George Clooney gościem Yoli





Yola Czaderska-Hayek: W filmie "Leatherheads" znowu reżyserujesz sam siebie. Jak było tym razem?

George Clooney: Fantastycznie! Zależało mi na tym, by moja produkcja różniła się od tych, w których występowałem ostatnio. "Syriana" czy "Good Night And Good Luck" opowiadają o ważnych sprawach, o problemach współczesnego świata. Chciałem wreszcie od tego odejść, zmienić formułę, by nie dorobić się etykietki reżysera "problemowych" filmów. Poza tym to, co aktualne, starzeje się najszybciej, sytuacja w kraju się zmienia - dziś ważne jest to, jutro co innego - dlatego postanowiłem nakręcić coś lekkiego, uniwersalnego. Po prostu komedię, na której widzowie mogliby dobrze się bawić.

Mam wrażenie, że sam też nieźle się bawiłeś, ironizując z własnego wizerunku gwiazdora filmowego.

Ale ja lubię śmiać się z siebie! Uwielbiam przekłuwać ten pusty balon z napisem "gwiazdorstwo". Ostatni raz miałem taką zabawę, kręcąc z Coenami "Bracie, gdzie jesteś". Po tylu poważnych filmach, w których grałem, trochę mi tego brakowało.

Utkwiła mi w pamięci scena gry w błocie. Jej realizacja musiała sprawić Ci wielką frajdę. Nie czujesz się za stary na takie dziecięce zabawy?

Skądże! Zresztą nie bardzo wiem, co to znaczy: "za stary". To także wiąże się z treścią filmu. Bohater, którego gram, nie przyjmuje do wiadomości, że czas nie stoi w miejscu. Wydaje mu się, że wciąż ma dwadzieścia lat, że nic się nie zmieniło. Jest przywiązany do świata, który nieodwołalnie przemija, odchodzi już do przeszłości. Uwielbiam takie postacie, przypominają mi jeden z moich ulubionych westernów: "Butch Cassidy i Sundance Kid". A co do sceny w błocie, to oczywiście fajnie było wytarzać się jak małe dziecko, ale problem polegał na tym, że kiedy to kręciliśmy, było prawie minus pięć stopni. To był podobno najzimniejszy dzień w całej historii Karoliny Południowej. W życiu nie dostałem tak w kość, jak wtedy. Brr! Do tej pory to pamiętam.

Bohater "Leatherheads" przypomina chłopca, który nie chce dorosnąć. Prawdę powiedziawszy, Ty trochę też. Twoi rówieśnicy mają już pełnoletnie dzieci!

Zauważyłem (śmiech).

A co z Tobą? Kiedyś oświadczyłeś, że nie zamierzasz się żenić. Nadal przy tym obstajesz?

Faktycznie, powiedziałem coś takiego, ale to było kilkanaście lat temu! Gdybym wiedział, że będzie się to za mną ciągnąć aż do dzisiaj, to pewnie ugryzłbym się w język. Człowiek musi uważać na słowa. A jeśli chodzi o Twoje pytanie, to jakoś nie narzekam. Dobrze mi się żyje, mam fantastycznych przyjaciół, kuzynów, dzieci chrzestne... Po co to zmieniać?

Zlituj się! Przekaż chociaż swoje geny potomności!

Lepiej nie. Na pewno wyjdą z tego jakieś potwory. Nie znasz mojej rodziny. Mnóstwo tam świrów (śmiech).

A przyjaciele nie namawiają Cię na ślub?

Owszem, próbują. Ale podejrzewam, że to jeden wielki kant. Po prostu zazdroszczą mi spokojnego życia i chcą, żebym męczył się tak samo, jak oni (śmiech).

Widzę, że Cię nie przekonam. Wróćmy więc do "Leatherheads". Czemu zdecydowałeś się akurat na tę historię? Czyżbyś uwielbiał futbol?

"Uwielbiał" to za dużo powiedziane. Owszem, mam swoją ulubioną drużynę, ale akurat nie chodziło o futbol. Zafascynowała mnie raczej epoka, lata 20. ubiegłego wieku. Czasy sprzed Wielkiego Kryzysu. Niewiele filmów opowiada o tym, co się wtedy działo w Ameryce. A jeśli można było zrobić z tego historię utrzymaną w lekkim, pogodnym tonie, to już w ogóle rewelacja!

Można też było zrobić z tego komedię romantyczną! W rolach głównych George Clooney i Renee Zellweger...

I tego właśnie chciałem uniknąć. Nie miałem najmniejszego zamiaru kręcić komedii romantycznej. Jakoś nie jestem przekonany do tego gatunku. Wszystkie scenariusze kończą się zawsze tak samo. Jedyne różnice dotyczą szczegółów z drugiego planu. Owszem, czasami komuś uda się sklecić z tego materiału jakąś ciekawą, zabawną historię - przyznaję, to się faktycznie zdarza - generalnie jednak unikam tego rodzaju filmów.

