Ben Stiller gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Twój film, "Tropic Thunder" (w Polsce wchodzi na ekrany pod tytułem "Jaja w tropikach" - Y. Cz.-H.), odniósł niesamowity sukces. Jak wpadłeś na pomysł nakręcenia tej historii?

Ben Stiller: Ta historia rodziła się tak naprawdę przez dwadzieścia lat. Zaczęło się od niewielkiej roli, którą zagrałem w "Imperium słońca", w 1987 roku. To był mój pierwszy film o wojnie. Jednocześnie w tym samym czasie wszyscy nagle zaczęli kręcić opowieści o Wietnamie. Na ekrany wszedł "Pluton", potem "Hamburger Hill"... W kinach zaroiło się od tego! Słyszałem opowieści o obozach wojskowych, do których posyłano aktorów, by oswoili się z mundurami i bronią. Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby pokazać takich żółtodziobów na planie, przekonanych o tym, że biegając z karabinem przed kamerą, są już zaprawieni w boju. Potem minęło jakieś 10, 11 lat - zająłem się innymi sprawami, ale pomysł nadal tkwił mi w głowie. Któregoś dnia wróciłem do niego w rozmowie z moim przyjacielem Justinem Theroux. Zaczęliśmy wyobrażać sobie, co by było, gdyby aktorzy trafili do tropikalnej dżungli, w sam środek prawdziwej wojny. Napisaliśmy konspekt liczący 30 stron, a potem sprawa ponownie trafiła na półkę. Dopiero znów po paru latach wyciągnąłem ten tekst i zacząłem go przerabiać, tym razem już na poważnie. Dzięki aktorom, którzy z niesamowitym zapałem włączyli się w cały projekt, pomagając układać dialogi, udało się rzecz wyprowadzić na prostą drogę. I wtedy nabrałem pewności, że ten film rzeczywiście powstanie.

W ostatnich latach w Ameryce powstało całe mnóstwo filmów o wojnie. Twój film otwarcie je parodiuje. Nie obawiałeś się nieprzychylnego odbioru w kraju?

Nie, ponieważ nie uważam, że "Tropic Thunder" jest parodią filmu wojennego. To by było zbytnie uproszczenie. Jest to przede wszystkim historia o aktorach, którzy żyją na planie filmowym i nie potrafią odróżnić fikcji od rzeczywistości. Nie mają dystansu do siebie, a swoje role traktują ze śmiertelną powagą i wyrachowaniem. Jeden z bohaterów postanawia zagrać człowieka upośledzonego umysłowo, bo liczy na to, że dostanie za to Oscara. Inny do tego stopnia utożsamia się ze swoim bohaterem, że przemalowuje sobie skórę na czarno i nawet kiedy nie ma kamer, przez cały czas nie wychodzi z roli. Nie nabijam się w tym filmie z wojny jako takiej, bo wiem, że nie jest to powód do żartów. Śmieję się natomiast z tego, jak schematycznie i sztampowo wojna przedstawiana jest w hollywoodzkich filmach. Trochę na zasadzie: "Jeśli widziałeś jeden, to widziałeś już wszystkie". Bardzo się cieszę, że udało mi się pozyskać do współpracy ludzi, którzy nie mieli oporów przed tym, by żartować z samych siebie i z własnego, gwiazdorskiego wizerunku. Dzięki temu "Tropic Thunder" stał się jeszcze zabawniejszy, a przy okazji także bardziej wiarygodny.

Mimo wszystko Twój film pod wieloma względami przypomina wojenne superprodukcje. Muzyka brzmi jak żywcem wzięta z "Plutonu" czy "Czasu apokalipsy"...

Prawda? To fantastyczny efekt. Uwielbiam ścieżkę dźwiękową, która napisał Teddy Shapiro. Nie chciałem kopiować istniejących nagrań, chodziło mi raczej o nowy podkład muzyczny, który natychmiast kojarzyłby się z tamtymi, starymi filmami. Niesamowicie podoba mi się ta muzyka. W tej chwili niemal bez przerwy słucham jej na swoim iPodzie.

Nie obawiałeś się, że satyra na hollywoodzkie realia może okazać się zbyt hermetyczna dla widzów spoza Ameryki?

