Leonardo DiCaprio gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Dopiero niedawno oglądałam Cię w filmie Ridleya Scotta "W sieci kłamstw", a tu proszę - kolejna premiera! Miałeś w ogóle czas na odpoczynek?

Leonardo DiCaprio: Pierwszy raz w życiu kręciłem trzy filmy niemal jednocześnie, z niewielkimi, niespełna miesięcznymi odstępami (oprócz "W sieci kłamstw" i "Drogi do szczęścia" DiCaprio zajęty był też pracą nad "Shutter Island" - Y. Cz.-H.). Musiałem więc przygotować się do wszystkich naraz, a potem tak naprawdę biec z jednego planu na drugi. W przypadku "Drogi do szczęścia" zadanie było szczególnie trudne, ponieważ scenariusz wymagał od nas skupienia i skoncentrowania się na bardzo trudnych, nieraz przykrych odczuciach. Przez kilka miesięcy siedzieliśmy, zamknięci w czterech ścianach, w małym domku w Connecticut, analizując każdą scenę z osobna. To opowieść o paskudnym, traumatycznym rozpadzie małżeńskiego związku. Zetknięcie z czymś takim potrafi wytrącić człowieka z równowagi. Kiedy jednak po zakończeniu zdjęć przyleciałem do Maroka na plan "W sieci kłamstw", musiałem szybko przestawić się na inny tor myślenia. Tam nie było miejsca na emocjonalny bagaż z innego filmu.

Czyżby emocje postaci, które grasz, udzielały się także tobie?

Rzadko. Zazwyczaj nie zabieram pracy do domu. Gdy kończymy zdjęcia, przestaję być fikcyjnym bohaterem i na powrót staję się sobą. Ale w przypadku takiego filmu, jak "Droga...", trudno było o psychiczny komfort. Dom, w którym kręciliśmy wszystkie sceny, sprawiał bardzo klaustrofobiczne wrażenie. Tkwiliśmy tam miesiącami jak w więzieniu. Ekipa i aktorzy, skazani na siebie. W tak ciasnym, zamkniętym środowisku można rzeczywiście było wczuć się w położenie bohaterów. Podobnie jak filmowi małżonkowie, my też pragnęliśmy wydostać się stamtąd za wszelką cenę. I wiedzieliśmy, że to niemożliwe. Podejrzewam, że w jakiś sposób wpłynęło to na naszą grę.

Frank Wheeler, którego zagrałeś w "Drodze do szczęścia", budzi rozmaite opinie. Co sądzisz na temat tej postaci?

W pierwszej chwili, czytając scenariusz, pomyślałem sobie: co za antypatyczny typ! Zdradza i okłamuje żonę, ma romans z sekretarką... Kiedy jednak zacząłem analizować jego charakter, zacząłem mu odrobinę współczuć. Zacząłem go rozumieć. Jemu naprawdę zależało na tym, aby mieć ciepły, stabilny dom, mieć u swego boku kochającą rodzinę. Stworzył sobie pewien świat i za wszelką cenę próbował go utrzymać. I czuł olbrzymie rozczarowanie, że za jego wysiłki zamiast nagrody spotyka go kara. W każdym facecie drzemie potrzeba, by ktoś mu powiedział: "Brawo, dobrze to zrobiłeś, jesteś świetny!". Frank bardzo tego pragnął. Próbował sprostać oczekiwaniom żony, ale w końcowym rozrachunku okazał się jedynie produktem swego środowiska. Ukształtowany przez rodziców, zwłaszcza przez ojca, nie miał odwagi zmienić swojego życia. Doszedł do wniosku, że lepiej dopasować się do innych i zrezygnować z marzeń. Tylko April, jego żona, pozostała wierna sobie.

Kto wie, czy nie za bardzo?

Właśnie! Dla mnie "Droga do szczęścia" ma tę olbrzymią zaletę, że nie oglądamy tu prostego konfliktu i jednowymiarowych postaci. Z Franka wychodzi konformista, ale z drugiej strony April też nie była święta. Tak bardzo chciała żyć po swojemu, że nie wahała się nawet poświęcić szczęścia własnej rodziny. Kiedy człowiek przygląda się ich kłótniom, ma ochotę krzyknąć: "Przestańcie! Nie widzicie, że robicie krzywdę dzieciom?". Okazuje się, że oboje są skoncentrowani przede wszystkim na sobie. Dwójka egoistów, którzy nigdy nie powinni być razem. Przez takich ludzi można nabawić się awersji do samej instytucji małżeństwa. Mam nadzieję, że nigdy w życiu nie znajdę się w podobnej sytuacji (śmiech).

Zastanawiałeś się nad tym, jak poradziłbyś sobie na miejscu Franka?

