Ben Affleck gościem Yoli



Najnowszy film Bena Afflecka nosi tytuł "Stan gry" i rozgrywa się w kręgach polityki. To właśnie temu zagadnieniu sporo uwagi poświęca aktor w rozmowie z Yolą Czaderską-Hayek, która specjalnie dla Stopklatki przeprowadziła z nim wywiad.

Ben Affleck mówi też o zagrożeniach wynikających z rozwoju Internetu, swojej ocenienie prezydentury Baracka Obamy, reżyserskich doświadczeniach, pracy nad "Stanem gry" oraz planach na przyszłość.

Yola Czaderska-Hayek: W filmie "Stan gry" zagrałeś młodego kongresmena, wschodzącą gwiazdę amerykańskiej polityki. Jak przygotowywałeś się do tej roli?

Ben Affleck: Spotkałem się z kilkoma autentycznymi kongresmenami. Opowiedzieli mi mnóstwo ciekawych rzeczy o swojej pracy. Mogłem też przyjrzeć się ich gestom, mowie ciała, wyglądowi. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się aż takiej otwartości z ich strony. Myślałem, że gdy będę próbował umówić się z nimi na lunch, usłyszę odpowiedź: "Przepraszam, nie mam teraz czasu". Tymczasem wszyscy, z którymi się skontaktowałem, zgodzili się na spotkanie. Bardzo zależało im na tym, by film wiarygodnie pokazywał polityczne realia w Kongresie. Poświęcili mi naprawdę dużo czasu i cierpliwości.

Polityka to nie tylko wielka władza, ale także wielkie skandale...

Zgadza się! Między polityką i seksem istnieje jakiś dziwny, magnetyczny związek. Wyjaśnienie tkwi częściowo w samej naturze ludzi, którzy garną się do tej branży. Politycy z reguły lubią dominować, lubią zdobywać wpływy, lubią zaspokajać ambicję... a także lubią mieć wielu seksualnych partnerów. Może czują się dzięki temu bardziej męscy? Ryzyko polega na tym, że w przypadku osób publicznych łatwo o nagłośnienie kompromitujących sekretów. Statystyki mówią, że w Ameryce 15 procent mężczyzn przynajmniej raz dopuściło się niewierności. Tylko że nikt nie pisze w gazecie o tym, że jakiś strażak czy nauczyciel zdradził żonę, bo to żadna sensacja. Co innego zaś, jeśli uda się przyłapać kongresmena czy gubernatora. To jest wiadomość na pierwszą stronę. Oczywiście nie twierdzę, że wszystkim politykom zdarzają się skoki w bok. Można jednak odnieść takie wrażenie, gdy czyta się wiadomości w prasie czy Internecie.

"Stan gry" przedstawia bardzo krytyczny obraz mediów. Redaktor naczelnej, którą gra Helen Mirren, zależy przede wszystkim na sensacji, a nie na rzetelnym, zgodnym z prawdą materiale.

Wiem coś o tym. Wielokrotnie czytałem o sobie w gazetach różne historie, które były albo nieprawdziwe, albo mocno przesadzone. Tego rodzaju "newsów" w ostatnich latach pojawia się coraz więcej, zwłaszcza w Internecie. Tradycyjna, papierowa prasa odchodzi już w przeszłość. Wkrótce będziemy czytać wyłącznie artykuły z Sieci i blogi. A tych zazwyczaj nikt nie kontroluje, ludzie piszą, co im się podoba. Trochę mnie to przeraża, bo nie mam pojęcia, w jakim kierunku to wszystko się potoczy. Z jednej strony mamy oczywiście wolność słowa, ale z drugiej - każdy może założyć w Internecie stronę, na której będzie wypisywał dowolne bzdury. Jak nad tym zapanować? Nie wiem.

Naprawdę uważasz, że papierowe gazety znikną?

Owszem, i to już wkrótce. Rośnie nam nowe pokolenie, przyzwyczajone do czytania tekstów w Internecie. Podejrzewam, że któregoś dnia moje dzieci zapytają mnie: "Tato, wyście naprawdę drukowali te wszystkie rzeczy na papierze i rozwozili ludziom do domów?". Z ich perspektywy to po prostu strata czasu i marnowanie drzew. Po co zadawać sobie tyle trudu, skoro wystarczy po prostu włączyć komputer? Oczywiście w tej chwili jest w Sieci całe mnóstwo serwisów zajmujących się wyłącznie plotkami, ale widać też zaczątki porządnego dziennikarstwa. Poza tym w dobie Internetu wiadomości rozchodzą się błyskawicznie po całym świecie. Gdy w ubiegłym roku doszło do zamachu terrorystycznego w Mumbaju, indyjscy blogerzy natychmiast zaczęli informować o tym na swoich stronach. Zauważyłem też, że gdy w sieciowej społeczności ktoś pozwoli sobie na przerysowanie czy na ewidentne kłamstwo, inni zaraz mu to wypomną w komentarzach. Na naszych oczach tworzą się standardy dziennikarstwa obywatelskiego. Nie twierdzę, że to najlepsze z możliwych rozwiązań. Ale w dzisiejszych czasach przyszłość tego zawodu stoi pod znakiem zapytania. Niedawno z redakcji "New York Timesa" zwolniono dwieście osób. Wyobrażasz to sobie? Dwieście osób! Co będzie dalej? Nie mam pojęcia. Ty pewnie wiesz na ten temat więcej ode mnie, bo to w końcu Twoja profesja. Ja tylko gram w filmach.

