Steve Carell gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?

Steve Carell: Od chwili, kiedy Cię poznałem, tak! (śmiech)

Nie wygłupiaj się! Pytam poważnie.

Wierzę, że miłość od pierwszego wejrzenia jest możliwa. To się zdarza. Miłość pojawia się w najmniej spodziewanych porach, zazwyczaj, kiedy nie jesteśmy w ogóle na to przygotowani. W filmie "Ja cię kocham, a ty z nim" mamy oczywiście do czynienia z romantyczną, idealną, wymarzoną miłością, kiedy dwoje ludzi od pierwszej chwili przeżywa wzajemne zauroczenie i nie potrafi rozstać się nawet na chwilę. Tego rodzaju sytuacje zdarzają się w życiu bardzo rzadko, wierzę jednak, że są możliwe.

Na ekranie Juliette Binoche i Ty sprawiacie wrażenie, jakbyście naprawdę byli zakochani.

A dziwisz się? Jak można nie zakochać się w Juliette? Byłem cały w nerwach przed naszym pierwszym spotkaniem. Po czym już po chwili rozbroiła mnie kompletnie. To wspaniała, fantastyczna osoba o wielkim sercu i kapitalnym poczuciu humoru. Natychmiast znalazłem się pod jej urokiem. Jak każdy, kto miał okazję ją poznać.

Nauczyłeś się francuskiego?

Oczywiście! Specjalnie dla niej. Ale nie powiem teraz nic po francusku, bo jeszcze pomyślisz, że się popisuję (śmiech).

Jak zreagowała Twoja żona, gdy przyznałeś się, że zagrasz z Juliette Binoche?

I to w dodatku scenę pod prysznicem? (śmiech) To było tak: wyjechałem na plan na Rohode Island, a żona została w Los Angeles. No i zadzwoniła z pytaniem, co słychać, jaką scenę dziś kręcimy. Mówię: "Wiesz, kochanie, Juliette i ja jesteśmy w suszarni, a potem idziemy na górę, do łazienki, i wchodzimy razem pod prysznic, a potem...". A ona: "Zaraz, zaraz, co? Jaki prysznic?"... Nie, tak na serio, moja żona była o mnie naprawdę spokojna. Wie, że Juliette Binoche to za wysokie progi jak dla mnie (śmiech).

Masz jakąś receptę na udane małżeństwo?

Pytasz mnie o coś, co mógłbym doradzić ludziom? Nie wiem. Tak naprawdę bowiem mogę mówić tylko za siebie. Każdy związek jest inny, rządzi się własnymi prawami. Nie można uogólniać i przykładać do wszystkich jednakowej miary. My z żoną na przykład często się śmiejemy. To zawsze pomaga. Liczą się też małe dowody przyjaźni. Moja żona zawsze przed pójściem spać ustawia w ekspresie dzbanek ze świeżo zmieloną kawą. U nas to ja zawsze pierwszy wychodzę z domu, dlatego zależy mi na czasie. Kiedy więc wstaję rano, kawa jest już gotowa. Niby nic wielkiego, ale dla mnie to bardzo romantyczny gest. Właśnie dzięki takim drobiazgom związek może przetrwać przez długie lata.

Jak poznałeś swoją żonę?

Pracowaliśmy oboje w Chicago, ja w teatrze, a ona w barze po drugiej stronie ulicy. Często tam wpadałem, no i siłą rzeczy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Ale tak naprawdę dopiero po wielu miesiącach pojawił się pomysł, żeby pojść dokądś razem na randkę. Oboje byliśmy strasznie nieśmiali i oboje baliśmy się panicznie, że ta druga osoba powie "Nie". Po czym, kiedy już się umówiliśmy, okazało się, że od dawna jesteśmy sobą nawzajem zainteresowani. Od tego momentu, kiedy już wiedzieliśmy, na czym stoimy, było świetnie. Ale jak sobie przypomnę, ile odwagi kosztowało mnie, żeby ją wyciągnąć zza tego baru!... (śmiech) Zawsze byłem beznadziejny, jeśli chodzi o umawianie się na randki. I tak już zostało.

