Francis Ford Coppola gościem Yoli




Yola Czaderska-Hayek: Dawnośmy się nie widzieli.

Francis Ford Coppola: Cała przyjemność po mojej stronie.

Jakie to uczucie stanąć za kamerą po tak długiej przerwie?

Do pewnego stopnia mogłem utożsamić się z bohaterem "Młodości stulatka". Odkąd pamiętam, kręcenie filmów było dla mnie sprawą bardzo osobistą. Gdy miałem 18, 19 lat, fascynowały mnie arcydzieła ze Szwecji, z Japonii, z Francji, z Włoch... Chciałem tworzyć rzeczy w tym stylu! Potem jakoś czas przepłynął mi między palcami i w pewnym momencie zadałem sobie pytanie: co się stało z tym nastoletnim reżyserem z głową pełną ideałów? Doszedłem do wniosku, że właśnie teraz nastał właściwy moment, by wrócić do pomysłów sprzed kilkudziesięciu lat. Przypomniało mi się opowiadanie Mircei Eliadego, którego bohater - mężczyzna w moim wieku - za sprawą cudownego zdarzenia zyskuje drugą młodość. Pomyślałem, że mnie również na to stać. Nabrałem ochoty na realizację filmu, o jakim marzyłem jako student. To było niezwykłe, ekscytujące doświadczenie.

Bohater filmu zanurzony jest myślami w przeszłości, tymczasem jego świat zmierza prosto ku zagładzie...

Myślę, że do pewnego stopnia Dominic stanowi odpowiednik Eliadego. Ten naukowiec i myśliciel przeżył pierwszą i drugą wojnę światową, potem obserwował kolejne etapy zimnej wojny, wyścig zbrojeń... Nic dziwnego, że doszedł do wniosku, iż ludzkość ulegnie samozagładzie najdalej w 2010 roku! To niezbyt krzepiąca myśl. Nie widząc przed sobą żadnej przyszłości, zwrócił się ku historii, ku praźródłom cywilizacji. Być może w nadziei, że uda mu się ocalić jakieś ważne informacje od zapomnienia...

Sensem życia Dominica jest poszukiwanie miejsca narodzin języka, pierwocin międzyludzkiej komunikacji. A czy Ty masz jakiś cel, któremu podporządkowujesz swoje działania?

Człowiek jest istotą śmiertelną i prędzej czy później jego poszukiwania muszą z konieczności zostać przerwane. Dominic zyskał dodatkową szansę, ale i tak jego życie musiało w pewnym momencie dobiec końca. Warto więc zastanowić się, czy jakiekolwiek ukierunkowane działanie ma w ogóle sens, skoro w pewnym momencie i tak zejdziemy z tego świata. Ja jestem zdania, że owszem, ma. Skoro bowiem i tak wszyscy jesteśmy skazani na jednakowy koniec, to lepiej odejść ze świadomością, że czegoś się w życiu dokonało. Że człowiek spełnił się w jakiejś dziedzinie. Śmierć wydaje się wówczas lżejsza. Taka jest moja opinia. Gdy przyjdzie na mnie czas, chcę pożegnać się ze światem, myśląc: "Mam za sobą ciekawe życie. Pracowałem w interesującym zawodzie, odniosłem sukcesy, ożeniłem się ze wspaniałą kobietą, moje dzieci zaczęły karierę w tej samej branży, co ja, i całkiem nieźle im idzie, do tego jeszcze udało mi się założyć całkiem niezłą winnicę...". Mam nadzieję, że gdy będę sporządzał ten cały bilans, nawet nie zauważę, kiedy umrę (śmiech). Tak sobie wyobrażam swoje ostatnie chwile i życzę podobnych każdemu, kogo kiedyś czeka śmierć (śmiech).

Dlaczego czekałeś z realizacją tego filmu aż dziesięć lat? Czemu zamilkłeś na całą dekadę?

Nie chciałbym, abyś odniosła wrażenie, że reżyseria przestała mnie interesować. Problem w tym, że nie potrafiłem znaleźć dla siebie miejsca we współczesnym filmowym świecie. Miałem wrażenie, że już do niego nie pasuję. Dzisiaj kręci się głównie sequele albo remake'i. A mnie to nie interesowało. Długo obnosiłem się z autorskim projektem "Megalopolis" - to będzie kosztowny film, a nie mam pojęcia, kto wyłożyłby na niego pieniądze. Pracować nad "Megalopolis" to jak zakochać się w kobiecie, o której wiesz, że i tak cię nie zechce, a mimo to próbujesz (śmiech). Cóż, w jakimś momencie trzeba było zejść z obłoków na ziemię i zająć się bardziej kameralnym projektem. Takim, jak "Młodość stulatka".

Chcesz powiedzieć, że nie znalazłeś producentów gotowych finansować Twój film?

