Patrick Dempsey gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W filmie "Moja dziewczyna wychodzi za mąż" grasz niepoprawnego uwodziciela. Prywatnie też taki jesteś?

Patrick Dempsey: Ja? Uwodziciel? W życiu! (śmiech) Tak naprawdę w niczym nie przypominam tego faceta. To jest człowiek, który nie chce angażować się w stałe związki, kłamie, boi się odpowiedzialności... Całkowicie się różnimy pod tym względem. Dla mnie szczęśliwe życie we dwoje to podstawa, a bohater filmu najwyraźniej ma z tym problemy. Przyznaję za to, że dzięki temu całkiem przyjemnie mi się go grało. Dla aktora to świetna zabawa, a zarazem ciekawe przeżycie, wcielić się w postać, która stanowi jego kompletne przeciwieństwo.

Bohater "Mojej dziewczyny..." nie potrafi dostrzec, że miłość swego życia ma dosłownie przed oczami. Czy Tobie też się to kiedykolwiek zdarzyło?

Jeżeli jakaś dziewczyna zakocha się we mnie, od razu umiem to zauważyć. Mówiłem Ci: mój bohater i ja różnimy się pod każdym względem. Choć w sumie trochę mu zazdroszczę, fajnie jest być takim playboyem, który nic w życiu nie robi i w ogóle mu to nie przeszkadza.

A Ty nie jesteś playboyem?

Nie, jestem raczej domatorem. Nie włóczę się wieczorami po klubach, wolę spędzić ten czas z żoną i dziećmi. Uwielbiam dekorować nasz dom. Żona raz na jakiś czas mówi mi: "Idź kupić jakieś meble". Wiem, że lubi antyki, więc... idę i kupuję! To strasznie fajne. O wiele lepsze, niż imprezowanie.

Jaki masz kontakt z dziećmi? Częściej widzą Cię w domu czy na ekranie?

Oczywiście, że w domu! Staram się zabierać całą trójkę na zabawę do parku, ale nie jest to łatwe, ponieważ wszędzie czają się paparazzi i tak naprawdę w pewnym momencie człowiek czuje się jak osaczone zwierzę. Nie można normalnie przejść się po ulicy, bo zaraz ktoś zrobi zdjęcie. Ja wszystko rozumiem, ale ktoś wreszcie powinien w tym kraju wydać zakaz fotografowania dzieci! To naprawdę źle wpływa na życie mojej rodziny. Staram się uchronić przed reporterami dwóch synów i córkę, ale czasem bywa naprawdę trudno. Nie mam pretensji, jeśli ktoś próbuje złapać mnie w obiektyw. Jestem dorosły, sam wybrałem ten zawód i zdaję sobie sprawę z konsekwencji. Ale moje dzieci nie wybrały takiego życia! Moja praca w ogóle ich nie dotyczy! Dlaczego więc jakiś facet z aparatem próbuje włazić z butami w ich prywatność? Nie rozumiem tego.

Mówisz, że playboy, którego grasz w "Mojej dziewczynie...", różni się od Ciebie. Czy to znaczy, że nigdy nie było Cię stać na miłosne porywy?

Tego nie powiedziałem! Pamiętaj, że ten facet, którego widzisz na ekranie, to notoryczny podrywacz. Dla niego wszystkie chwyty są dozwolone, jeśli chce zrobić wrażenie na jakiejś pannie. Jeśli chce, może wysypać z helikoptera dziesięć tysięcy róż. Ja się w to nie bawię. Doświadczenie nauczyło mnie, że takie gesty, owszem, są efektowne, ale tak naprawdę kobiety oczekują czego innego. Dla nich liczą się drobne, czasem mało zauważalne rzeczy, na przykład pamięć o urodzinach czy o rocznicy; według tego oceniają, czy facet nadaje się na męża i ojca. Można zarzucić wybrankę prezentami, ale jeśli brakuje człowiekowi odpowiedzialności, to do widzenia - nie ma tu o czym rozmawiać. Dlatego też w życiu zawsze kierowałem się zasadą: najpierw budujemy podstawy stabilnego związku, a dopiero potem możemy sobie pozwolić na dzikie fantazje.

To ciekawe, bo Michelle Monaghan, z którą grasz w "Mojej dziewczynie...", opisała Cię jako niesamowitego flirciarza!

No cóż, robię, co mogę, żeby nie wyjść z wprawy (śmiech).

Ale tak na serio, czym jest dla Ciebie flirt?

Przemiłą formą wymiany zdań z interesującą kobietą. Oboje zdajemy sobie sprawę z tego, że istnieje pewna granica, po przekroczeniu której flirt przestaje być niewinny. Staramy się więc jej nie przekraczać, ale cały czas się do niej zbliżamy. I na tym właśnie polega cała sztuka. Powiedzieć kobiecie prawdziwy komplement, a przy tym nie posunąć się za daleko - to trzeba umieć!