Nie lubisz komedii romantycznych?

Tego nie powiedziałem! Oglądać, owszem, lubię. Uważam jednak, że potwornie trudno jest zrealizować komedię romantyczną, która różniłaby się czymkolwiek od miliona innych i wciągnęła widzów na tyle, by zapomnieli o tym, że i tak wiedzą, jak to się skończy. A ja bardzo nie lubię popadać w schematy.

Nie lubisz też siedzieć cicho, gdy coś Ci przeszkadza. Z reguły nie ukrywasz swoich poglądów politycznych. Mówisz, co myślisz i nie boisz się kontrowersji...

Zapomniałaś dodać: "...i do tego świetnie wyglądasz z bliska!" (śmiech).

To przecież oczywiste. Zauważyłam jednak, że dość rzadko wypowiadasz się na temat ochrony środowiska. Czemu?

Bo wychodzę z założenia, że człowiek powinien popierać własne słowa czynami. Gdyby ktoś zarzucił mi: "Mówisz o kryzysie w Darfurze, a w ogóle tam nie byłeś", odpowiem: "Nieprawda, byłem. Rozmawiałem z uchodźcami i wiem, co tam się dzieje". Niestety, muszę przyznać ze wstydem, że w przypadku ochrony środowiska nie mam czystego sumienia. Owszem, trzymam w garażu samochody z napędem elektrycznym, ale - to mój słaby punkt - latam prywatnym odrzutowcem. I do tego jeżdżę na motorze! Jeśli ktoś postawiłby mi z tego zarzut, wówczas znalazłbym się w niezręcznej sytuacji, a tego bym sobie nie życzył. Dlatego nie chcę wyjść na hipokrytę i pouczać innych, gdy sam nie jestem bez winy.

W bieżącej kampanii prezydenckiej opowiadasz się po stronie Baracka Obamy. Naprawdę uważasz, że wygra?

Jestem o tym przekonany. Naprawdę świetnie sobie radzi. Jeszcze rok temu, gdy twierdziłem, że Obama ma szansę zostać prezydentem, wszyscy śmiali się w głos. Dziś taka perspektywa jest już całkiem realna. Wspieram jego kampanię od bardzo dawna, prowadzę zbiórki pieniędzy. Na początku bałem się trochę, że obecność hollywoodzkiego aktora wśród popleczników Obamy może zirytować konserwatywnych wyborców i w efekcie zaszkodzić jego popularności. Na szczęście te obawy okazały się bezpodstawne. Bardzo mnie to cieszy.

Dlaczego właśnie Barack Obama? Czemu stawiasz na niego?

Bo uważam, że to najlepszy kandydat na prezydenta. Hillary nienawidzi cała prawica, wszyscy pójdą głosować przeciwko niej. Nie znoszą także McCaina. Barack natomiast, jak mało kto, potrafi przekonywać do siebie ludzi z przeciwnej strony barykady. W ogólnokrajowych wyborach może wykosić cała konkurencję. Poza tym podoba mi się, że po raz pierwszy od niepamiętnych czasów tylu młodych ludzi rwie się do głosowania. Nie przekonał ich Kennedy, nie przekonał ich Reagan. Obama zaś ma z ich strony niesamowite poparcie. Bardzo mnie to cieszy. Jestem pod wielkim wrażeniem stylu, w jakim ten facet potrafi porwać za sobą ludzi. Dlatego popieram go jak tylko mogę.

Skoro jesteś tak zainteresowany polityką, to czemu sam nie spróbujesz swoich sił w tej dziedzinie?

Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. Czasami taki przybysz z zewnątrz, jak ja, może więcej zdziałać poza rządowymi strukturami, niż wewnątrz nich. Nie muszę się martwić o to, że moje wypowiedzi zirytują jakieś mniejszościowe grupy i odbiorą mi głosy. Nie muszę się martwić o to, że jakaś podkomisja od papierkowej roboty zwiąże mi ręce. Nie muszę iść na żaden kompromis. Jeśli interesuje mnie jakaś sprawa, to po prostu o niej mówię głośno i wyraźnie. A poza tym, tak między nami, nie wydaje mi się, że byłbym dobrym politykiem. Nie tak dawno spędziłem mnóstwo czasu w Waszyngtonie i patrzyłem, jak Barack i Hillary publicznie obrzucają się błotem. A potem, po skończonej debacie idą razem za kulisy i gadają ze sobą, jak gdyby nigdy nic. Ja bym tak nie umiał. To mnie przerasta, naprawdę! Spotkałem polityków, którzy po premierze "Syriany" okrzyknęli mnie zdrajcą Ameryki, po czym przyszli się przywitać z uśmiechem na ustach, mówiąc: "Ale w sumie nic się nie stało, co?". Obserwując takie zjawiska, dochodzę do wniosku, że nawet zawodowi aktorzy nie potrafią do tego stopnia udawać. To zupełnie inna liga.