Nie wiem, naprawdę nie wiem. Problem polega na tym, że patrzę na jego dylemat, posługując się współczesnymi kategoriami. A tak naprawdę, żeby w pełni wczuć się w sytuację tego człowieka, trzeba przyjąć obyczajowość z lat 50., gdzie obowiązywały zupełnie inne zasady. Wtedy nie było tak łatwo zerwać z dotychczasowym życiem. Dla mężczyzny kwestia utrzymania rodziny była sprawą zasadniczą. To on musiał dbać o pieniądze i myśleć o przyszłości. Uważał to za sens swojego istnienia. Spalić za sobą mosty jest może łatwo, ale co dalej, gdy ma się żonę i dwójkę dzieci? Uważam, że Frank starał się, jak mógł, by zapewnić swoim najbliższym szczęście. Był jednak zbyt słaby, by poradzić sobie z presją otoczenia. Łatwo mi oceniać jego postępowanie, bo to fikcyjny bohater. Naprawdę jednak nie mam pojęcia, co zrobiłbym, będąc w jego sytuacji.

Dla filmowych małżonków jednym z niespełnionych marzeń jest osiedlenie się w Paryżu. Chciałbyś tam kiedyś zamieszkać?

Zamieszkać? Nie wiem. Ale Paryż uwielbiam. Nie potrafię powiedzieć nawet jednego złego słowa o tym mieście. Żeby było ciekawiej, mój pierwszy pobyt w Paryżu rozpoczął się od kłótni, Francuzi bowiem nie przepadają za przybyszami ze Stanów (śmiech). Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Uwielbiam spacerować po tych cudownych uliczkach, wchodzić do Luwru czy innego z tysiąca muzeów, kocham tę ich nieprawdopodobną kuchnię... To fantastyczne miejsce. Mam tam przyjaciół, których chętnie odwiedzam. Zarówno po to, żeby ich zobaczyć, jak też, by skorzystać z pretekstu i raz jeszcze przejść się po moich ulubionych zakątkach.

Czy przed nakręceniem "Drogi do szczęścia" znałeś literacki pierwowzór, czyli powieść Richarda Yatesa?

Ze wstydem przyznaję, że nie. Sięgnąłem po nią dopiero po przeczytaniu scenariusza. Ta historia zafrapowała mnie na tyle, że zacząłem zadawać sobie pytanie, jakim cudem komuś udało się stworzyć tak intrygujące, nieszablonowe postacie. Miałem wrażenie, że obserwuję kawałek rzeczywistości. I wtedy postanowiłem poznać tę książkę. Muszę przyznać, że zwaliła mnie z nóg. Dopiero po lekturze zrozumiałem motywacje bohaterów i podteksty kryjące się w ich zachowaniu. Dla aktora taki materiał to jak potężna amunicja w rękach żołnierza. Yates stworzył absolutne arcydzieło, przestawiając portret rozpadającego się związku. A do tego jeszcze znakomicie odmalował realia podmiejskiej Ameryki w latach 50. To był cały świat ze ściśle skodyfikowanymi regułami postępowania. Mężowie mieli obowiązek jeździć do pracy, a żony dbały o dom - obowiązkowo z białym płotkiem - i były zawsze uśmiechnięte. Dla Franka i April Wheelerów ta drobnomieszczańska konwencja stanowiła więzienie. Pod tą uroczą, idylliczną fasadą krył się dramat. Naprawdę, kiedy czytałem dialogi, czułem się jak podglądacz, który wchodzi z butami w czyjeś intymne problemy. Zupełnie, jakbym miał do czynienia z prawdziwymi ludźmi! Uważam tę książkę za arcydzieło i z całego serca polecam ją każdemu. Jeśli jeszcze jej nie znacie, czym prędzej idźcie do najbliższej biblioteki albo księgarni!

Sam Mendes powiedział, że to nie jest film o problemach małżeńskich, tylko o tym, co się dzieje, gdy pewnego dnia człowiek zdaje sobie sprawę, że jego życie nie wygląda tak, jak oczekiwał. Czy kiedykolwiek dopadły Cię takie przemyślenia?

Skierowałaś to pytanie pod zły adres. Wiem, że to, co powiem, może sprawiać wrażenie, jakbym chciał Ci mydlić oczy albo wykpić się gotową formułką. Ale ja naprawdę jestem zadowolony ze swojego życia! Zawsze chciałem być aktorem. I zawsze chciałem występować w takich filmach, które przynosiłyby mi satysfakcję. Udało mi się osiągnąć jedno i drugie. Dlatego cieszę się, że mnie ten problem na szczęście nie dotyczy.

Wspomniałeś o tym, że podczas kręcenia filmu siedzieliście zamknięci w domu w Connecticut. Co się działo w tych czterech ścianach?

