Daniel Craig gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: James Bond powrócił! Odświeżony, odmłodzony, prawdziwy bohater naszych czasów. Pierwsze filmy o agencie 007 przesiąknięte były silnie atmosferą zimnej wojny. Obecne zaś pokazują zagrożenia zupełnie innego rodzaju. Czy Twoim zdaniem opowieści o Bondzie odzwierciedlają w jakiś sposób przemiany polityczne na świecie?

Daniel Craig: Zacznę może od tego, że politykę chciałbym zostawić politykom. To nie moja dziedzina, nie zajmuję się nią. W najnowszym "Bondzie" poruszamy natomiast kwestie ochrony środowiska, problemy związane z ekologią. To są sprawy uniwersalne, które dotyczą każdego z nas, niezależnie od poglądów. Co zaś do samego bohatera, to jest to klasyczny typ samotnika. Ian Fleming stworzył Bonda w swojej wyobraźni, ale tak naprawdę to Sean Connery dał mu swoją twarz. Wydaje mi się, że wizerunek agenta 007 utrzymał się tak długo w świadomości widzów między innymi dlatego, że producenci zadbali o to, by była to marka z klasą. Premiera każdego filmu z Bondem stanowiła wydarzenie. Jego przygody zawsze w jakiś sposób nawiązywały do aktualnych wydarzeń, ale z drugiej strony bohater nigdy nie opowiadał się po stronie jakiejś politycznej opcji. Scenariusz koncentrował się przede wszystkim na akcji, na widowiskowych scenach. Publiczność to uwielbiała. I tak pozostało do dziś.

Czy teraz, po premierze drugiego filmu, możesz już powiedzieć, że całkowicie wszedłeś w skórę Bonda?

Pytanie raczej powinno brzmieć: czy Bond wszedł już w skórę agenta 007? Nie zapominaj, że cały czas jesteśmy na samym początku serii. Bohater dopiero uczy się pracy w wywiadzie. Akcja "Quantum of Solace" rozpoczyna się niemal natychmiast po zakończeniu "Casino Royale", Bond więc nie miał kiedy nabrać doświadczenia. Jest więc w podobnej sytuacji, co ja: cały czas oswaja się ze swoim wizerunkiem.

Skąd ta decyzja, by powiązać ze sobą obydwa filmy?

"Casino Royale" kończyło się niedopowiedzeniem. Finał był otwarty, nie wszystkie rachunki zostały wyrównane. Uznaliśmy więc, że niektóre wątki trzeba domknąć. Formuła bezpośredniej kontynuacji wydawała się nam najlepsza. Poza tym "Quantum of Solace" stanowi bardzo dobry punkt zaczepienia dla kolejnych części. Bond już wie, komu może ufać - ma po swojej stronie zarówno M, jak i przyjaciela z CIA, Felixa Leitera. Obydwa filmy tworzą jedną całość, rozbudowane zawiązanie akcji. Teraz, jeżeli powstaną następne odcinki serii, będziemy mogli rozwinąć fabułę w dowolnym kierunku.

Dlaczego mówisz: "jeżeli"? Przecież podpisałeś kontrakt na cztery filmy z Bondem!

To prawda. Odbębniłem już dwa, więc jeszcze tylko dwa mi zostały (śmiech). Prawda jest taka, że na razie nikt nie wspomina nawet o kolejnej części. Mogę więc wziąć sobie wolne i trochę odpocząć.

Wszyscy mówią, że nowoczesny James Bond jest o wiele brutalniejszy, niż dawniej. A ja mam wrażenie, że dopiero teraz mamy okazję dostrzec wrażliwą stronę agenta 007...

To prawda, zgadzam się. W "Casino Royale" widzieliśmy zakochanego Bonda, który gotów był rzucić pracę w wywiadzie dla kobiety. W "Quantum of Solace" zaś bohater prosi o przebaczenie jednego z kolegów, którego niesłusznie posądził o zdradę. Scena ich ostatecznego pożegnania była dla nas bardzo ważna - no i oczywiście bardzo wzruszająca. Można powiedzieć, że 007 robi się sentymentalny. Ale dzięki temu staje się bardziej ludzki.

Nowy "Bond" to oczywiście nowy reżyser. Nie miałeś trudności ze współpracą z Markiem Forsterem?

