Kate Winslet gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Gratulacje z powodu Oscara za rolę w "Lektorze"! Podejrzewam, że musiała być dla Ciebie sporym wyzwaniem.

Kate Winslet: Prawdę powiedziawszy, do tej pory nie mogę się otrząsnąć po tym filmie. Oczywiście praca na planie w Niemczech z tyloma znakomitymi aktorami była dla mnie prawdziwą przyjemnością. Sama rola jednak wymagała ode mnie naprawdę wiele. Z jednej strony postać Hanny Schmitz wydawała się fascynująca, z drugiej zaś przerażała mnie głębia emocjonalna tej kobiety. Każdego dnia zadawałam sobie pytanie: czy ja na pewno potrafię ją zagrać? Czy ja na pewno umiem wcielić się w tę Niemkę? Hanna nie miała ze mną nic wspólnego, stanowiła moje całkowite przeciwieństwo. Z reguły aktor pożycza granej przez siebie postaci odrobinę własnych odczuć. W tym przypadku taka ewentualność w ogóle nie wchodziła w grę. Musiałam stać się osobą, która była mi kompletnie obca. Wiele razy traciłam wiarę w siebie, myślałam, że nie dam rady. Na szczęście jakoś się udało. Wysiłek się opłacił.

Czy przygotowując się do roli, sięgnęłaś do materiałów z okresu II wojny światowej?

Tak, oczywiście, ale same dokumenty to jeszcze za mało. Można dokładnie przestudiować historię obozów koncentracyjnych, ale nie sposób przy tym wniknąć w psychikę Niemców, którzy nimi zawiadowali. Ogrom zbrodni, jaka się tam rozegrała, jest tak przytłaczający, że rozum po prostu odmawia jego ogarnięcia. Normalny człowiek po prostu nie jest w stanie pojąć, jak zwykli ludzie byli w stanie kierować maszynerią służącą wyłącznie do masowego zabijania. Łatwo sobie wyobrazić jakichś psychopatów, sadystów, morderców... Tymczasem często byli to 18-latkowie postawieni przed prostą alternatywą: "Albo wykonacie rozkazy, albo traficie do gazu wraz z innymi". W żaden sposób nie próbuję usprawiedliwiać bestialskich czynów, jakie dokonywały się w obozach, nie chcę też nikomu wmawiać, że strażnicy z SS byli niewiniątkami. Chodzi mi tylko o to, że nie wszyscy byli potworami. Być może niektórzy wypierali ze świadomości popełnione zbrodnie. Nie wiem, nie wyobrażam sobie, jak można żyć z takim piętnem na sumieniu. Przygotowując się do roli Hanny, musiałam wczuć się w położenie morderczyni, której wina nie ulega przedawnieniu. A jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że muszę zagrać ją tak, by widzowie przynajmniej spróbowali zrozumieć, czemu ta kobieta dopuściła się takich potworności. To nie ma nic wspólnego z wybielaniem tej postaci! Raczej z wiarygodnym jej przedstawieniem na ekranie.

Jednym z wyjątkowo kontrowersyjnych wątków jest romans Twojej bohaterki z nastoletnim chłopcem. W jaki sposób udało Wam się stworzyć taką naturalną zażyłość?

David Kross, który zagrał młodego Michaela, to fantastyczny chłopak. Dogadaliśmy się niemal od pierwszego spotkania, ale, jak się sama domyślasz, niektóre sceny sprawiały nam szczególną trudność. Nie chciałam, żeby David czuł się pozostawiony własnemu losowi, dlatego starałam się bywać na planie jak najczęściej, nawet wtedy, kiedy nie musiałam. Zależało mi na tym, by wiedział, że ma we mnie wsparcie, że w każdej chwili może do mnie podejść i poprosić o radę. Oczywiście okazał się na tyle dojrzały i pojętny, że żadnych rad nie potrzebował, chodziło mi jednak o to, by oswoił się z moją obecnością i nie odczuwał zakłopotania.

A jak przygotowywaliście się do kręcenia scen miłosnych? Dla nastolatka było to zapewne dość krępujące przeżycie.

