Steven Spielberg gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Dlaczego czwarty "Indiana Jones" powstał dopiero 20 lat po premierze trzeciej części? Nie chciałeś już wracać do tego projektu?

Steven Spielberg: Postanowiłem, że czwartego "Indianę..." zrobię dopiero wtedy, gdy będę miał w ręku naprawdę dobry scenariusz. Nie sądziłem tylko, że praca nad tekstem zajmie blisko 15 lat. Pamiętam, jak to się zaczęło: podczas ceremonii Oscarów w 1994 roku, kiedy Harrison Ford wręczał mi nagrodę za "Listę Schindlera". Potem wyszliśmy za kulisy i wtedy Harrison spytał: To kiedy kręcimy następną część? Jestem gotów. Odparłem: Nie wiem, musisz zapytać George'a (Lucasa - Y. Cz.-H.). Tak też zrobiłem. George zaczął więc myśleć nad fabułą... Tak naprawdę więc praca nad filmem ruszyła głównie dzięki Harrisonowi. Tylko że wszystko utknęło w martwym punkcie ze względu na scenariusz. Przez 14 lat nie mogliśmy ruszyć z miejsca, aż tu nagle pojawił się David Koepp i napisał tekst, który... no, dosłownie zwalił Indianie kapelusz z głowy. I o to właśnie chodziło.

Fabuła filmu owiana jest tajemnicą. Jak udało się Wam utrzymać sekret przy tak rozbudowanej produkcji?

Nie chwaląc się, muszę przyznać, że naprawdę dołożyliśmy wszelkich starań, by uniknąć przecieków. Zupełnie, jakby nie chodziło o film, a o jakieś tajne przedsięwzięcie na miarę Projektu Manhattan! Nie robiliśmy na przykład kopii scenariusza dla członków ekipy. Ani scenograf, ani autor zdjęć nie dostali tekstu! Oczywiście, jeśli ktoś potrzebował, mógł udać się do czytelni, gdzie znajdował się zamknięty w sejfie egzemplarz scenariusza. Można było robić notatki, ale po skończonej lekturze tekst z powrotem lądował w sejfie i w ogóle nie opuszczał pokoju. Żaden agent, żaden aktor nie dostał skryptu przed rozpoczęciem zdjęć. Oczywiście odtwórcy głównych ról mogli zapoznać się z tekstem, ale wtedy scenariusz przywoził im do domu specjalny kurier, który czekał przed wejściem. Potem zabierał skrypt i odwoził go na miejsce. Dzięki temu udało się nam zadbać o bezpieczeństwo. Tak naprawdę jednak naszymi największymi sojusznikami w walce o utrzymanie tajemnicy okazali się fani "Indiany Jonesa". Widzowie po prostu nie chcieli wiedzieć zbyt wcześnie, co się wydarzy w filmie. Chcieli pójść do kina i pozwolić się zaskoczyć. W pewnym momencie doszło do przykrego incydentu, gdy pewna osoba ukradła z planu blisko 4000 zdjęć, które zdradziłyby całą fabułę. Złodziej zaoferował je pewnej stronie internetowej - nie będę wymieniał jej nazwy - która z reguły nie ma oporów przed ujawnianiem tego rodzaju sekretów. Okazało się jednak, że ci ludzie uwielbiają Indianę Jonesa i nie chcieli psuć innym fanom zabawy. Zadzwonili więc do działu prawnego Paramount Pictures, w porozumieniu z FBI przygotowali prowokację i w ten sposób doprowadzili do aresztowania złodzieja. W tej chwili, gdy rozmawiamy, człowiek ten siedzi już w więzieniu. George Lucas nie bierze jeńców. Mnie czasem stać na wielkoduszność, George jednak jest w takich sprawach bezwzględny.

W poprzednich częściach "Indiany Jonesa" autorem zdjęć był Douglas Slocombe. Teraz zdecydowałeś się na Janusza Kamińskiego...

