktycznie mój bohater i ja jesteśmy bogaci? Cóż, jakoś nie odczuwam z tego powodu wyrzutów sumienia. Zacząłem zarabiać pieniądze, gdy miałem jedenaście lat... i jakoś zdążyłem się do tego przyzwyczaić (śmiech). Życie w luksusie naprawdę nie jest takie złe. Uwierz mi, wiem coś o tym!

Chcesz powiedzieć, że prowadzisz żywot pustelnika? A co z kobietami? Co z Twoją reputacją pierwszego bawidamka w Hollwyood?

Znasz mnie dobrze, więc wiesz, że z zasady nie opowiadam o swoich kontaktach z kobietami. Niech sobie ludzie wyobrażają, co im się podoba. Ale - że tak podejdę do sprawy ogólnie - bardzo często zdarza mi się słyszeć od swoich równolatków, że na szczycie ich listy spraw do załatwienia przed kopnięciem w kalendarz znajduje się jeden priorytet: "Chciałbym się znów kiedyś zakochać". To niesamowite, ilu ludzi o tym marzy. Jak się okazuje, wiek nie ma tu nic do rzeczy. Każdy facet pragnie jeszcze raz przeżyć tę wielką miłość, zadurzyć się jak nastolatek. Dopiero niedawno ktoś powiedział mi pewną mądrą rzecz: "Wiesz, tak naprawdę nie chodzi mi o to, żeby się zakochać, ale raczej o to, żeby ktoś zakochał się we mnie". I w tym chyba tkwi całe sedno. Mężczyźni po prostu nie potrafią żyć bez kobiet. Gdyby ktoś Cię przekonywał, że jest inaczej, nie słuchaj go. Obecność tej drugiej połówki jest najważniejsza, bez tego życie nie jest życiem.

To w takim razie jak sobie z tym radzisz, skoro - jak twierdzisz - jesteś odludkiem i mieszkasz sam?

A, to już moja słodka tajemnica (śmiech).


[Yola Czaderska-Hayek]