Nie uważasz, że zaangażowanie aktorów w politykę powinno mieć jakieś granice? Jeśli tak dalej pójdzie, to zamiast Oscarów będziemy mieli jeden wielki wiec wyborczy...

Jestem z natury przeciwny ograniczaniu czegokolwiek. Jeśli zaczniemy hamować czyjąś inicjatywę, to nie wiadomo, do czego to doprowadzi. Nie widzę nic złego w politycznym zaangażowaniu, uważam jednak, że powinno się to robić w sposób odpowiedzialny. Jeśli ktoś wygłasza ze sceny manifest, to lepiej, żeby był do tego przygotowany. Bo gdy przyłapią go na niewiedzy, to od razu zaszkodzi sprawie, za którą agitował. Ceremonie wręczenia Oscarów i Złotych Globów to bardzo ważne, prestiżowe imprezy. Lepiej wtedy uważać na to, co się mówi. Można się bardzo łatwo pogrążyć. Ale jeśli ktoś ma poczucie misji, to nie widzę powodu, by mu utrudniać życie.

Niedawno magazyn "Time" napisał o Tobie: "George Clooney, ostatni wielki gwiazdor". Jak się z tym czujesz?

Uśmiałem się setnie (śmiech). Biedny Brad Pitt, już po nim (śmiech). Cóż, teraz już chyba wszyscy wiedzą, jak jest naprawdę. W końcu tak napisali w gazecie (śmiech). Najgorsze było to, że ten numer "Time" ukazał się akurat tego dnia, kiedy odbyło się wręczenie Oscarów. Wieczorem poszedłem na galę, patrzę, a tam stoi Jack Nicholson. Podchodzi do mnie i mówi: "To co, jesteś ostatnim wielkim gwiazdorem?" (śmiech). Mogłem tylko odpowiedzieć: "To nie ja tak napisałem, Jack". Cóż fajnie jest być na okładce "Time" i oczywiście to niesamowicie miłe, gdy człowieka tak doceniają, ale prawda jest taka, że tego rodzaju określenia są bardzo krępujące i wprawiają ludzi w zakłopotanie. A poza tym, jeśli mam być szczery, to przecież od dawna wiadomo, że ostatnim wielkim gwiazdorem jest Matt Damon (śmiech).

Podobno kiedy miałeś pięć lat, powiedziałeś ojcu, że będziesz sławny.

Fakt. To był błąd.

Jak z Twojej perspektywy wygląda sława?

Dość zabawnie. Pamiętam, że jakieś dziesięć lat temu nigdy bym nie pomyślał, że kiedykolwiek będę w czołówce. Miałem 33 lata i wciąż grałem w "Ostrym dyżurze". Byłem przekonany, że to już koniec kariery, że to najwięcej, na co mnie stać. Sława przyszła do mnie dość późno - i w sumie to dobrze, zdążyłem bowiem nabrać do niej dystansu. Zdałem sobie sprawę, że popularność zależy od tylu losowych czynników, od tylu drobiazgów, że człowiek praktycznie sam nie ma na nic wpływu. Gdyby w Ameryce "Ostry dyżur" nadawano o innej porze, w innym dniu tygodnia, moje losy mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej.

Skoro wspomniałeś o "Ostrym dyżurze": czy wrócisz do tego serialu podczas ostatniego sezonu? Czy w ogóle będzie ostatni sezon?

Nie mam pojęcia, ten serial chyba nie ma końca. Obawiałem się, że po moim odejściu ekipa znajdzie się w trudnej sytuacji, że oglądalność zmaleje, a tu nic z tego! Wyniki nawet poszły w górę. Trochę mnie to zmartwiło (śmiech). Mówiąc poważnie, John Wells (producent serialu - Y. Cz.-H.) to mój dobry kumpel. Często się widujemy, zresztą rozmawiałem z nim nie dalej, jak wczoraj. Dowcip polega na tym, że w trakcie naszych spotkań nigdy, ani razu nie wypłynął temat mojego ewentualnego powrotu do "Ostrego dyżuru". John ani razu o tym nie wspomniał. Chyba tylko raz ktoś go spytał podczas wywiadu: "Czy chciałby pan, aby George wrócił do serialu?". Odpowiedział: "Oczywiście", ale to była czysta kurtuazja. Co miał powiedzieć? "Nigdy w życiu"? (śmiech) Co do mnie, nie mówię ani "tak", ani "nie". Po prostu nikt nigdy nie złożył mi takiej propozycji.

A jeśli do tego dojdzie?

Wtedy porozmawiamy.


[Yola Czaderska-Hayek]