Dougie przeszedł już na emeryturę, nie mógł więc pracować przy czwartym "Indianie...". Z Januszem zaś współpracujemy od czasów "Listy Schindlera". Nakręciliśmy wspólnie 10 filmów. To wspaniały artysta, prawdziwy mistrz w swoim fachu. Zanim zaczęliśmy pracę nad "Królestwem Kryształowej Czaszki", powiedziałem mu: Zapomnij o wszystkim, czego się nauczyłeś o robieniu zdjęć. Wracamy do starego stylu. Przez trzy dni - w poniedziałek, wtorek i środę - pokazałem Januszowi na wielkim ekranie trzy poprzednie części, by przekonał się, o czym mowa. Tamte stare zdjęcia mają swój niepowtarzalny urok, choć prawdę mówiąc, mało kto już pracuje, używając reflektorów łukowych. Dla Janusza było to ciekawe doświadczenie, choć od razu zwrócił mi uwagę na jedną rzecz: sprzęt oświetleniowy sprzed kilkudziesięciu lat kosztuje drożej, niż nowoczesny! Musieliśmy w tym wypadku przekroczyć budżet. Ale nie wahaliśmy się. Gdybyś pojawiła się na planie, miałabyś wrażenie, że czas cofnął się o 40 lat. Wszędzie te olbrzymie przedpotopowe reflektory... Dzięki temu udało się zachować stylistyczną jedność z poprzednimi częściami "Indiany...".

Jak poznaliście się z Januszem Kamińskim? Czy wzorem bohaterów "Casablanki" stwierdziłeś, że 'to może być początek pięknej przyjaźni'?

O wszystkim zdecydował przypadek. Janusz nakręcił dla telewizji film "Wildflower" w reżyserii Diane Keaton. Po jego obejrzeniu stwierdziłem: Muszę spotkać się z tym facetem, który robił zdjęcia!. Nie wiedziałem, kim jest, jego nazwisko nic mi nie mówiło. Nie miałem też pewności, czy rzeczywiście ma talent, czy też po prostu raz mu się poszczęściło. Poprosiłem więc swoich ludzi, by dali mu do nakręcenia jakiś odcinek serialu telewizyjnego, który moja wytwórnia właśnie realizowała. Kiedy zobaczyłem efekty, wiedziałem już, że to jest człowiek, jakiego mi trzeba. Złożyłem mu propozycję: zróbmy razem "Listę Schindlera". Tak po prostu. Uprzedziłem go: Słuchaj, Janusz, chcę nakręcić czarno-biały film w dokumentalnym stylu. Odparł: To bardzo dobrze, bo pierwsze filmy, jakie kręciłem w Polsce, też były czarno-białe. Wtedy podpisaliśmy umowę.

A potem zostaliście przyjaciółmi?

Na planie "Listy..." nie było ani czasu, ani okazji, by się zaprzyjaźnić. Realizacja tego filmu była dla mnie bardzo osobistym przeżyciem. Nie byłem wtedy w nastroju do towarzyskich pogaduszek. Oczywiście obydwaj, Janusz i ja, zaangażowaliśmy się bardzo w pracę nad "Listą Schindlera" i to nas z pewnością łączyło, ale sama tematyka tej opowieści naprawdę nie sprzyjała rozwojowi znajomości. Z reguły atmosfera na planie jest dosyć swobodna, ludzie często żartują i robią sobie kawały. Tutaj było zupełnie inaczej. Wszyscy byli wstrząśnięci ogromem tragedii, jaka rozegrała się podczas wojny. Sytuacja zmieniła się dopiero przy kręceniu drugiej części "Parku Jurajskiego". Wtedy przekonałem się, że nadajemy z Januszem na tych samych falach. A w dodatku świetnie się uzupełniamy. Janusz jest dowcipny, ja nie. Czasami jego humor jest mi bardzo potrzebny. Od tamtej pory jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi.

Wróćmy do "Indiany Jonesa". Czemu akcja nowej części toczy się w latach 50.? Czy to dla Ciebie jakaś specjalna epoka?

Cóż, Harrison nie wygląda już jak Indiana Jones w latach 30. Dlatego też uznaliśmy, że trzeba przesunąć czas akcji. Dodaliśmy mniej więcej tyle samo lat, ile upłynęło w naszym świecie. Stąd właśnie rok 1957. A trzeba przyznać, że były to faktycznie bardzo ciekawe czasy. Po drugiej wojnie światowej nastał nowy konflikt: zimna wojna. Zmienił się wróg. Zamiast hitlerowców na horyzoncie pojawili się Rosjanie. W latach 50. wszyscy w Ameryce bali się też nuklearnego zagrożenia. Choć oczywiście nasz film nie zahacza o politykę tak głęboko. Wtedy też pojawiły się błyszczące samochody, dziewczyny zaczęły nosić kucyki, a chłopcy słuchali Elvisa Presleya. Niesamowite czasy! Uznaliśmy, że dobrym pomysłem będzie wprowadzenie młodego bohatera, takiego dziecka swojej epoki. To właśnie Shia LaBeouf, motocyklista w skórzanej kurtce, który dziwnym trafem wygląda identycznie, jak Marlon Brando w "Dzikim".

Jak wyglądał wkład George'a Lucasa w tworzenie scenariusza? Czy dochodziło do sporów między Wami?