Ludziom się wydaje, że reżyser "z nazwiskiem" ma do dyspozycji tyle pieniędzy, ile mu się tylko podoba. Wystarczy, że kiwnie palcem i już zlecą się sponsorzy. Tymczasem to tak nie działa. Nawet ci najbardziej poważani filmowcy muszą liczyć się ze zdaniem producentów, ci zaś mogą dojść do wniosku, że dany projekt jest absolutnie nierynkowy i jego realizacja się nie opłaca. Chyba tylko Steven Spielberg może cieszyć się absolutną swobodą, bo jego filmy i tak zarabiają na siebie. Niezależnie od tego, co wymyśli, ludziom się to podoba. W porządku, wszyscy jesteśmy dorośli i zdajemy sobie sprawę, że trzeba wybierać pomiędzy artystyczną wolnością a finansową zależnością. Dlatego też w pewnym momencie przestałem szukać pieniędzy na "Megalopolis" i zabrałem się za projekt niskobudżetowy. Sam wyłożyłem pieniądze na "Młodość stulatka", nie musiałem nikogo prosić o pomoc. Szczerze mówiąc, szkoda mi na to czasu.

Swego czasu znalazłeś się w podobnej sytuacji, filmując "Czas Apokalipsy"...

O tak, to dobry przykład. To był dla mnie bardzo osobisty projekt. Nakręciłem wówczas już dwie części "Ojca chrzestnego" i "Rozmowę". Wszystkie te filmy odniosły sukces, a mimo to nie byłem w stanie znaleźć nikogo, kto wyłożyłby pieniądze na realizację "Czasu Apokalipsy". Szukałem też aktorów, którzy udaliby się wraz ze mną na Filipiny! Bez skutku. Musiałem więc oddać w zastaw własną winnicę. I szczerze mówiąc, myślałem, że już jej nie odzyskam. Dlatego też uważam, że "Czas Apokalipsy" stanowi integralną część mojego życia. Nawiasem mówiąc, cieszę się, że na Filipinach nikt nie zginął, bo gdy przypomnę sobie warunki, w jakich kręciliśmy ten film... Niewiele brakowało.

Od czasu, gdy nakręciłeś "Ojca chrzestnego", mnóstwo reżyserów próbowało wzorować się na tej gangsterskiej epopei. Czy wśród twórców młodego pokolenia widzisz kogoś, kogo można by nazwać "nowym Coppolą"?

Oczywiście. Widzę całe mnóstwo artystów, którzy starają się, by ich produkcje wyróżniały się z szarej masy. Jest Kim Peirce, jest Paul Thomas Anderson, jest Wes Anderson, jest Spike Jonze, jest Sofia Coppola, jeśli wolno mi zauważyć (śmiech)... Naprawdę nie brakuje nam młodych, utalentowanych ludzi. Problem tkwi gdzie indziej: brakuje nam zuchwałych dystrybutorów, którzy mieliby odwagę rozprowadzać ich filmy. Im więcej małych firm dostaje się pod skrzydła dużych wytwórni, tym częściej reżyserzy słyszą słowa: "Kręćcie coś bardziej dla ludzi!". Niektórzy dają się skusić, inni jednak konsekwentnie wolą tworzyć kino autorskie. Wolą klepać biedę, niż się zaprzedać. I choćby dlatego jestem z nich dumny.

Pamiętam, że swego czasu stwierdziłeś, iż lepiej ugotować makaron dla dwustu ludzi, niż nakręcić kolejny film. Bo o makaronie przynajmniej nie trzeba opowiadać w wywiadach...

To było wtedy, gdy miałem już dość pytań w rodzaju: "Co pan chciał przez to powiedzieć?". Ale tak naprawdę realizacja filmu jest bardzo podobna do przygotowywania posiłku. Każdemu kucharzowi zależy na tym, by ludzie docenili efekty jego pracy. I po skończonym obiedzie powiedzieli: "To było pyszne!". Tak samo reżyser marzy o tym, by widzom spodobała się jego wizja. Ale tu wkraczamy na grząski grunt, bo z kinem bywa różnie. Można kręcić filmy czysto rozrywkowe, o których z góry wiadomo, że spodobają się odbiorcom. A można też kręcić filmy trudniejsze, które stanowią dla widzów pewne wyzwanie. Takie, w których za każdym razem odnajdujesz coś nowego. I dzięki temu jesteś w stanie wielokrotnie do nich wracać. Często moja żona pyta mnie: "Francis, czemu tak ci zależy na tym, by w twoim kinie było tyle filozofii?". Odpowiadam: "Kochanie, przede wszystkim zależy mi na opowiadaniu ciekawych, wciągających historii. Jeżeli zaś w moich filmach pojawiają się poważne tematy, to głównie po to, by widzowie za drugim czy trzecim razem mogli odkrywać treści, z których istnienia nie zdawali sobie sprawy. A poza tym pamiętaj: dzięki temu, że ludzie wciąż oglądają na nowo "Ojca chrzestnego", "Czas Apokalipsy" czy "Rozmowę", możemy wciąż mieszkać w tym pięknym domu (śmiech). Z samego obrachunku wynika, że kręcenie mądrych filmów po prostu się opłaca".

Podczas naszej rozmowy często używasz sformułowania: "osobisty film", "osobisty projekt"... Co to dla Ciebie znaczy?