Nie, ani trochę. Jestem jego wielkim fanem. Podoba mi się, że ten facet unika powtarzalności i realizuje tak różnorodne opowieści, jak "Marzyciel", "Monster's Ball - Czekając na wyrok" i "Chłopiec z latawcem". Twórca nowego "Bonda" musiał być człowiekiem z wyobraźnią. Artystą, który z jednej strony wniósłby do filmu element autorskiej kreacji, a z drugiej - umiałby zainteresować widzów sprawnie opowiedzianą historią. Na planie często rozmawialiśmy z Markiem o naszych ulubionych filmach - także o naszych ulubionych filmach z Bondem - o tym, co chcieliśmy osiągnąć, realizując "Quantum of Solace"... Uznaliśmy, że idealnym rozwiązaniem byłoby połączenie konwencji szpiegowskiego thrillera z lat 60. z nowoczesnym sposobem realizacji. Przygody Bonda są z założenia przerysowane, momentami wręcz groteskowe. Nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Tak było zawsze, pytanie tylko, jak dzisiaj pokazać to na ekranie, by zainteresowało widzów w XXI wieku? Chcieliśmy zadowolić fanów agenta 007, ale też stworzyć nowe oblicze bohatera. Wiadomo, że James Bond to pewna konwencja, która w dodatku powiązana jest z mnóstwem kampanii reklamowych, gadżetów... Mimo to nie czuliśmy się skrępowani, nikt nam niczego nie narzucał. Pracę z Markiem wspominam jako świetną zabawę. Gdyby kiedyś zaproponował mi kolejną rolę u siebie, na pewno bym nie odmówił.

Wspomniałeś o gadżetach. Kiedyś były specjalnością Bonda. Chyba trudno byłoby znaleźć dla niego oryginalny prezent...

Najlepszy prezent to spokój ducha.

Mówisz teraz o Bondzie czy o sobie?

O sobie.

Nie lubisz dostawać prezentów?

Nie o to chodzi. Ja po prostu mam wszystko, czego mi potrzeba. Niczego nie chcę. Mógłbym teraz wymyślić coś na poczekaniu specjalnie dla Ciebie, ale prawda jest taka, że nawet nie wiedziałbym, co Ci powiedzieć. Poza tym, jeśli chodzi o prezenty, to nie liczy się, co dostajesz, ale od kogo. To może być jakiś drobiazg, maleńka rzecz, ale jeśli ktoś Ci to wręczy ze szczerymi intencjami... Czasem taki podarunek ma większą wartość, niż jakiś drogocenny skarb.

Skoro mówisz, że masz wszystko, to co z prywatnością? Nie straciłeś jej, grając Bonda?

Byłem na to przygotowany. Zdaję sobie sprawę, że w tym biznesie nie ma nic za darmo. Co najwyżej w dzisiejszych czasach trudniej jest zachować prywatność, bo wszyscy mają aparaty w telefonach i mogą człowieka zaskoczyć nawet w toalecie. Staram się więc jak najrzadziej pokazywać w publicznych miejscach i nie dawać innym okazji do zrobienia kompromitującego zdjęcia. Niestety, to jedyne rozwiązanie.

Jest jeszcze jeden minus bycia Bondem: bez przerwy żyjesz na walizkach...

Owszem, ta praca wymaga ciągłego podróżowania. Ale po pierwsze, staram się wygospodarować tyle czasu na domowe życie, ile tylko mogę, a po drugie, mam okazję zwiedzić całe mnóstwo pięknych miejsc. Z przyjemnością odwiedziłbym jeszcze raz Włochy. Bardzo podobało mi się w Sienie. Przewspaniałe miejsce z cudownymi widokami. A poza tym praca z ekipą "Bonda" daje człowiekowi całe mnóstwo przywilejów. Nie dość, że mogłem spać w najlepszych hotelach, to jeszcze na przykład któregoś dnia zaproszono mnie do Kaplicy Sykstyńskiej. Miałem okazję obejrzeć ten fantastyczny kościół poza normalnymi godzinami zwiedzania, kiedy w środku nie było tłumów. Takie sposobności nie przytrafiają się człowiekowi codziennie. Czemu więc z nich nie skorzystać?

Nie nuży Cię to ciągłe podróżowanie?

Na szczęście nie, jestem przyzwyczajony. Oswoiłem się już z tym trybem: kiedy nakręcimy film, trzeba go wypromować, a to wiąże się z jazdą po całym świecie. Dzisiaj tu, jutro tam. W tej chwili rozmawiamy w Los Angeles, a za moment pewnie będę siedział i udzielał wywiadu gdzieś w Japonii albo w Australii. Żałuję, że rzadko mam przy tym okazję wyjść i pozwiedzać okolicę, ale cóż, jestem w pracy. To zobowiązuje.

Na planie też byłeś taki spięty? Nie zdarzało Wam się przerwać pracy tylko po to, by się roześmiać?

Ależ oczywiście! Codziennie dochodziło na planie do śmiesznych sytuacji. Co wieczór, gdy siadaliśmy do wspólnej kolacji, opowiadaliśmy sobie, co zabawnego wydarzyło się podczas realizacji filmu. To było fantastyczne: pracowałem z ludźmi, którzy tak naprawdę cieszyli się z tego, co robią. Przez pół roku wydarzyło się tyle pociesznych historii... Ale wybacz, jestem dyskretny, nic ze mnie nie wyciągniesz. Jak już mówiłem, pracę przy "Quantum of Solace" wspominam jako świetną zabawę.

