Charlize Theron gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Film "W dolinie Elah" opowiada wstrząsającą historię. Można go odczytywać zarówno jako perfekcyjnie zrealizowany thriller, jak i jako moralitet, przypowieść, ostrzeżenie. Czy właśnie dlatego zgodziłaś się w nim zagrać?

Charlize Theron: Największe wrażenie zrobiło na mnie to, że fabuła oparta jest na autentycznych wydarzeniach. Temat, który został poruszony "W dolinie Elah", nie jest oczywiście niczym nowym. Często już oglądaliśmy w kinie żołnierzy, którzy wracali z wojny i nie umieli się odnaleźć w normalnej rzeczywistości. To są niby rzeczy oczywiste, ale rzadko mówi się o nich głośno: ci ludzie nieraz są psychicznymi wrakami, nie potrafią pozbyć się urazów, jakie wywołała w nich wojenna trauma. Cierpią na tym ich rodziny, ich przyjaciele, znajomi... Oficjalnie jednak ten problem się lekceważy. Tymczasem Paul (Haggis - Y. Cz.-H.) pokazał wprost i bez niedomówień, do czego prowadzi ignorowanie takich niebezpiecznych sygnałów. Nie można udawać, że nic się nie dzieje. Bo dzieje się tak naprawdę bardzo źle.

Jestem pod wrażeniem Twojej kreacji. Przypominasz mi kameleona, w każdej roli wyglądasz zupełnie inaczej.

Wychodzę z założenia, że widzowie mają zobaczyć na ekranie nie Charlize Theron, tylko postać, którą gram. Na tym polega moja praca. Aktor w rękach reżysera jest jak czysta karta, którą trzeba zapełnić treścią. Jeśli więc na przykład gram policjantkę, to muszę wyglądać i zachowywać się jak policjantka. Inaczej bohaterka nie byłaby wiarygodna. Wszystko zależy od tego, co jest napisane w scenariuszu.

Innymi słowy, nie lubisz grać samej siebie?

Zgadza się. Nigdy nie obdarzam swoich postaci własnymi cechami. Nie chcę. Nawet jeśli nie zawsze zgadzam się z opiniami czy zachowaniem postaci, którą gram. W czasie pracy jednak kompletnie wchodzę w skórę swojej bohaterki. Gdyby było inaczej, gdybym chciała przekazać na ekranie coś osobistego, to nie byłaby to tak naprawdę rola. Grałabym po prostu samą siebie, a reżyser musiałby zmienić imię postaci na Charlize. (śmiech)

Dobrze, porozmawiajmy więc o bohaterce, którą grasz "W dolinie Elah". To kobieta walcząca o swoje prawa w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

Owszem, ale zwróć uwagę, że nie jest to jednowymiarowa postać skoncentrowana tylko na tym, by koledzy traktowali ją poważnie. Ta policjantka ma za sobą niezbyt chlubną przeszłość. Jej szef, żonaty mężczyzna, przespał się kiedyś z nią. Zrobił jej dziecko, ale nie chciał brać sobie na głowę kłopotów. Dał więc dziewczynie awans i większe zarobki, żeby mogła sobie pozwolić na opiekę nad chłopcem. O tym wszystkim nie mówi się w filmie wprost, reżyser tylko sygnalizuje widzom, co się wydarzyło, pozostawiając im pole do interpretacji. Gdy czytałam scenariusz, spodobało mi się, że ten wątek nie jest zaakcentowany w jakiś przesadnie dramatyczny sposób. Bohaterka nie leje łez, nie rozdziera szat, tylko przechodzi nad wszystkim do porządku dziennego, starając się po prostu normalnie żyć. To silna kobieta, która nie ma złudzeń co do otaczającej ją rzeczywistości. A do tego zmuszona jest pracować z facetami, którzy dobrze wiedzą, w jaki sposób dostała swoje stanowisko. I oczywiście nie pominą żadnej okazji, by to skomentować.

A czy Tobie zdarzyło się kiedykolwiek walczyć o to, by faceci traktowali Cię serio?