No właśnie, a co z filmami? Nie obawiasz się, że kino także stanie się przeżytkiem?

Bardzo możliwe. Nie sądzę jednak, by nastąpiło to zbyt szybko. Owszem, technika idzie do przodu, ale mnóstwo ludzi wciąż uwielbia iść do kina w piątkowy wieczór. Albo na randkę. Albo na sobotni poranek z dziećmi. Wizyta w kinie to wydarzenie towarzyskie. W upalny letni dzień siedzisz w klimatyzowanej sali i czujesz panującą na widowni energię... Tego nie da się tego porównać z oglądaniem filmu na ekranie laptopa czy iPoda. Mimo to zdaję sobie sprawę, że teraz, gdy dzięki Internetowi można zamówić i ściągnąć absolutnie wszystko, dystrybucja kinowa pewnie zejdzie na margines. Ale nie zniknie. Mam taką nadzieję.

Wróćmy do polityki. Pamiętam, że w wyborach prezydenckich głosowałeś na Baracka Obamę. Jak dzisiaj oceniasz jego rządy?

Wrażenie mam pozytywne, choć szczerze mówiąc, nie chciałbym znaleźć się w jego sytuacji. Kraj wplątany w wojnę, ekonomia w zapaści... A do tego jeszcze wszyscy oczekują, że prezydent raz, dwa uratuje sytuację. Dziennikarze patrzą mu na ręce, bez przerwy obserwują, co mówi i co robi. Kiedyś Eisenhower potrafił cały dzień grać w golfa. Dzisiaj byłoby to niemożliwe. Wszystko rozgrywa się strasznie szybko. Pierwsze sto dni ocenia się co najmniej jak pierwszy rok kadencji. A dawniej przez sto dni prezydent dopiero przyzwyczajał się do otoczenia w Białym Domu. Miał czas na nabranie doświadczenia. Trzymam oczywiście kciuki za Baracka Obamę i bardzo chcę, by mu się powiodło. Bo tak naprawdę od jego sukcesów zależy los nie tylko Ameryki, ale i Europy, Azji, całego świata. Wszyscy jedziemy na jednym wózku. Łatwo nie będzie, wierzę jednak, że uda się wyjść z kryzysu.

Porozmawiajmy może o filmie, bo jak dotąd mówimy głównie o polityce i mediach. Co sprawiło, że zgodziłeś się zagrać w "Stanie gry"?

Obiecali mi, że moje nazwisko znajdzie się na jednym plakacie z Helen Mirren (śmiech). A mówiąc poważnie, nie mogłem przepuścić okazji, by zagrać z tyloma znakomitymi aktorami. Russell Crowe, Robin Wright Penn, Rachel McAdams, Jason Bateman... A poza tym zainteresowała mnie treść. Już sam fakt, że siedząc tutaj, rozmawiamy o przyszłości prasy czy obowiązkach prezydenta, świadczy o tym, że "Stan gry" to dobry punkt wyjścia do dyskusji na poważne tematy. A zarazem świetna, doskonale zrealizowana produkcja. Większość współczesnych filmów składa się głównie ze strzelanin i wybuchów. Można się przy tym bawić, ale mówić nie ma o czym.

Z Russellem Crowe'em zagraliście dwóch kumpli, którzy znają się od lat. I to się rzeczywiście czuje, jest między Wami przyjaźń. Tylko że, o ile wiem, poznaliście się dopiero przed rozpoczęciem zdjęć.

Tak, to prawda. Na szczęście szybko udało nam się dogadać, więc na planie nie musieliśmy udawać, że się lubimy. Obydwaj zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy wypaść wiarygodnie jako dawni koledzy ze studiów. Dlatego w wolnych chwilach dużo rozmawialiśmy, staraliśmy się poznać nawzajem i oswoić ze sobą. Russell to fantastyczny facet, dlatego cieszę się, że mogliśmy razem nie tylko zagrać, ale i spędzić mnóstwo czasu.

Jak zachowuje się na planie?

Jest bardzo skupiony na pracy. Potrafi całkowicie się na niej skoncentrować. Poza tym nie lubi skupiać na sobie uwagi. Bywa wyciszony, małomówny. Widać jednak, że myśli przede wszystkim o roli. Co ważne, nie stara się za wszelką cenę postawić na swoim. Nie narzuca swojego zdania. Aktorstwo to zawód stworzony dla niego. Russell w ciągu zaledwie paru sekund potrafi przekonać widzów do swej postaci.

