Penelope Cruz gościem Yoli



Penelope Cruz za rolę w filmie Woody'ego Allena zatytułowanym "Vicky Cristina Barcelona" otrzymała w tym roku szereg nagród, w tym tę najważniejszą - Oscara za kreację drugoplanową. W wywiadzie z Yolą aktorka mówi m.in. o różnicy między Allenem a Almodovarem, dwoma geniuszami kina. Najwięcej jednak miejsca w rozmowie poświęca swojej roli w "Vicky Cristina Barcelona", bo też jej Maria Elena to postać nietuzinkowa.

Yola Czaderska-Hayek: "Vicky Cristina Barcelona" to Twój kolejny anglojęzyczny film. Czy zdążyłaś się już oswoić z obcą mową? Nie sprawia Ci ona trudności?

Penelope Cruz: W szkole uczyłam się głównie francuskiego. Angielski zaczęłam poznawać dość późno, mając 18 czy 19 lat. Nie chciałam ograniczać się tylko do hiszpańskiego kina, marzyłam o tym, by występować także w zagranicznych produkcjach, wyjechałam więc do Nowego Jorku. Na początku było ciężko. Nie znałam prawie wcale języka. Gdy dostałam swoją pierwszą rolę w "Krainie Hi-Lo" Stephena Frearsa, tekstów uczyłam się fonetycznie. Bardzo mi przeszkadzało, że na próbach nie rozumiałam, o czym ludzie rozmawiają, a nie znoszę, kiedy w pracy coś mi umyka. Zabrałam się więc ostro za naukę, zaczęłam ćwiczyć wymowę, przyswajałam nowe słowa. Bardzo pomogło mi też osłuchanie. Mieszkając w Ameryce przez jakiś czas, oswoiłam się z językiem. Teraz używam go nie tylko w pracy, ale i w codziennym życiu. I na szczęście nie mam już problemów przy uczeniu się tekstów. Wcześniej to był koszmar - więcej czasu spędzałam, próbując zrozumieć dialogi, niż starając się je odegrać. Teraz, dzięki znajomości angielskiego, czuję się o wiele swobodniej. I cieszę się, że nikt już nie narzeka na mój akcent. Oczywiście w dalszym ciągu się uczę. Ten język bez przerwy mnie czymś zaskakuje.

Twoja filmowa bohaterka, Maria Elena, również jest pełna niespodzianek. Wydaje się nieprzewidywalna, by nie rzec: niepoczytalna.

O nie, nie chcę, aby uważano ją za wariatkę. To nie tak. Jej cierpienie wydaje się przerysowane i groteskowe, ale w jakiś sposób tę kobietę rozumiem i wcale nie mam ochoty się z niej śmiać. Maria Elena żyje we własnym świecie, w rzeczywistości, jaką sama stworzyła. Gdy była małą dziewczynką, ktoś powiedział jej, że jest genialna, a ona w to uwierzyła. Wmówiła sobie, że jest zbyt wyjątkowa, by mieć prawo do szczęścia. W jej przekonaniu artystka, by zachować pełnię sił twórczych, musi nieustannie cierpieć, przeżywać duchowe i fizyczne męczarnie. Dlatego właśnie bez przerwy Maria Elena dręczy siebie i innych. Ona naprawdę w to wierzy! Owszem, jest wyjątkowo rozchwiana emocjonalnie, ale w żadnym razie nie nazwałabym jej wariatką. Pamiętam, że kiedy czytałam scenariusz, ta kobieta wydawała mi się wyjątkowo tragiczną postacią. A potem, kiedy gotowy film pokazaliśmy w Cannes, zdziwiła mnie reakcja publiczności. Nie potrafiłam zrozumieć, z czego oni tak się śmieją. Ale potem doszłam do wniosku, że Woody Allen dokonał niesamowitej rzeczy: pokazał na ekranie dramatyczną bohaterkę, która wydaje się autentycznie zabawna!

A czy Tobie jako zdarzyło się kiedykolwiek przeżywać podobne udręki? Też jesteś artystką.