Nie mam pojęcia. Oczywiście zastanawiałem się, czy publiczność z drugiego końca świata jest w stanie pojąć, z czego - lub kogo - właściwie śmiejemy się w danej scenie. Ale bez przesady! Nie można traktować widzów jak ostatnich głupoli, którzy nie są w stanie niczego się domyślić bez podpowiedzi. Mamy przecież Internet, mamy telewizję... Każdy, kto interesuje się kinem, ma mnóstwo okazji, by śledzić na bieżąco to, co dzieje się w Ameryce i w Hollywood. I nieważne, gdzie mieszka. Najbardziej zależało mi na tym, by odbiorcom spodobała się sama historia, by polubili bohaterów - a nie na tym, by skupiali się na zrozumieniu wszystkich dowcipów.

No i wygląda na to, że Twoja historia rzeczywiście się spodobała, sądząc po wynikach kasowych. Zasłużyłeś na to w pełni. Jak Ci się udało namówić do występu tyle gwiazd?

Od samego początku chciałem obsadzić w tym filmie Jacka Blacka. Rola w "Tropic Thunder" napisana była specjalnie dla niego. Był pierwszym aktorem, który dostał do przeczytania scenariusz. Nie miałem pewności, czy się zgodzi, nie każdy bowiem lubi grać u boku innych, nieraz sławniejszych kolegów. Natychmiast jednak oddzwonił: "Wchodzę w to!". Wtedy posłałem tekst Downeyowi. Marzyłem o tym, by udało się go ściągnąć. Nie chciałem, by Lazarusa grał jakiś zawodowy komik. To musiał być ktoś taki, jak Robert: z jednej strony obdarzony fantastycznym poczuciem humoru, z drugiej - niesamowicie utalentowany, obsypywany nagrodami i poważany przez wszystkich aktor. On również się zgodził. Wygląda więc na to, że sukces zawdzięczam przede wszystkim scenariuszowi! Podobał się wszystkim, którzy go przeczytali.

No dobrze, ale jakim cudem zwerbowałeś Toma Cruise'a?

Również dzięki scenariuszowi. Posłałem mu tekst głównie po to, by powiedział mi, co o nim sądzi. Byłem ciekaw jego zdania. A musisz wiedzieć, że Tom to cwana bestia - potrafi wyczuć materiał na świetną rolę już po wstępnej lekturze! Tak naprawdę ta postać faceta z wytwórni to w całości jego kreacja. Po przeczytaniu Tom zapytał mnie: "Słuchaj, widzę, że nabijasz się z aktorów, ale co z producentami? Przecież oni aż się proszą, by się z nich pośmiać!". I tutaj rozwiązał problem, nad którym biedziłem się wcześniej, układając fabułę. Cały czas bowiem bez odpowiedzi pozostawało pytanie: skoro bohaterowie filmu są w prawdziwej dżungli, na prawdziwej wojnie, to dlaczego nikt z ekipy ich nie szuka? Co w tym czasie dzieje się w cywilizowanym świecie? To mi podsunęło pomysł: wytwórnia nie ma zamiaru ich uratować, bo chce zagarnąć pieniądze z ubezpieczenia (śmiech). Po przeróbce scenariusza pokazaliśmy Tomowi tekst jeszcze raz. Stwierdził: "Słuchajcie, to może ja zagram tego gościa ze studia?". W życiu nie widziałem, żeby ktoś się tak zapalił do roli! Praktycznie wszystko, co dotyczy tej postaci, jest od początku do końca dziełem Toma Cruise'a. To on wymyślił, jak ten facet ma wyglądać, jak się zachowuje - nawet to, jak idiotycznie tańczy! (śmiech) Sam nie wierzyłem własnemu szczęściu. Nie dość, że tak wielki gwiazdor, jak Tom, zgodził się na udział w moim filmie, to jeszcze przy każdej okazji służył mi radą i pomocą. Naprawdę, niesamowity gość.

Nie tylko Tom Cruise dał z siebie wszystko. Także Robert Downey Jr. przeszedł samego siebie. To jedna z najtrudniejszych ról w jego karierze.

Z całą pewnością. On również był bardzo kreatywny, jeśli chodzi o tworzenie postaci. W pierwotnej wersji scenariusza Lazarus, którego gra Robert, miał być Irlandczykiem. Downey zaproponował jednak, by zrobić z niego Australijczyka. Po pierwsze dlatego, że aktorzy z Australii są coraz popularniejsi w Hollywood, więc czemu by tego nie wykorzystać? Po drugie, Robert uznał, że ich akcent jest dla niego łatwiejszy do naśladowania. Miał już za sobą podobne doświadczenie w "Urodzonych mordercach". Zastanawiałem się nad tymi zmianami, ale doszedłem w końcu do wniosku, że nie widzę powodu, dla którego nie mielibyśmy ich wprowadzić do scenariusza. Bohaterowie filmu nie są przecież karykaturą konkretnych aktorów, to raczej archetypowe postacie, przedstawiciele pewnych zjawisk. Uznałem, że zamiast Irlandczyka równie dobrze może być Australijczyk.