Mój drogi przystojniaku, to działa także w obydwie strony. Nie masz pojęcia, ile się czasem trzeba nagimnastykować, by mężczyzna poczuł się doceniony!

Zaraz, czy Ty ze mną flirtujesz?

Oczywiście! Nie zauważyłeś?

Hm, muszę się zastanowić, czy to nie jest już czasem seksualne molestowanie. Chyba zadzwonię do mojego prawnika.

Nie udawaj, że przeszkadza Ci, kiedy emablują Cię kobiety!

Co tu kryć? Od premiery "Zaczarowanej" bez przerwy zaczepiają mnie na ulicy dziewczyny... niestety, głównie w wieku mojej córki. I pytają, gdzie jest ta księżniczka z filmu.

A jednak! Wiedziałam! Lubisz, jak zaczepiają Cię dziewczyny!

Zwłaszcza te niegrzeczne (śmiech). Nie ma to jak miłe, sympatyczne niegrzeczne dziewczyny (śmiech).

Czy czujesz się już spełniony jako artysta, czy też nadal uważasz, że stoisz dopiero na początku drogi?

Każdy aktor Ci to powie: na początku kariery zamykałem oczy i wyobrażałem sobie, że stoję na podium, trzymam w ręku Oscara i dziękuję Akademii. Ale oczywiście rzeczywistość skorygowała te plany. Zdaję sobie sprawę, że osiągnąłem już sporo, ale to wciąż nie jest to, co sobie zamierzyłem. Mam nadzieję, że najlepsze ciągle jeszcze przede mną.

Wróćmy do "Mojej dziewczyny...". Życie dopisało do tego filmu smutny epilog, ponieważ okazało się, że to ostatnia rola Sydneya Pollacka. Zagrał ojca Twojego bohatera. Powiedz, jak Wam się razem pracowało?

Naprawdę wspaniale. Już po skończeniu zdjęć dowiedziałem się, że Sydney był wówczas poważnie chory. Ale w trakcie realizacji filmu w ogóle nie dał nic po sobie poznać! Najśmieszniejsze było to, że reżyser traktował go z olbrzymią nieśmiałością, jakby bał się mu w ogóle cokolwiek powiedzieć. Z jednej strony się nie dziwię, bo to przecież Sydney Pollack, legenda Hollywood. Ale z drugiej... To naprawdę był przemiły facet, z którym się świetnie pracowało. Uwielbiam nasze wspólne sceny - zwłaszcza kiedy mój filmowy ojciec opowiadał o tym, co mu się nie udało w życiu. To był po prostu majstersztyk. Oczywiście postać ta powstała wcześniej w scenariuszu, ale dopiero Sydney tak naprawdę tchnął w nią życie. Jestem autentycznie dumny z tego, że mogłem pojawić się na ekranie obok tego człowieka. Wiem, że to brzmi pompatycznie, ale nie potrafię tego inaczej opisać.

Jesteś aktorem zarówno filmowym, jak i telewizyjnym. Czy teraz, gdy odniosłeś sukces dzięki "Zaczarowanej" i "Mojej dziewczynie...", chcesz dalej grać w serialu "Chirurdzy"?

Nie widzę problemu. Ten serial dał mi naprawdę wiele. Ludzie kojarzą mnie przede wszystkim dzięki małemu ekranowi. Oczywiście kino to zupełnie inna para kaloszy. Dzięki temu, że zagrałem w paru filmach, mogę dzisiaj spotkać się z Tobą i porozmawiać. Kariera w Hollywood to olbrzymia pokusa, nie chcę jednak popełnić błędu i odejść z "Chirurgów" zbyt wcześnie. Nie podcina się gałęzi, na której się siedzi. Moja przyszłość w świecie filmu na razie wygląda dość niepewnie, a serial przynajmniej zapewnia mi stabilizację. Dzięki niemu wiem, na czym stoję. Mogę jedynie mieć nadzieję, że kolejne odcinki stać będą na równie wysokim poziomie, jak te, które dotychczas nakręciliśmy.

Jak długo zamierzasz grać pana doktora?