David wygląda na chłopca, ale w rzeczywistości skończył już 18 lat! Podkreślam to bardzo wyraźnie, żeby nikt nie pomyślał, że namawialiśmy nieletniego dzieciaka do jakichś perwersyjnych czynów. Oczywiście był bardzo zdenerwowany, ale temu chyba nikt się nie dziwi. Po raz pierwszy w życiu miał kręcić sceny miłosne, w dodatku ze starszą od siebie kobietą. Dlatego też starałam się go przede wszystkim uspokoić, żeby przed kamerą wypadł naturalnie. Poza tym musieliśmy nadać tym scenom odpowiednią wymowę. To nie mogło wyglądać w ten sposób, że agresywna, napalona babka uwodzi biednego, niedoświadczonego chłopaczka. Ten romans wywiązał się między nimi spontanicznie, oboje jednak byli równorzędnymi partnerami. W praktyce moja rozmowa z Davidem wyglądała w ten sposób, że opowiadałam mu o własnych doświadczeniach z planu. Wiesz, co jest najtrudniejsze podczas kręcenia scen miłosnych? Powstrzymywanie się od śmiechu. Nie ma siły, w jakimś momencie po prostu musisz się roześmiać. Bo cała ta sytuacja jest po prostu nieodparcie zabawna. Jesteś na planie, całujesz się z jakąś obcą osobą, do tego obydwoje jesteście nago... a w dodatku obok stoją jacyś ludzie i wszystko to filmują. Tak naprawdę wszystko odbywa się niesamowicie szybko: raz, dwa i po krzyku. Pamiętam, że swoją pierwszą rozbieraną sceną nakręciłam, mając 19 lat. I też bardzo się denerwowałam. Na szczęście David poradził sobie znakomicie. Bardzo się starał, by nikomu nie sprawiać problemów. Prawdziwy z niego zawodowiec.

Zdaje się, że dodatkowym wyzwaniem była dla niego kwestia języka.

Zgadza się! Pod tym względem miał o wiele trudniejsze zadanie, niż ja. Reżyser wymagał ode mnie zaledwie wyćwiczenia niemieckiego akcentu, David natomiast musiał nauczyć się w całości obcej mowy. Miałam okazję posłuchać nagrań z jego pierwszych lekcji. Na początku nieco kaleczył angielszczyznę. Tym bardziej więc jestem pod wrażeniem tego, jaki efekt udało mu się osiągnąć. Naprawdę włożył w ten film sporo ciężkiej pracy. Nie mówię tego z wyższością jako bardziej doświadczona aktorka. Autentycznie podziwiam Davida i jego szczere, olbrzymie poświęcenie.

Tobie również zdarza się poświęcać wiele na rzecz roli. Co sprawia, że budzi się w Tobie taka pasja?

Świadomość czekającego mnie wyzwania. Jeśli podczas przygotowań do filmu nagle robię się śmiertelnie przerażona, zamykam się w sobie i nie rozmawiam z nikim, to znaczy, że jest to idealna rola dla mnie. Pamiętam, że na planie "Lektora" w porze lunchu siadałam przy osobnym stoliku i nie życzyłam sobie, żeby ktokolwiek się do mnie odzywał. Wiem, że można to było odczytać jako przejaw arogancji, ale praca nad postacią tak mnie pochłaniała, że nie chciałam się rozpraszać. Takie filmy potrafią naprawdę dać w kość. Gdy skończyliśmy wreszcie zdjęcia, zadzwoniłam do męża z hotelu w Kolonii i powiedziałam: "Nie gniewaj się, ale kiedy wrócę do domu, to przez jakiś czas nie będę zbyt rozmowna. Zrób mi gorącą kąpiel i pozwól poleżeć w spokoju, aż całkowicie się pozbieram". Mam to szczęście, że Sam (Mendes, mąż aktorki - Y. Cz.-H.) zna tajniki mojego zawodu i jest bardzo wyrozumiały. Dlatego zgodził się na wszystko.

Czy przed realizacją filmu znałaś książkowy pierwowzór?

Tak, czytałam powieść jakieś pięć lat temu. Niesamowicie mi się spodobała, ale w życiu nie wyobrażałabym sobie, że to ja zagram Hannę Schmitz. Wydawało mi się wtedy, że jestem na to za młoda. Kiedy wpadł mi w ręce scenariusz "Lektora", pomyślałam sobie najpierw: "Nie, to nie jest rola dla mnie". A potem uświadomiłam sobie: "Zaraz, przecież ja jestem w wieku Hanny!". Mam wrażenie, że ta rola w jakiś sposób była mi pisana.

A mimo to, kiedy Stephen (Daldry, reżyser "Lektora" - Y. Cz.-H.) po raz pierwszy zaproponował Ci udział w filmie, odmówiłaś.

Niestety, musiałam. Termin realizacji "Lektora" pokrywał się ze zdjęciami do "Drogi do szczęścia". W żaden sposób nie byłabym w stanie pogodzić tych dwóch projektów. Stephen zaangażował więc Nicole Kidman i rozpoczął pracę. Nawiasem mówiąc, bardzo ciekawi mnie, jak wyglądałby ten film z jej udziałem. Pierwsza ustawiłabym się w kolejce do kina, żeby go obejrzeć. Jestem pewna, że byłoby to coś niesamowitego. Tak się jednak złożyło, że Nicole zaszła w ciążę i jej udział w "Lektorze" stanął pod znakiem zapytania. Pamiętam, że w Nowy Rok zadzwonił do mnie mój agent. Sam i ja jechaliśmy dokądś samochodem, dzieci spały na tylnym siedzeniu, a mnie nagle coś tknęło. Wiedziałam, że jeśli agent dzwoni do mnie w Nowy Rok, to tylko z jednego powodu. I rzeczywiście. Przekazał mi wiadomość: "Nicole będzie miała dziecko. Dostajesz tę rolę". Długo nie mogłam uwierzyć, że to prawda.