Może nie tyle faceci, co ogólnie ludzie w przemyśle filmowym. Zanim zostałam aktorką, pracowałam jako modelka, wiele osób więc widziało we mnie tylko ładną buzię bez grama talentu. Mało kto interesował się tym, czy w ogóle potrafię grać. O rolę w "Adwokacie diabła" walczyłam do upadłego. Pięć razy podchodziłam do zdjęć próbnych. Przełomem stał się dopiero "Monster". Teraz nikt już się nie ma wątpliwości (śmiech). Doczekałam się oficjalnego uznania. Szczerze mówiąc, gdy patrzę na to z perspektywy czasu, to dochodzę do wniosku, że lepiej, że tak się stało. Gdybym od razu, na samym początku, trafiła do pierwszej ligi, to nie wiem, czy umiałabym to docenić. Trzeba ciężko na coś zapracować, by potrafić się tym cieszyć.

Od czasów "Adwokata diabła" minęło ponad 10 lat. Czy zmieniłabyś coś z tego okresu, gdybyś miała taką możliwość?

Nie, nie sądzę. Nawet jeśli nie zawsze było różowo. Przynajmniej dzięki temu cieszę się z tego, co udało mi się osiągnąć. Poza tym nie mam tak naprawdę czego żałować. Życie było dla mnie łaskawe. Nadal mam obydwie ręce, obydwie nogi, w miarę sprawne oczy, ze zdrowiem też nie mam problemów... (śmiech) Więc czego jeszcze chcieć? Mama zawsze mi powtarzała: 'Jeśli myślisz, że jest ci źle, pamiętaj, że na świecie są ludzie, którym wiedzie się dziesięć razy gorzej od ciebie'. Ta zasada pozwala mi patrzeć na życie z odpowiedniej perspektywy. Nie przeszkadza mi nawet to, że czas wciąż biegnie do przodu. Nie mam już dwudziestu lat... i bardzo dobrze! Świetnie się czuję, będąc kobietą po trzydziestce. Naprawdę! Uwielbiam życie za to, że jest takie nieprzewidywalne. Gdybyś dziesięć lat temu zapytała mnie, czy mam ochotę zająć się produkcją filmową, to chyba zemdlałabym ze śmiechu. A tu proszę, jestem panią producent!...

Może w takim razie zabierzesz się za reżyserię?

Może?... Nie mam pojęcia. Pogadamy o tym za dziesięć lat (śmiech).

Jesteś niezwykle elegancka i kobieca, ale z tego co wiem, niesamowicie łatwo i naturalnie dogadujesz się z facetami. Uważają Cię za 'swojaczkę'...

Bez przesady, tak samo łatwo i naturalnie - a nawet bardziej - potrafię się dogadać z dziewczynami. Wszystko przez to, że na planie zazwyczaj pracuje całe mnóstwo mężczyzn. I jakoś udaje nam się znaleźć wspólny język. Stąd biorą się potem opinie: 'Wiesz, ta Charlize to fajna babka, można z nią normalnie pogadać'. Nie jestem typem świętoszki, która kryguje się i mdleje, gdy usłyszy jakieś grubsze słowo. Dlatego bez problemów mogę bawić się przy piwie w męskim gronie. Faceci czują się przy mnie swobodnie. Ale prawdę powiedziawszy, o wiele lepiej czuję się w towarzystwie kobiet. Lubię porozmawiać o babskich sprawach, a nic nie poprawia mi tak samopoczucia, jak spotkanie z najlepszą przyjaciółką. Wszystko po prostu zależy od sytuacji. I od atmosfery na planie.

Podejrzewam, że niejedna Twoja koleżanka dałaby sobie obciąć rękę, żeby móc zagrać u boku Tommy'ego Lee Jonesa. Jak wspominasz Waszą wspólną pracę?

Fantastycznie! To genialny aktor i wspaniały człowiek. I świetny rozmówca. Przyprowadził na plan swoją nastoletnią córkę i przedstawił mi ją. Dziewczyna marzy o tym, żeby zostać aktorką, Tommy więc chciał, żebym jej opowiedziała trochę, jak to jest. Byłam zaszczycona, dosłownie mowę mi odebrało (śmiech). A poza tym gadaliśmy przez cały czas o wszystkim i o niczym. Bardzo naturalnie, jak starzy przyjaciele. Tommy ma niesamowite poczucie humoru, uwielbiam go za to. A do tego potrafi słuchać jak mało kto. Nawet po jakimś czasie pamiętał, o czym rozmawialiśmy danego dnia. To naprawdę miłe.