Osobisty film to taki, którego realizacją zajmuję się z czystego zainteresowania danym tematem. Jeśli czuję, że jakiś problem mnie nurtuje, jeśli zadaję sobie jakieś pytania, na które film może mi odpowiedzieć - to wówczas podchodzę doń z olbrzymim wyczuciem, jak gdyby od realizacji tego projektu zależało coś bardzo ważnego w moim życiu. Oczywiście otwarta pozostaje kwestia, na ile widzów zainteresują moje osobiste przemyślenia i ile z nich zrozumieją. Każdy z nas pewne rzeczy rozumie instynktownie, na swój sposób. Gdyby, dajmy na to, niespodziewanie odwiedził nas jakiś Marsjanin i zaczął zadawać pytania: co to jest człowiek? Co to jest świadomość? - to każde z nas udzieliłoby odpowiedzi bazującej na jednostkowych, subiektywnych doświadczeniach. Na podobnej zasadzie, kręcąc film, ryzykuję, że moja personalna wypowiedź może spotkać się z obojętną reakcją publiczności. To, co mnie porusza, co daje mi do myślenia, nie musi wcale interesować drugiego człowieka. Jakimś cudem jednak widzów nadal interesuje, co mam do powiedzenia.

Dzisiejsza widownia przyzwyczajona jest do akcji, dynamiki... Ty zaś w "Młodości stulatka" osadziłeś kamerę nieruchomo w miejscu. Dlaczego?

Zawsze chciałem nakręcić film, w którym kamera nie podążałaby za bohaterami, ale tkwiłaby w miejscu, rejestrując ich poczynania. Tak się jednak składało, że albo koncepcja danej opowieści nie zezwalała na to, albo autor zdjęć, z którym pracowałem, nie zgadzał się na to. Tymczasem od dawna kusiło mnie, by opowiedzieć jakąś historię przy pomocy nieruchomych, statycznych kadrów. W "Młodości stulatka" kamera porusza się jedynie osiem razy - i zawsze jest to zabieg w jakiś sposób uzasadniony fabułą. Fascynuje mnie rejestrowanie ruchu. Doszedłem jednak do wniosku, że gdy obiektyw porusza się razem z bohaterami, cała iluzja znika. Dopiero gdy widz zyskuje konkretny, osadzony w przestrzeni punkt widzenia, może dostrzec, co tak naprawdę dzieje się w kadrze. Na szczęście do realizacji "Młodości..." zaangażowałem operatora tuż po szkole filmowej. Chłopak nie zadawał zbędnych pytań. Powiedziałem mu tylko: "Słuchaj, w tym filmie kamera nie rusza się z miejsca". Zastanowił się chwilę i odparł: "Dobra, świetny pomysł". (śmiech)

Sprawiasz wrażenie, jakbyś żył we własnym świecie, mając w pogardzie Hollywood i rządzące nim prawa. A gdybyś tak spotkał się przy jednym stole ze Spielbergiem i Lucasem?...

Ciekawe, co by to było? Mógłbym polecić George'owi jakieś dobre wino, a on i tak wybrałby Colę (śmiech). Tak naprawdę, nie muszę sobie wyobrażać, "co by było, gdyby", ponieważ kiedyś faktycznie siedzieliśmy przy jednym stole z George'em i Stevenem. I cóż Ci mogę powiedzieć?... Przegadaliśmy cały wieczór jak trójka dzieciaków zafascynowanych kinem. Pamiętam, że spytałem Lucasa: "Powiedziałeś kiedyś, że po trzecich ‘Gwiezdnych wojnach' nakręcisz jakiś eksperymentalny film. Co się z tym dzieje?". Obiecał mi, że na pewno wróci do tego pomysłu. Mam nadzieję, że dotrzyma słowa, bo to niesamowicie utalentowany twórca i bardzo jestem ciekaw, co nakręci.

Wspomniałeś wcześniej o swoim projekcie, że jest jak miłość do kobiety, która Cię nie chce. Naprawdę podchodzisz do swoich filmów jak do romansów?

Owszem, są takie filmy, które potrafią zafascynować człowieka równie silnie, jak kobieta.

.. Aż się boję zapytać, czy są w takim razie kobiety, które mogą zafascynować Cię równie silnie, jak filmy.

Owszem, z historycznych postaci darzę olbrzymią sympatią Twoją rodaczkę, Marię Walewską. Niesamowita, nieszablonowa postać.

Który ze swoich filmowych "romansów" wspominasz najlepiej?

Na pewno "Czas Apokalipsy", bo jego realizacja przebiegała naprawdę dramatycznie. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jakim cudem w ogóle udało się nakręcić ten film. Bardzo lubię też "Rozmowę", może dlatego, że sam pisałem do niej scenariusz. Ale poza tym?... O rety, to zupełnie, jakbyś zapytała mnie, które z moich dzieci lubię najbardziej. Wszystkie cenię jednakowo i do wszystkich mam sentyment. I liczę na to, że uda mi się jeszcze nakręcić kilka filmów, zanim na stałe przeniosę się do tej wielkiej winnicy w niebie (śmiech). Mam nadzieję, że przynajmniej podają tam dobre wino!


[Yola Czaderska-Hayek]