Tom Cruise gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Rola pułkownika Clausa von Stauffenberga w "Walkirii" musiała stanowić dla Ciebie niemałe wyzwanie. Film powstał we współpracy z Niemcami. Z jakimi reakcjami zetknąłeś się z ich strony?

Tom Cruise: Wyłącznie z najlepszymi. Gdy kręciliśmy zdjęcia w Berlinie, wszyscy bardzo nam pomagali. Niemiecki rząd pokrył nawet część kosztów realizacji! Oczywiście o naszym filmie mówiło się dużo ze względu na postać Stauffenberga i otaczającą go legendę. Dla Niemców II wojna światowa, faszyzm i hitleryzm to wciąż tematy bardzo delikatne. W tym kraju ludzie wciąż jeszcze żyją w poczuciu potwornego wstydu za zbrodnię, jakiej dopuścili się ich rodzice czy dziadkowie. Nam, w Ameryce, trudno to zrozumieć. Wydaje nam się: cóż może być prostszego, niż zabić Hitlera? Wszyscy na świecie chcieli zabić Hitlera! Tymczasem dla mieszkańców III Rzeszy nie było to takie oczywiste. Oficerowie składali przysięgę na wierność przywódcy i musieli podjąć trudną decyzję, co jest ważniejsze: słowo honoru czy głos sumienia. Historia buntu von Stauffenberga pozwala Niemcom uwierzyć, że nie wszyscy ich przodkowie wysługiwali się faszystom. Że znalazło się kilku uczciwych ludzi, którzy mieli odwagę powiedzieć: "Nie". Z tego powodu ten temat do dzisiaj budzi całe mnóstwo emocji. Jeśli jednak chodzi o nasz pobyt, to nikt jednak nie robił nam problemów, nigdy nie zetknęliśmy się z najmniejszymi trudnościami. Wprost przeciwnie.

Nie obawiałeś się kontrowersji, jakie wybuchły wokół filmu?

Zdaję sobie sprawę, że historia zamachu na Hitlera to delikatny temat, wymagający szczególnej uwagi. Wydaje mi się jednak, że cały szum wokół "Walkirii" zrodził się niepotrzebnie. Nie chcieliśmy nakręcić sensacyjnej hollywoodzkiej superprodukcji, tylko opowiedzieć historię grupy ludzi, którzy postanowili zgładzić jednego z największych zbrodniarzy w dziejach świata. Dla mnie była to bardzo ważna rola, ponieważ wcześniej tylko raz zdarzyło mi się zagrać autentyczną postać, w "Urodzonym czwartego lipca".

Jak przygotowywałeś się do wejścia w skórę Stauffenberga?

Zacząłem od przestudiowania materiałów historycznych dotyczących zamachu w Wilczym Szańcu. Byłem zaskoczony tym, o ilu rzeczach nie miałem wcześniej pojęcia. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaką ewolucję przeszedł Stauffenberg, a także ile nieszczęść doświadczyła jego rodzina. Kręcąc "Urodzonego czwartego lipca", mogłem wzorować się na prawdziwym Ronie Kovicu, porozmawiać z nim, zadawać pytania. Tutaj zdany byłem jedynie na suche opisy i fotografie. Kiedy jednak zagłębiłem się w analizę tych wydarzeń, poczułem, pod jaką znajdujemy się presją. Tu nie chodziło tylko o kontrowersje. Naszym obowiązkiem było pokazanie postaci Stauffenberga w odpowiednim świetle. Nie w charakterze pomnika na piedestale, tylko jako człowieka dręczonego wątpliwościami i wyrzutami sumienia. Sam jestem ojcem, więc niektóre jego problemy były mi szczególnie bliskie. Zastanawiałem się więc, co musiał czuć ten oficer, patrząc na własne dzieci i wiedząc, że nie może im powiedzieć: "Słuchajcie, w naszym kraju dzieją się okropne rzeczy. Nie podoba mi się to i nie zgadzam się z tym, czego was uczą na lekcjach". Zdawał sobie sprawę, że gdyby zrobił coś takiego, to któreś z dzieci mogłoby to komuś powtórzyć w szkole i w efekcie zostałby aresztowany. Stauffenberg bardzo kochał swoją rodzinę i chciał jej oszczędzić cierpień. Nie mógł jednak patrzeć na to, co działo się w jego ojczyźnie. A do tego dochodziła jeszcze kwestia jego osobistego dramatu.

Masz na myśli jego obrażenia odniesione w Afryce?