A do tego jeszcze nosiłeś te wszystkie markowe ubrania...

O tak, to jest bez wątpienia jeden z największych plusów grania Jamesa Bonda. Dali mi tyle fantastycznych garniturów, że głupotą byłoby z tego nie skorzystać. Zawsze doceniałem dobrze skrojone marynarki i smokingi, tylko że nie było mnie na nie stać. Tu zaś mogłem je nosić do woli - i jeszcze mi za to płacili!

Jest jednak pewien problem: Bond musi się bić. A to oznacza siniaki i kontuzje...

Uspokoję Cię: to, co widzisz na ekranie, to tylko iluzja. Wiem, że w kilku scenach wyglądałem, jakbym się zderzył ze ścianą, ale to jest efekt pracy charakteryzatorów. Te wszystkie siniaki, zadrapania i otwarte rany tak naprawdę nie istniały. Owszem, parę razy udało mi się trochę pokaleczyć. Ale nie było to nic poważnego, zapewniam.

Mam wrażenie, że nadawałbyś się na asa wywiadu. Trudno wyciągnąć z Ciebie sekrety.

Wprost przeciwnie. Można we mnie czytać jak w otwartej księdze. Tylko że niektórych rozdziałów nie udostępniam. Nie mam żadnych sekretów, nie pozuję przed Tobą - jestem właśnie taki, jakiego mnie widzisz. Na pewno nie wyciągniesz ze mnie nic, co dotyczyłoby mojego prywatnego życia czy mojej rodziny. Ale poza tym? Naprawdę nie udaję kogoś, kim nie jestem. To, co Ty odczytujesz jako tajemniczą postawę, ja uważam za absolutną szczerość.

Jeden z Twoich poprzedników grających agenta 007 - nie powiem, który - stwierdził kiedyś, że ta rola to najtrudniejsze zadanie dla aktora. Niezależnie od tego ile Ci zapłacą, to i tak będzie za mało. Co Ty na to?

Miał rację (śmiech). To naprawdę ciężka robota. Jasne, człowiek bawi się przy tym świetnie, ale tak naprawdę spoczywa na nim wielka odpowiedzialność. Bo jeśli coś się nie uda, to nikt nie będzie obwiniał członków ekipy, tylko wszyscy powiedzą, że nawalił ten facet, który grał Bonda. Jest się całkowicie na widoku i trzeba dać z siebie wszystko, żeby się udało. Film realizuje tysiąc osób, ale to moje nazwisko jest na pierwszym miejscu.

Co w takim razie robisz, kiedy praca nad filmem się kończy? Czujesz, że presja już nad Tobą nie ciąży?

Kiedy realizacja "Quantum of Solace" dobiegała końca, myślałem tylko o tym, żeby wziąć sobie urlop i móc wreszcie zjeść to, na co mam ochotę. Co najmniej przez dwa tygodnie! Dlatego po zakończeniu zdjęć pojechałem do Włoch na wakacje. Mogłem wreszcie pić wino, jeść makaron, czytać książki i nadrabiać zaległości filmowe. Coś pięknego! Wynagrodziłem sobie pół roku pracy.

Naprawdę było tak ciężko?

Powiem Ci tak: mój dzień na planie zaczynał się wcześnie rano. Wstawałem z łóżka, ćwiczyłem trochę, jadłem śniadanie i szedłem na plan. Tam przez cały dzień kręciliśmy kolejne sceny i na bieżąco wprowadzaliśmy modyfikacje do scenariusza. Potem jeszcze godzinę spędzałem w siłowni. Plus jakieś czterdzieści minut treningu sztuk walki. Pod wieczór starczyło mi sił głównie na to, żeby zjeść coś lekkiego i paść na łóżko.

Teraz chyba już wróciłeś do formy? Ostatnio wystąpiłeś też w filmie "Defiance". Grasz polskiego partyzanta, Bielskiego...

To zupełnie inna historia. "Bond" to kompletna fantazja, oderwana od rzeczywistości, natomiast scenariusz "Defiance" oparty jest na źródłach historycznych. Tutaj nie można sobie pozwolić na dowolność, tu trzeba być wiarygodnym. Na razie jestem na etapie lektury książek poświęconych II wojnie światowej. Trudno mi sobie wyobrazić, co przeżywali ludzie w tamtych czasach, w tamtej sytuacji. Można się zastanawiać: "Jak ja zachowałbym się, będąc na ich miejscu?", ale tego się nigdy nie wie. Mogę jedynie dołożyć starań, aby postać, którą zagrałem, wypadła na ekranie tak przekonująco, jak to tylko możliwe.

Na koniec wrócę do Bonda. Za czasów Seana Connery'ego agent 007 był niepoprawnym kobieciarzem. W Twoim wydaniu radzi sobie umiarkowanie...

Ależ ja nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa! (śmiech) Daj mi trochę czasu, a zobaczysz, na co Bonda naprawdę stać.



[Yola Czaderska-Hayek]