Zawsze istnieje ten margines niepewności: jak daleko mogę się posunąć? Na ile mnie stać? Jak wiele z siebie, z własnych emocji, mogę przekazać postaci, którą gram? Ten zawód wymaga wielkiego zaangażowania, mimo to nie uważam, by nieustanne zadręczanie się pomagało artyście w rozwoju. Owszem, niektóre role wymagają od człowieka wiele. Są w stanie poruszyć jakieś ukryte struny, odwołać się do osobistych przeżyć. Wtedy trzeba dać z siebie naprawdę dużo. Jeżeli człowiek nie przeżywa roli całym sobą, to tak naprawdę nie wychodzi mu ona. Przed aktorem stoi zawsze wiele wyzwań, nie można jednak nieustannie pracować na najwyższych obrotach. Czasami trzeba odpocząć, wyciszyć się, napełnić pozytywną energią. I po prostu czerpać radość z tego, co się robi. Operowanie intensywnymi emocjami może człowieka zniszczyć. Dlatego postać Marii Eleny wydała mi się bardzo trudna do zagrania. Tylko cienka granica dzieli tę kobietę od szaleństwa. Nie ukrywam, że to dla mnie fascynujący temat: co dzieje się w głowach ludzi, którzy nagle tracą kontakt z rzeczywistością? Dlatego właśnie po przeczytaniu scenariusza miałam wielką ochotę wystąpić w tym filmie.

Byłabyś w stanie chcieć kogoś zabić z miłości jak Maria Elena?

Nie jestem pewna, czy te jej mordercze skłonności należy traktować z całkowitą powagą. To dość gwałtowna osoba i z cała pewnością nie wzorowałabym się na niej, jeśli chodzi o rozwiązywanie problemów w związku (śmiech). Nie miałam zupełnie pojęcia, jak rozegrać tę scenę z pistoletem, ale na szczęście Woody genialnie mną pokierował. Sama chyba nie wiedziałabym, co zrobić. Nie mam takiej porywczej natury, jak Maria Elena. Przez cały czas mnie dopingował, żebym dała z siebie jak najwięcej. Próbowałam mu zasugerować: "Słuchaj, może byśmy spróbowali nakręcić chociaż jedną scenę w lżejszej tonacji. Nie mogę przez cały czas biegać i wrzeszczeć". W jakimś momencie dał się przekonać. Pozwolił mi zagrać tak, jak chciałam. A potem powiedział: "No dobrze, a teraz nakręćmy to jeszcze raz, po mojemu". Chciał, żebym w każdej scenie wyglądała jak wulkan energii, żebym bez przerwy ciskała pioruny. Na moje protesty odpowiadał krótko: "Uwierz mi, tacy ludzie istnieją naprawdę. Znam paru" (śmiech).

Ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

Bo nie lubię mówić o sobie. Nie mam żadnych problemów z opowiadaniem o swojej pracy, ale kiedy ktoś zaczyna pytać o mnie, o moje życie osobiste, natychmiast się zamykam. Nie chodzi o to, że Ci nie ufam. Wierzę w Twoje dobre intencje i w to, że chcesz, aby nam się miło rozmawiało. Problem w tym, że ten wywiad trafi do Internetu, gdzie każdy będzie mógł go przeczytać, wyrwać jakiś fragment z kontekstu i zupełnie wypaczyć jego znaczenie. Dlatego nie mogę sobie pozwolić na nadmierną szczerość. Muszę przez cały czas uważać na to, co mówię, choćby tylko ze względu na to, że mówimy po angielsku, a to dla mnie przecież obcy język. Mogę popełnić jakiś błąd, powiedzieć coś, co zabrzmi głupio lub śmiesznie i chwilę później cały świat będzie o tym wiedział. To po prostu kwestia instynktu samozachowawczego. Nie chcę potem przeczytać gdzieś o sobie jakichś bzdur, w dodatku odwołujących się do naszej rozmowy.

Dobrze, porozmawiajmy w takim razie o Twoim życiu zawodowym. Miałaś okazję pracować z dwoma najwspanialszymi reżyserami na świecie: Woodym Allenem i Pedro Almodovarem. Trudno chyba o większą różnicę charakterów.

Tak, to prawda. Obydwaj są fantastyczni i genialni, ale jeśli chodzi o temperament i styl pracy, jeden stanowi przeciwieństwo drugiego. Pedro potrafi robić próby z tekstem przez ponad trzy miesiące. Jest w stanie rozmawiać o scenariuszu w nieskończoność. Z Woodym natomiast nie zrobiliśmy ani jednej próby, a nasze spotkanie w Nowym Jorku trwało jakieś 40 sekund (śmiech). Powiedział mi coś takiego: "Piszę właśnie jedną historię. Wydaje mi się, że jest w niej rola dla ciebie, ale jeszcze nie jestem pewien. Jak skończę, to do ciebie zadzwonię". I rzeczywiście po miesiącu zadzwonił. Przysłał mi scenariusz... po czym zobaczyliśmy się dopiero na planie, gdy stał za kamerą i krzyczał "Akcja!" (śmiech). Woody ma od razu cały film w głowie. Pracuje jak maszyna, jest niezmordowany. To fascynujące, jak bardzo Pedro i Woody różnią się od siebie. Ale łączy ich jedno: obydwaj zostali obdarzeni jakimś fantastycznym darem, którego nie da się opisać słowami. To dwaj geniusze kina.