Przede wszystkim przygotowywaliśmy się do swoich ról. Sam Mendes, jako doświadczony reżyser teatralny, wie, jak pracować z aktorami, by pomóc im wczuć się w skórę filmowych postaci. Całymi tygodniami odbywaliśmy próby, dyskutując nad scenariuszem i rozbierając go na czynniki pierwsze. Każde z nas mówiło o swoich ulubionych fragmentach powieści Richarda Yatesa. Zastanawialiśmy się, jak przenieść je na ekran. Cała ta sytuacja bardzo przypominała pracę nad spektaklem w teatrze. Sam utrzymywał nas w nieustannym napięciu, a jednocześnie, żeby zadbać o emocjonalną wiarygodność, kręcił z nami wszystkie sceny w porządku chronologicznym, w takiej kolejności, w jakiej pojawiają się w filmie. Przez trzy i pół miesiąca zrealizowaliśmy początek, środek i... pod koniec byliśmy już tak wyczerpani i tak podładowani, że naprawdę niewiele brakowało, by doszło do jakiejś katastrofy (śmiech). Chyba też wtedy udało nam się zrozumieć przynajmniej w części dramat bohaterów. Mimo przepełniających ich emocji musieli tłumić w sobie wszystko i podtrzymywać na zewnątrz wizerunek idealnej rodziny. My znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Siedząc w tym domku na przedmieściach, w ciasnocie, wraz z członkami ekipy, byliśmy zmuszeni robić dobrą minę do złej gry. Wystarczyłaby jedna awantura, żeby wszystko wyleciało w powietrze (śmiech).

Podejrzewam, że dodatkowym utrudnieniem była dla Ciebie świadomość, że Twoje intymne sceny z Kate Winslet obserwuje jej mąż.

Rzeczywiście, momentami czułem się trochę dziwnie, ale wbrew pozorom nie było wcale tak ciężko. Samowi udało się stworzyć na planie taką atmosferę, że przed kamerą autentycznie czuliśmy się z Kate jak mąż i żona. Pozwalał nam w ciągu dnia, między ujęciami, pobyć trochę we dwoje. Chciał, żeby naprawdę wytworzyła się między nami jakaś więź. Co nie zmienia faktu, że w rzeczywistości to oni są małżeństwem i każdego wieczoru, po skończeniu zdjęć szli do swojego pokoju, do swojego malutkiego świata. Tam jeszcze długo rozmawiali na temat filmu, każde ze swojej perspektywy. Pamiętaj, że "Droga do szczęścia" była ich wspólnym dziełem. W szczególności Kate zależało na jego realizacji. Pamiętam, że kiedy przeczytałem scenariusz, zadzwoniłem do niej i powiedziałem: "To fantastyczny tekst. Już nie mogę się doczekać, kiedy się pokłócimy przed kamerą" (śmiech). Odrzekła wtedy: "Ja też". Ponieważ znamy się już i przyjaźnimy tyle czasu, oboje mamy świadomość, że występ w tego rodzaju produkcji wymaga od obydwojga aktorów pełnego zaangażowania. A my na szczęście lubimy ze sobą pracować. Mamy do siebie pełne zaufanie. Dlatego możemy się kłócić przed kamerą bez obawy, że pokłócimy się naprawdę.

No właśnie, jak wygląda ta Wasza przyjaźń? Rzeczywiście po "Titanicu" przez cały czas byliście w kontakcie? W końcu minęło już jedenaście lat.

Przez cały czas? Nie. Zdarzało się nawet, że nie widzieliśmy się ponad rok. Oboje jesteśmy bardzo zajętymi ludźmi. Podróżujemy po całym świecie, kręcąc filmy w różnych egzotycznych zakątkach. Nie zawsze mamy wolną chwilę, by się do siebie odezwać. Ale wciąż o sobie pamiętamy. Jesteśmy jak brat i siostra. Każdy ma w życiu przyjaciół, których może przez długi czas nie widzieć, ale gdy tylko ich spotka, od razu może z nimi usiąść i pogadać. Między nami panuje właśnie taki układ. Nad taką przyjaźnią nie trzeba pracować. Ona po prostu jest.

Wielu aktorów w Hollywood nie ma tak naprawdę wpływu na to, w jakich filmach grają. Takie decyzje podejmują za nich agenci, producenci... Nie obawiasz się, że Ciebie też to kiedyś spotka?

Nie, absolutnie! Gdyby do tego doszło, zwolniłbym wszystkich moich menedżerów. Mam nadzieję, że taka sytuacja się nie zdarzy. Pracuje dla mnie kilku zaufanych ludzi, niewielki, ale zgrany zespół. Znasz przysłowie: "Gdzie kucharek sześć...". Słucham ich sugestii, ale decyzję podejmuję sam. Tylko i wyłącznie. Jeśli chodzi o moją karierę, nikt nie będzie mi mówił, co mam robić. I zależy mi na tym, by tak pozostało.


[Yola Czaderska-Hayek]