W pewnym momencie myślałem już, że nigdy się nie dogadamy. Cóż, mówi się: trudno. George i ja jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi, prawie braćmi. Zawsze się spieramy podczas pracy, od ponad 40 lat. Oczywiście nie ma to wpływu na naszą przyjaźń. Kłótnie dotyczą tylko spraw zawodowych. Skoro więc nie mogliśmy się porozumieć, jak ma wyglądać nowy film z Indianą, stwierdziłem: dobra, to w takim razie nie będę go kręcił. Przecież nie będę zmuszał George'a, by zaakceptował moje pomysły, ani on nie będzie zmuszał mnie. Na przykład scenariusz Franka Darabonta nie podobał mu się w ogóle. Mi natomiast owszem. Ale skoro nie było między nami zgody, stwierdziliśmy: zacznijmy w takim razie od początku. I jakoś się udało.

Czy ostateczna wersja różni się od wersji Darabonta?

O tak, znacznie. To zupełnie inna historia. Gdyby istniały jakieś podobieństwa, oczywiście wymienilibyśmy Franka Darabonta jako jednego ze współautorów. Muszę jednak wspomnieć o pewnej rzeczy: to właśnie Frank wymyślił, by w czwartej części powróciła Marion Ravenwood. To jego pomysł i przyznaję to publicznie.

No właśnie, jak udało Ci się namówić Karen Allen na powrót do świata Indiany Jonesa?

Z początku zastanawiałem się, czy to słuszna koncepcja. Gdy kręciliśmy poprzednie części, George wymyślił, aby Indiana w każdym filmie romansował z inną kobietą. Chciałem zachować tę tradycję, potem jednak doszedłem do wniosku, że czwarty "Indiana..." ma nieco inny charakter. To spotkanie z dawno nie widzianym bohaterem, sentymentalna podróż do dawnych czasów. Miło byłoby, gdyby oprócz głównego bohatera na ekranie pojawił się ktoś jeszcze, kogo widzowie znają i lubią. Postanowiłem więc porozmawiać z Karen. Nie miałem pojęcia, czy się zgodzi, ponieważ obecnie z aktorstwem ma już mało do czynienia. Zajęta jest prowadzeniem firmy odzieżowej. Gdy odpowiedziała: 'tak', byłem naprawdę szczęśliwy. Cztery miesiące później przyjechała do Los Angeles na zdjęcia próbne. Zrobiliśmy jej odpowiednią fryzurę i daliśmy kostium Marion. Harrison również się pojawił, w pełnym stroju Indiany Jonesa. I gdy oboje stanęli przed kamerą i objęli się, zobaczyłem nagle, że wszyscy członkowie ekipy - a było ich chyba ze dwudziestu - mają łzy w oczach. Dla tych trzydziestolatków to było niesamowite przeżycie, zobaczyć ponowne spotkanie bohaterów filmu, który oglądali jako dzieci. Do dziś wspominam ten moment jako jedno z najcudowniejszych przeżyć podczas realizacji czwartego "Indiany...".

A nie obawiasz się, że "Indiana Jones", stylizowany na staroświecką opowieść, może przegrać z nowoczesnymi, dynamicznie zmontowanymi produkcjami?

Oczywiście można nakręcić "Indianę..." w stylu "Ultimatum Bourne'a", tylko po co? Jak już mówiłem, zależało mi na tym, aby czwarty film nie odstawał ani trochę od trzech poprzednich części. Ani pod względem realizacji, ani pod względem atmosfery. To musi być ten sam, stary, dobry "Indiana Jones", którego widzowie znają i uwielbiają. Zdaję sobie sprawę, że gust publiczności się zmienia. Wśród młodych reżyserów coraz modniejsze stało się realizowanie filmów z pomocą komputera. Technika idzie cały czas do przodu, ale jeśli przyjrzeć się temu zagadnieniu bliżej, okaże się, że przez cały czas chodzi o to samo. Nie ma znaczenia, czy kręcisz film na taśmie, czy na cyfrówce. Ważne jest to, o czym jest ta opowieść? Kto jest bohaterem? Jaki będzie finał? Czy będą mogły to oglądać dzieci? A jeśli nie, to dlaczego? To są podstawowe pytania, na które odpowiedzieć sobie musi każdy reżyser. Tak było zawsze, od początku istnienia kina. I mam nadzieję, że tak również będzie w przyszłości. Niektóre rzeczy nie zmieniają się nigdy. Tak uniwersalne opowieści, jak "Indiana Jones", również.



[Yola Czaderska-Hayek]