W "Vicky Cristina Barcelona" mówisz głównie po hiszpańsku. W jaki sposób Woody Allen napisał dla Ciebie teksty?

Cały scenariusz napisał po angielsku, a potem wszystkie dialogi, które w filmie miały brzmieć po hiszpańsku, przekazał tłumaczowi. Dał nam jednak wolną rękę: powiedział, że jeśli naszym zdaniem te kwestie w przekładzie brzmią sztywno lub nienaturalnie, to możemy je dowolnie zmieniać. Maria Elena miała być postacią z krwi i kości, która bez przerwy przeklina i robi awantury. W jakimś momencie pozwolił mi na całkowitą improwizację. Zastanawiałam się, ile z tego zostanie w montażu, Woody przecież nie zna hiszpańskiego. Ale o dziwo, zostawił wszystkie najlepsze kawałki.

Jakie to uczucie: kręcić film we własnym kraju, ale u zagranicznego reżysera?

Rewelacyjne. Zwłaszcza że w Hiszpanii wszyscy uwielbiają Woody'ego. Wszyscy chodzą do kina na jego filmy. Kiedy kręciliśmy "Vicky Cristina Barcelona", w pobliżu planu zawsze kręciło się jakieś trzysta osób. Woody ma u nas sporo fanów i zdaje się, że zna Barcelonę lepiej niż ja (śmiech). Podejrzewam, że właśnie dlatego postanowił umieścić tam akcję filmu. Naprawdę pięknie pokazał to miasto na ekranie. Teoretycznie ta historia mogłaby rozgrywać się w dowolnym miejscu, ale cieszę, że Woody Allen postanowił nakręcić ją właśnie w Hiszpanii.

Maria Elena i Juan nie mogą żyć ani z sobą, ani bez siebie. Nie są w stanie odnaleźć prawdziwego szczęścia. Co według Ciebie sprawia, że ludzie są szczęśliwi?

Nie ma na to jednego przepisu. Wszyscy pragniemy tego samego, ale każdy dąży do tego celu inną drogą. W filmie widać to ze szczególną jaskrawością. Bohaterowie pochodzą z różnych krajów, z różnych środowisk. Ale poszukują odpowiedzi na te same pytania, dręczą ich identyczne wątpliwości. Chyba właśnie dlatego ludzie tak bardzo kochają kino; ponieważ mogą obejrzeć na ekranie podobne sytuacje, które obserwują u siebie na co dzień.

A co Ciebie uszczęśliwia?

Spokój w pracy. Uwielbiam swój zawód, kocham kręcić filmy. Najlepiej cztery w ciągu roku. Najbardziej lubię etap przygotowań, kiedy zbieram materiały do konkretnej roli. Czasami mam z tego większą przyjemność, niż potem, na planie. Nie wyobrażam sobie pracy nad filmem bez tego wstępu, bez tworzenia postaci. To nie miałoby sensu.

Jesteś niezwykle stylową kobietą. Reklamowałaś stroje Ralpha Laurena, kosmetyki L'Oreal... Jaką rolę odgrywa w Twoim życiu moda? Uważasz się za wzór dla innych kobiet?

Bez przesady! Lubię ładnie wyglądać, ale chyba każda kobieta może to o sobie powiedzieć. Poza tym jeśli mam na sobie świetnie skrojoną sukienkę, to jest to przede wszystkim zasługa projektanta, a nie moja, prawda? Oczywiście zawsze jest miło, kiedy ktoś powie: "Rany, ale ci w tym do twarzy!". Mimo to jakoś nie mam ochoty zadzierać nosa.

Nie uważasz się za piękną kobietę?

Nie zdarzyło mi się jak dotąd stanąć przed lustrem i paść z zachwytu (śmiech). Poza tym ze względu na moją pracę często zmieniam wygląd. Zdarza się, że bohaterki, które gram, nie są zbyt atrakcyjne. Dlatego też ważna jest dla mnie wiarygodność, a dopiero potem uroda.

Jak zareagowałabyś, gdyby ktoś próbował poderwać Cię w taki sposób, jak Juan w "Vicky Cristina Barcelona"?

Szczerze? Nie mam pojęcia. Powinnam mieć w zanadrzu jakąś ciętą ripostę, ale jakoś nic mi nie przychodzi do głowy.



[Yola Czaderska-Hayek]