W dodatku czarnoskóry Australijczyk...

No tak, ale musimy pamiętać, że w "Tropic Thunder" Robert Downey Jr. gra australijskiego aktora, który z kolei gra czarnoskórego amerykańskiego sierżanta z okolic, powiedzmy, 1969 roku. I przez cały czas nie wychodzi z roli! Lazarus dosłownie JEST tym sierżantem. Gada i zachowuje się jak czarny Amerykanin z końca lat 60. Ta kreacja stanowiła dla Roberta olbrzymie wyzwanie. Ale oczywiście poradził sobie świetnie. Trochę obawialiśmy się, czy ta postać nie zostanie odebrana jako rasistowska karykatura, ale na szczęście okazało się, że widzowie zrozumieli nasz przekaz. Lazarus nie parodiuje zachowania autentycznych Afroamerykanów; jego rola jest satyrą na to, jak Afroamerykanów przedstawia Hollywood. A to ogromna różnica. Z tego, co widzieliśmy na próbnych pokazach, publiczność, także czarnoskóra uznała postać graną przez Roberta za najśmieszniejszą w całym filmie. Facet ukradł nam show! (śmiech)

Próbowałam sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy jednocześnie reżyserujesz film i grasz w nim główną rolę. Stoisz przed kamerą razem z innymi aktorami i krzyczysz: "Akcja!"?

Nie, to by raczej dziwnie wyglądało (śmiech). Zazwyczaj w takich przypadkach asystent reżysera krzyczy "Akcja!". Do mnie jednak należy przywilej przerwania sceny, jeśli coś idzie nie tak. A dzięki temu, że stoję tuż obok innych aktorów, mam najlepszy widok na to, co się dzieje (śmiech). Czasem te relacje na planie bywają skomplikowane - w filmie jest taka scena, w której podczas ujęcia aktor sugeruje reżyserowi, żeby zrobić cięcie, on jednak każe grać dalej i w końcu nikt już nie wie, o co chodzi. W jakimś momencie jednak człowiek wchodzi w pewną rutynę i nabiera wprawy. A jeśli jeszcze pracuje z życzliwymi ludźmi, którzy chcą mu pomóc, to już w ogóle robi się fantastycznie.

Zauważyłam, że do roli w "Tropic Thunder" nabrałeś trochę mięśni. Prawdziwy z Ciebie kulturysta!

To był konieczny zabieg. Mój bohater, Tugg Speedman, jest gwiazdorem kina akcji, dlatego musiał mieć odpowiednią sylwetkę. Bicepsy, kaloryfer na brzuchu i tak dalej. Musiałem popracować trochę nad formą i podczas przygotowań do realizacji filmu spędziłem trochę czasu w siłowni. Zapewniam jednak, że nie brałem żadnych świństw! (śmiech) Żadnego dopingu. Wszystko odbyło się naturalnie.

Jak myślisz, byłby z Ciebie dobry żołnierz?

Jedyna szczera odpowiedź brzmi: nie mam pojęcia. Nigdy w życiu nie brałem udziału w żadnej bitwie. Nie wiem, jak bym się wtedy zachował. Tego się zwyczajnie nie wie, ponieważ jest to sytuacja, której nie sposób sobie wyobrazić, ot tak, po prostu, w teorii. W momencie, gdy ułamki sekundy decydują o życiu i śmierci, człowiek potrafi zareagować w sposób kompletnie nieprzewidziany. W ciągu minionych lat nasłuchałem się opowieści o aktorach, którzy przygotowując się do filmów wojennych, przeszli kurs w specjalnych obozach i potem przechwalali się, jacy to z nich wojacy. Dlatego właśnie postanowiłem nakręcić "Tropic Thunder", żeby pokazać karykaturę takiego zachowania. Żaden obóz treningowy nie przygotuje człowieka do prawdziwej walki w autentycznej armii. To trzeba przeżyć na własnej skórze. Choć oczywiście nikomu tego nie życzę.


[Yola Czaderska-Hayek]