Tak długo, jak się da. Czyli dopóki serial będzie nadal interesował widzów... i mnie. Nie chciałbym, abyś pomyślała, że woda sodowa uderzyła mi do głowy - ja naprawdę lubię grać w "Chirurgach". Nie robię nikomu łaski. Po paru latach pracy wszyscy zżyliśmy się ze sobą i tworzymy zgrany zespół. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem zadowolony z tego, co razem robimy. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy aktor ma tyle szczęścia. Poza tym po prostu podoba mi się ten serial. Cieszę się, że rozwija się w dobrym kierunku. Każdy kolejny sezon pozwala na coraz ciekawsze spojrzenie na sylwetki bohaterów. To nie jest tylko historia o lekarzach, który ratują pacjentom życie! To jest przede wszystkim opowieść o ludziach i o ich problemach. Mam nadzieję, że scenarzyści nadal będą pracować tak świetnie, jak teraz. Tak naprawdę sam jestem ciekaw, co oni jeszcze wymyślą. Choć jeśli mam być szczery, to gdyby to ode mnie zależało, nie dopuściłbym do emisji odcinka z bombą. Owszem, to była niesamowicie wciągająca historia, ale niepotrzebnie wyłamała się z konwencji i skierowała oczekiwania widzów na zupełnie inne tory. Wszystkim zaczęło się nagle wydawać, że "Chirurdzy" zamienią się w kino akcji, a nie o to w tym serialu chodzi. Nie chciałbym, by w kolejnych sezonach pojawiły się tego typu historie. To ma być w dalszym ciągu opowieść o relacjach pomiędzy bohaterami. A nie o ratowaniu świata.

Masz jakiś wpływ na to, jak wygląda serial, w którym grasz?

Do pewnego stopnia tak. Niedawno spotkaliśmy się na kolacji z Shondą Rhimes (scenarzystka i reżyser "Chirurgów" - Y. Cz.-H.) i wyłożyliśmy swoje racje. To było naprawdę owocne spotkanie. Shonda zapewniła nas, że "Chirurgom" nie grozi, dajmy na to, kulminacja w rodzaju wielkiego ślubu Dereka (bohater, którego Patrick Dempsey gra w serialu - Y. Cz.-H.) i Meredith (Ellen Pompeo - Y. Cz.-H.). Zamiast tego realizatorzy będą się starali pokazać, jak wygląda wspólne życie dwóch osób rywalizujących ze sobą w tej samej branży. Takie podejście bardzo mi odpowiada. Tym bardziej, że nie lubię robić czegoś na pół gwizdka. Jeśli się w coś angażuję, to na sto procent. Muszę grać z przekonaniem, bo inaczej widzowie natychmiast wyczują fałsz. A wtedy serialu nic już nie uratuje.

Ludzie porównują Cię do George'a Clooneya. Obydwaj zaczęliście karierę, grając lekarzy w serialach, a potem przebiliście się do świata filmu...

Żebyśmy się dobrze zrozumieli: ani mi w głowie porównywać się z Clooneyem. Oczywiście to bardzo miłe, gdy ktoś wymienia nasze nazwiska w jednym zdaniu. Ale bez przesady! George to wspaniały aktor, bez przerwy próbuje czegoś nowego, nie spoczywa na laurach. Ja jestem dopiero na początku tej drogi. Nie tak dawno spotkaliśmy się podczas Oscarowej gali i zamieniliśmy dwa słowa. Nie ukrywam, że z przyjemnością spotkałbym się z nim kiedyś i odbył dłuższą rozmowę. To prawdziwy gwiazdor filmowy w starym stylu. Niesamowicie mi imponuje. Dlatego jeśli ktoś nas ze sobą porównuje, to mogę się tylko uśmiechnąć, ale nie wiem, czy zasługuję na ten zaszczyt.

Oprócz aktorstwa Twoją pasją jest też sport. Jeździsz rowerem, bierzesz udział w wyścigach samochodowych... Skąd to zamiłowanie do rywalizacji?

Choćby z takiej potrzeby, by zmienić coś w swoim życiu. Nie chcę, by cały mój czas ograniczał się tylko do kursowania między pracą i domem. Człowiek musi mieć jeszcze jakaś dodatkową pasję, a do tego dobrze, jeśli zmienia raz na jakiś czas środowisko. Bardzo lubię społeczność rajdowców, świetnie się wśród nich czuję. Poza tym wyścigi to trudny sport. Potrafią nauczyć człowieka pokory. Jeśli, dajmy na to, uda mi się zabłysnąć w jakimś filmie, to zaraz po powrocie na tor moje ego znów kurczy się do normalnych rozmiarów. Dzięki temu nie chodzę z nosem zadartym na wysokość trzeciego piętra.

Rozmawiałeś na ten temat z Paulem Newmanem? Zapewne miałby Ci sporo do przekazania...

Domyślam się! Marzę o tym, by kiedyś spotkać się z nim i pogadać o wyścigach. Ale jak znam życie, nastąpi to dopiero wtedy, gdy obydwaj dostaniemy role w tym samym filmie. W przerwie między ujęciami znajdziemy czas, by zamienić parę słów. Ech, marzę o tym. Bo to wspaniały rajdowiec, wspaniały aktor i wspaniały człowiek.

O Tobie też kiedyś będą tak mówić, zobaczysz.

Yola, znowu ze mną flirtujesz!

Oczywiście! Przez cały czas.

Zobaczysz, będą z tego kłopoty. Przez ten wywiad pewnie zacznie Cię prześladować mój prawnik.

Jeśli jest tak przystojny, jak Ty, to proszę uprzejmie!



[Yola Czaderska-Hayek]