Oglądałeś brytyjski miniserial, na podstawie którego powstał "Stan gry"?

Przyznaję się bez bicia: nie. Celowo nie chciałem go oglądać. Bałem się, że mogę się nim zbytnio zasugerować. I potem zastanawiać się: "Hm, w oryginale ta scena inaczej wyglądała, może powinniśmy nakręcić ją od nowa?". Wystarczyło mi, że Kevin (McDonald, reżyser "Stanu gry" - Y. Cz.-H.) znał brytyjski pierwowzór i wiedział, na czym się wzorować, a co odrzucić. Obiecuję jednak, że teraz, kiedy pracę mam już za sobą, kupię sobie DVD z serialem i obejrzę go w całości.

Jakie masz plany na następny rok?

W tej chwili przygotowuję się do pracy nad filmem "The Company Men". To opowieść o ludziach, którzy tracą pracę wskutek kryzysu. Bohater, którego gram, jest na bezrobociu. Nie może znaleźć zajęcia, odbywa upokarzające rozmowy kwalifikacyjne, a do tego wraz z żoną musi wprowadzić się do swoich rodziców, bo nie stać go na spłatę kredytu na dom. Scenariusz bardzo mi się podoba, a do tego zagram z Kevinem Costnerem i Tommy Lee Jonesem. Nic, tylko się cieszyć!

Dwa lata temu wyreżyserowałeś thriller "Gdzie jesteś Amando?". Czego nauczyło Cię to doświadczenie?

Mam nadzieję, że przede wszystkim nauczyłem się lepiej grać. Reżyserowanie filmu pozwala uświadomić sobie wiele rzeczy. Zastanawiam się, do czego to porównać... Wyobraź sobie, że pracujesz w fabryce, stoisz przy taśmie i przez cały czas montujesz tylko jeden element skomplikowanego mechanizmu. Po jakimś czasie nabierasz wprawy, montaż idzie Ci coraz lepiej, ale nadal masz do czynienia tylko z jednym fragmentem. Nie masz zielonego pojęcia, z ilu części składa się maszyna ani jak działa po złożeniu. Tak właśnie jest z aktorstwem. Dopiero kiedy stanąłem za kamerą, udało mi się zrozumieć, w jaki sposób to, co robię, przekłada się na pracę całej ekipy filmowej. To tak, jakby spojrzeć na siebie krytycznie z boku i dostrzec różne wady, o których nie miało się pojęcia. Dzięki temu zmieniło się moje podejście do zawodu. Wierzę, że na lepsze. Człowiek uczy się z wiekiem.

Bez przesady, nie jesteś taki stary!

Dziękuję, liczyłem, że to powiesz! (śmiech) Miałem na myśli to, że kilka ładnych lat spędziłem już w branży i wiem o wiele więcej, niż kiedy zaczynałem karierę. Były sukcesy, były porażki... No i przede wszystkim ustatkowałem się, założyłem rodzinę. Mam wspaniałą żonę. Kochane dzieci. To sprawia, że człowiek zaczyna inaczej patrzeć na świat. Na szczęście do emerytury jeszcze daleko.

Teraz przygotowujesz się do reżyserii kolejnego filmu. Co to za projekt?

Roboczy tytuł to "The Town", ale nie jestem do niego w stu procentach przekonany. Film jest ekranizacją powieści "Prince of Thieves" (Książę złodziei - Y. Cz.-H.). Istnieje już produkcja pod takim tytułem, więc z oczywistych względów nie możemy go wykorzystać. Fabuła książki oparta jest na prawdziwych wydarzeniach. W Charlestown, niewielkiej okolicy na przedmieściach Bostonu wychowało się najwięcej złodziei samochodów na świecie. Do tej pory nikt nie potrafi wyjaśnić, czemu tak się stało, czemu właśnie to miasteczko stało się wylęgarnią bandytów wszelkiej maści. Gangsterstwo uchodziło tam niemalże za rodzinny zawód, za tradycję przekazywaną z ojca na syna. Bohaterami tej historii są faceci, którzy wpadli na pomysł, by rabować furgonetki z pieniędzmi.

To będzie film akcji?

Raczej sensacyjna, ale trzymająca się realiów opowieść. W tej chwili jestem na etapie przygotowań. Rozmawiam z agentami FBI, przekopuję się przez raporty, odwiedzam więzienia, spotykam się z byłymi skazańcami... Przede mną jeszcze mnóstwo roboty. Staram się zebrać tyle informacji, ile tylko się da, by wszystko wyglądało wiarygodnie. Nie mam nawet skompletowanej obsady! Cały projekt jest jeszcze w powijakach, poważnie zajmę się nim dopiero jesienią. Ale jeśli tylko będę mógł pochwalić się już czymś konkretnym, to obiecuję, że na pewno dam Ci znać.


[Yola Czaderska-Hayek]