Tak, właśnie to. Nie wiem, czy zauważyłaś pewne podobieństwo pomiędzy "Walkirią" a "Urodzonym czwartego lipca". W obu przypadkach mamy do czynienia z młodym idealistą w mundurze, który zostaje wysłany na wojnę i wraca z niej okaleczony, zgorzkniały i pozbawiony złudzeń. Stauffenberg już w 1938 roku wyrażał się o Hitlerze z pogardą: "Ktoś powinien zastrzelić tego drania". Już wtedy był zdania, że w jego ojczyźnie dzieje się coś złego. Właśnie dlatego wuj wysłał go do Afryki, żeby Claus nie narażał swego życia, wygłaszając takie opinie. A potem, po powrocie do kraju, nadal nie mógł mówić głośno tego, co myślał. 20 lipca, w dniu zamachu, jego syn Bertolt miał zostać przyjęty do Hitlerjugend. A Stauffenberg nie mógł zrobić nic, żeby temu zapobiec. Nie był w stanie porozmawiać z własnym dzieckiem i powiedzieć mu, jak bardzo gardzi Hitlerem, narodowym socjalizmem i cała resztą. Nie miał też odwagi, by odezwać się do żony. Dzięki tym wahaniom, tym rozterkom wydał nam się bardziej ludzki. Łatwiej było mi się z nim zidentyfikować.

Czemu właśnie Stauffenberg został wyznaczony do przeprowadzenia zamachu na Hitlera? Przecież po odniesionych w Afryce ranach miał tylko jedno oko i na wpół sprawną rękę.

Pozostali członkowie grupy oporu też zadawali sobie to pytanie. I wspólnie znaleźli odpowiedź: "Dlaczego Stauffenberg? Bo tylko on ma odwagę, żeby to zrobić". Ten człowiek miał duszę filozofa, poety... Ale jednocześnie był oficerem oddanym swojej służbie. Nie odgradzał się od prostych żołnierzy. Miał z nimi świetny kontakt, wiedział bowiem, że to przede wszystkim oni narażają życie podczas bitwy. Przestrzegał też ściśle zasad prowadzenia walki. Podczas kampanii w Polsce doprowadził do tego, że dwóch jego przyjaciół trafiło pod sąd wojenny. Był to prawdziwy idealista, człowiek honoru. Nic więc dziwnego, że to właśnie on znalazł w sobie siłę, by złamać przysięgę wojskową i targnąć się na życie człowieka, któremu przysięgał wierność.

Idealista jako zamachowiec? Nie myślisz, że to dość ryzykowne połączenie?

Zależy, kogo uważasz za idealistę. Jeżeli faceta bujającego w obłokach, to z całą pewnością Stauffenberg taki nie był. Stąpał twardo po ziemi. Nie miał zresztą innego wyjścia, w wojsku nie było miejsca dla marzycieli. Był to człowiek, który doskonale wiedział, na jakim świecie żyje. Z drugiej strony zaś jego sumienie nie pozwalało mu patrzeć biernie na to, co Hitler zrobił z jego krajem. Jest w "Walkirii" taka scena, w której córka Stauffenberga oddaje ojcu hitlerowski salut. To był dla niego potworny cios. Widział, co ta zbrodnicza ideologia robi z jego dziećmi. W końcu doszedł do wniosku, że jedynym sposobem na uzdrowienie sytuacji jest pozbycie się dyktatora.

Czy to prawda, że kręciliście zdjęcia w tych samych miejscach, w których bywał Stauffenberg?

Tak, uznaliśmy, że doda to filmowi autentyzmu. Zależało nam na tym, aby na ekranie odtworzyć z maksymalną dokładnością przygotowania do zamachu. Weszliśmy z kamerą do mieszkań, w których gościł Stauffenberg. Byliśmy tam, gdzie przechowywano ładunek wybuchowy, który miał uśmiercić Hitlera. Nawet scenę pierwszego spotkania pułkownika z grupą zbuntowanych oficerów nakręciliśmy w tym samym miejscu, w którym to wydarzenie w rzeczywistości się rozegrało. Przed rozpoczęciem zdjęć zrobiliśmy mały eksperyment. Zebraliśmy się w kilka osób w jednym pomieszczeniu. Wyłączyliśmy swoje komórki i zostawiliśmy je w drugim pokoju. Wynieśliśmy też telewizor. A potem spróbowaliśmy wczuć się w sytuację buntowników, którzy nie mili do swojej dyspozycji takich nowoczesnych narzędzi. W jaki sposób porozumiewali się ze sobą, jak przekazywali sobie sygnały? Stauffenberg opracował bardzo dobry plan, jak na ówczesne możliwości. Z całą pewnością nie był to człowiek chodzący z głową w chmurach.

Jak się czułeś, zakładając po raz pierwszy hitlerowski mundur?