Czy podczas pobytu w Kolonii miałaś okazję pozwiedzać okolicę, spróbować niemieckiej kuchni czy po prostu napić się piwa?

Niestety nie. Nasz grafik był strasznie napięty, pracowaliśmy przez siedem dni w tygodniu. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na wycieczki krajoznawcze. Zresztą, prawdę mówiąc, nie miałam nawet na to wielkiej ochoty. Przy tak obciążającej roli nie lubię robić sobie przerw, bo potem trudno mi się wchodzi z powrotem w skórę filmowej postaci. Wolę przez cały czas trwania zdjęć oswajać się z moją bohaterką. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale taka już jestem. Oczywiście zrobiłam wyjątek dla moich dzieci. Wybrałam się z nimi do zoo, udało nam się także zwiedzić Drezno. Ale tak naprawdę rzadko opuszczałam plan filmowy. Mój pobyt w Niemczech składał się głównie z pracy, z niewielkimi przerwami na sen.

W ciągu ostatniego roku zagrałaś u dwóch znakomitych reżyserów. Jak porównałabyś współpracę z nimi, oczywiście pomijając fakt, że jeden z nich jest Twoim mężem?

Podziwiam obydwu, ale nigdy nie zdobyłabym się na to, żeby ich porównywać. Owszem, pod pewnymi względami są do siebie podobni. Sam i Stephen wywodzą się z teatru, wiedzą więc doskonale, jak wielkie znaczenie dla filmu ma aktor. Wiedzą, jak się pracuje nad rolą, znają się na konstrukcji dialogów, umieją też zadbać, by aktor czuł się poważany i potrzebny. A do tego przed rozpoczęciem zdjęć odbywają wiele prób. Tak naprawdę etap czytania scenariusza trwał dłużej w przypadku "Drogi do szczęścia", niż "Lektora". Ale to akurat moje subiektywne wrażenie, bo na plan tego drugiego filmu trafiłam z opóźnieniem, w momencie, gdy wszyscy byli już przygotowani do swojej pracy. Sam i Stephen wiedzą też dokładnie, czego chcą, jaki efekt zamierzają osiągnąć. Różnią ich natomiast metody działania. Stephen jest bardzo otwarty, lubi wciągać do rozmowy jak najwięcej osób. Pyta każdego: "Co o tym sądzisz? Co o tym sądzisz?". Uwielbia pracę zespołową. Sam z kolei jest bardziej skupiony, wyciszony. Na planie podejmuje decyzje, konsultując je z garstką zaufanych ludzi. Tak naprawdę jeszcze do niedawna nie miałam zupełnie pojęcia, jak się pracuje z Samem, ponieważ dla mnie jest on przede wszystkim mężem, a dopiero potem reżyserem. "Droga do szczęścia" to nasz pierwszy wspólny film. I muszę powiedzieć, że Sam jeszcze bardziej zyskał w moich oczach. Jest nie tylko wspaniałym człowiekiem, ale także świetnym filmowcem i doskonałym profesjonalistą.

W Twoim Oscarowym filmie olbrzymią rolę odgrywa motyw czytania książek. Jak wyglądają Twoje związki z literaturą? Lubisz siedzieć w bibliotece?

Uwielbiam książki! Sęk w tym, że ostatnio czytam głównie opowieści dla dzieci (śmiech). A kiedy mam czas na cokolwiek innego, są to z reguły scenariusze. Często natomiast słucham audio booków. Muszę przyznać, że głos profesjonalnego lektora działa na mnie kojąco. To bardzo przyjemne uczucie, gdy ktoś czyta mi całą powieść.

Jakie książki czytasz swoim dzieciom?

Różne. Jakiś czas temu Sam przeczytał im całego "Władcę Pierścieni". Ostatnio przerzuciliśmy się na "Hobbita". Jeśli zaś o mnie chodzi, to najchętniej czytam dzieciom bajki Enid Blyton, które sama uwielbiałam, będąc w ich wieku. Zależy mi na tym, by pokochały książki, by zafascynowała je magia opowiadania historii. Sam i ja codziennie staramy się znaleźć chwilę, by usiąść razem z dziećmi i wspólnie coś poczytać. One też to uwielbiają.


[Yola Czaderska-Hayek]