Odnoszę wrażenie, że z Paulem Haggisem pracowało Ci się równie dobrze...

O, tak! Gdyby jeszcze kiedyś zaproponował mi rolę, zgodziłam się bez wahania! Bardzo cenię to, że Paul realizuje filmy według własnych scenariuszy. Ma swoją wizję i realizuje ją w sposób bardzo konsekwentny. Czasem się zdarza, że reżyser przerabia cudzy tekst na własną modłę. I wtedy nagle pojawiają się jakieś niespójności, pęknięcia. Widać, że scenariusz robi się sztuczny, stworzony na siłę. Paul zaś dba o to, by do tego nie doszło. Jego filmy są w pełni autorskie. A poza tym potrafi być wyrozumiały. Doskonale wie, że zbyt wielka liczba dubli osłabia potencjał aktora. Ja na przykład po dziewiątym dublu kompletnie nie jestem w stanie grać. Po prostu czuję się wyczerpana, wypluta i wypalona. Zawsze mówię reżyserom: 'Ze mną jak z krową. Nie wolno mnie za bardzo doić, bo przestanę dawać mleko' (śmiech). Paul to rozumiał, ale jakimś cudem udawało mu się jeszcze wydobyć coś ze mnie nawet przy piętnastym dublu. Mówił zawsze: 'Wiesz, było świetnie, ale zależałoby mi jeszcze na takim jednym, maleńkim drobiazgu. Mogłabyś to dla mnie zrobić?'. Jakoś nam się udało.

A jeżeli już musisz nakręcić tego piętnastego dubla, to jak sobie potem radzisz z rozładowaniem napięcia?

Kieliszek dobrego wina czyni cuda (śmiech). Może mi nie uwierzysz, ale na planie nie odczuwam w ogóle napięcia. Naprawdę! Kocham to, co robię, inaczej bym się tym nie zajmowała. Stres pojawia się przy innej okazji: gdy pracuję jako producentka. To jest wyzwanie zupełnie innego rodzaju. Pojawiają się problemy finansowe, kończą się terminy i w jakimś momencie człowiek uświadamia sobie, że nie ma innej rady, że trzeba błagać na kolanach o pieniądze, bo inaczej film nie zostanie ukończony. Aktorzy tak naprawdę mają sielskie życie: nie muszą się martwić o całe to materialne zaplecze, o wielu rzeczach nawet nie mają pojęcia. Producent zaś musi wiedzieć o wszystkim i nieustannie panować nad sytuacją. Pamiętam, że kiedy kręciliśmy "Monster", kilkakrotnie byłam już bliska płaczu. I wtedy powtarzałam sobie: 'Spokojnie, to nie operacja na otwartym sercu, tylko plan filmowy. Weź kilka oddechów, wypij lampkę wina, pośmiej się i zacznij od nowa'.

Odnośnie tej operacji na otwartym sercu: nadal interesujesz się chirurgią?

No jasne! Uwielbiam seriale i programy poświęcone medycynie. Zwłaszcza sądowej, kiedy policjanci szukają mordercy, składając do kupy kości nieboszczyka. To fantastyczne! Większość ludzi nie jest w stanie na to patrzeć. Kiedy na przykład moja asystentka widzi, jak oglądam w telewizji operację kolana, pyta z obrzydzeniem: 'Jak ty możesz to oglądać?'. Mój chłopak twierdzi, że jestem nienormalna (śmiech).

A nie jest odrobinę zazdrosny o Twoje sukcesy? Mało który mężczyzna lubi, gdy jego kobieta jest w czymś lepsza od niego...

W ogóle nie podchodzimy do tego w ten sposób. Nie rywalizujemy ze sobą, tego elementu w ogóle nie ma w naszym związku. Gdyby tak było, tkwilibyśmy na bardzo niepewnym gruncie. Kiedy kogoś naprawdę kochasz, to cieszysz się z jego sukcesów i pragniesz szczęścia tej osoby. A nie odwrotnie. Ta zasada sprawdza się zarówno w miłości, jak i w przyjaźni. I my się nią kierujemy.


[Yola Czaderska-Hayek]