Dziwnie. Bardzo dziwnie. Wiadomo, że nie jest to strój, który zakłada się z byle powodu. Niemieckie mundury wywołują dość konkretne skojarzenia, choćby za sprawą filmów wojennych nakręconych przez ostatnie 65 lat. Zastanawiałem się, czy w tym uniformie nie będę wyglądał śmiesznie, jak przebieraniec. Bryan Singer jednak przełamał moje opory. Skoro miałem wcielić się w pułkownika hitlerowskiej armii, to trzeba było zacisnąć zęby i włożyć mundur. Z czasem jakoś się z tym oswoiłem, ale mówię Ci - pierwsze wrażenie naprawdę było dziwne.

"Walkiria" wymagała wielkiej dokładności i drobiazgowych przygotowań. Czy zdecydowałeś się na udział w tym filmie właśnie ze względu na wysoki poziom trudności?

Wybierając kolejne role, zawsze mam na względzie dwie rzeczy: po pierwsze, chcę, żeby film był atrakcyjny dla widzów, a po drugie, chcę, żeby w scenariuszu kryło się dla mnie jakieś wyzwanie. Jeżeli będę miał do czynienia z rutyną i schematem, jeżeli podczas pracy na planie będę się nudził, to publiczność w kinie będzie się nudzić sto razy bardziej. Film musi mnie wciągnąć i zafascynować - wtedy będę miał jakiś procent pewności, że wciągnie także widownię. "Walkiria" była dla mnie właśnie takim ekscytującym projektem. Bardzo trudnym, wymagającym mnóstwa zaangażowania, ale jednocześnie fascynującym. Pozwalającym na odkrycie w sobie nowych możliwości. Czytam bardzo dużo scenariuszy i czasami zgadzam się na udział w bardzo dziwnych projektach, jak chociażby "Jaja w tropikach" Bena Stillera. Właśnie po to, żeby cały czas się rozwijać.

Masz jakiś ulubiony gatunek filmowy, w którym czujesz się najlepiej?

Chciałbym częściej występować w komediach. Najlepiej romantycznych. Zdecydowanie za rzadko pojawiam się w historiach miłosnych, takich, jak "Jerry Maguire" i "Vanilla Sky". Muszę nadrobić te zaległości.

Uchyl rąbka tajemnicy, jak wygląda Twoje codzienne życie. Co robisz po powrocie do domu, kiedy nie filmuje Cię już kamera?

To samo, co wszyscy. To naprawdę nie jest żadna tajemnica. Rano jemy całą rodziną śniadanie, a kiedy mamy wolny dzień, idziemy na spacer albo oglądamy jakiś film. Albo mecz. Katie i ja czytamy książki Suri. A po kolacji kładziemy dzieci spać. Naprawdę nie jest to nic nadzwyczajnego. Po prostu drobne, codzienne przyjemności. Aha, no i dużo ze sobą rozmawiamy. O zwyczajnych sprawach. O tym, kto co ostatnio przeczytał, co się działo w domu, czy też jak spędzimy Boże Narodzenie albo Święto Dziękczynienia. Jeżeli spodziewałaś się jakichś sensacyjnych wiadomości, to przykro mi, ale muszę Cię rozczarować.

Uznałeś Stauffenberga za idealistę. Czy siebie również byś tak określił?

Z cała pewnością nie należę do ludzi oderwanych od rzeczywistości. Inaczej nie znalazłbym sobie miejsca w tej branży. Nie bujam w obłokach, nie śnię na jawie, nie jestem marzycielem. Staram się natomiast przestrzegać pewnych zasad, pewnej etyki. Wzorem jest dla mnie pod tym względem moja matka, która samotnie wychowała czwórkę dzieci. Bywały takie dni, kiedy nie miała siły wstać z łóżka. Ale pamiętam, że w końcu zawsze udawało jej się przemóc i iść do codziennej pracy. Była jedną z tych osób, które uważają, że szklanka jest w połowie pełna, a nie pusta. Jej nastawienie jest dla mnie punktem odniesienia, staram się podobnie patrzeć na świat, jak ona. Życie to kwestia pewnych wyborów i ich konsekwencji. Można być zimnym, egoistycznym draniem, a można też spełniać się, niosąc pomoc innym. Parokrotnie zostałem już postawiony w sytuacji, w której trzeba było szybko podjąć jakąś decyzję. Mam nadzieję, że udało mi się wybrać słusznie. Nie wiem, czy można taką postawę nazwać idealizmem, ale mi dzięki niej udało się przeżyć ładnych parę lat w zdrowiu i dobrym samopoczuciu. I mam nadzieję, że tak będzie dalej.



[Yola Czaderska-Hayek]