Z filmu "Ja cię kocham, a ty z nim" wynika, że niezależnie od podjętych planów, życie i tak zawsze czymś człowieka zaskoczy. Jaką masz strategię: planujesz każdy dzień z wyprzedzeniem czy w ogóle o niczym nie myślisz i zdajesz się na los?

W ogóle o niczym nie myślę (śmiech). Mówiąc poważnie: nie widzę nic złego w układaniu sobie planu na życie. To jest potrzebne. Wydaje mi się jednak, że te plany, jakiekolwiek by były, powinny zawierać pewien margines dowolności, miejsce na improwizację. Niespodzianki się zdarzają i trzeba o tym pamiętać. Życie składa się z wielu nieprzewidzianych okoliczności, trzeba być elastycznym, by w odpowiednim momencie móc dostosować się do sytuacji. Nie można przez cały czas trzymać się tylko jednej drogi. Wiem po sobie: jeszcze kilka lat temu, gdyby ktoś mi powiedział, że moja kariera potoczy się w taki sposób, to chyba bym go wyśmiał. A jednak! Dlatego właśnie musiałem wszystkie swoje plany ułożyć od nowa i w tej chwili cieszę się tym, co się wokół mnie dzieje. To zresztą również dobry sposób na życie: cieszyć się z tego, co jest.

Nie żałujesz, że sukces nie przyszedł wcześniej?

Nie, bo teraz mam do niego dystans. Gdybym miał na przykład dwadzieścia lat, to pewnie woda sodowa uderzyłaby mi do głowy i zachowywałbym się jak skończony idiota. W tej chwili wiem, co jest dla mnie najważniejsze. Cieszę się oczywiście z sukcesu, ale pierwszeństwo mają dom i rodzina. Poza tym nie mam złudzeń, że sielanka będzie trwała wiecznie. Nic w tej chwili nie planuję i czekam, co się zdarzy.

Czy przez ostatnie kilka lat coś zmieniło się w Twoim życiu?

Nie, oczywiście oprócz tego, że mamy dwójkę wspaniałych dzieci, które dają nam więcej radości, niż mogliśmy się spodziewać. Zarabiam też trochę więcej, niż dziesięć lat temu, więc to też zapewnia nam nieco wyższy poziom życia. Ale poza tym? Nie, nie uważam, żeby cokolwiek istotnego się zmieniło. Nadal gram w filmach i zamierzam grać dalej.

Przynajmniej nie musisz martwić się o pieniądze.

Na pewno. Będę mógł spokojnie wysłać dzieci do college'u i opłacić im edukację. To dla mnie, jako ojca, bardzo ważne.

Bohater, którego grasz, odpowiada na listy od samotnych rodziców. Zdarzało Ci się kiedykolwiek czytać w gazecie rubryki z poradami tego typu?

To moja ulubiona lektura! Lubię czytać gazetowe porady, bo jest się z czego pośmiać. Większość tych wskazówek kompletnie nie nadaje się do zastosowania. Na przykład: "Droga redakcjo! Moje dzieci jedzą za dużo czekolady. Co robić?". Odpowiedź: "Niech jedzą warzywa i owoce". No dobrze, ale jak je do tego zmusić? Dla dzieci czekolada jest jak narkotyk, nie da się tak po prostu, z dnia na dzień, kazać im przejść na odwyk. Dlatego jeśli naprawdę potrzebna jest mi pomoc, szukam jej przede wszystkim u rodziców i najbliższych przyjaciół. A nie w gazecie.

Utrzymujesz kontakt z najbliższą rodziną?

Oczywiście. Bardzo się lubimy i chętnie się spotykamy. W filmie "Ja cię kocham..." uwielbiam scenę rodzinnej kolacji, ponieważ od razu przypomina mi to, co działo się u nas. My też zasiadaliśmy przy wielkim stole i rozmawialiśmy przez cały wieczór, czasami nawet do późna. Moja żona też pochodzi z wielodzietnej rodziny. Mają domek przy plaży w Massachusetts, gdzie dzieciaki grają w siatkówkę na piasku, a dorośli - w gry planszowe. Dlatego mogę z ręką na sercu powiedzieć, że scena familijnego spotkania w "Ja cię kocham, a ty z nim" jest po prostu z życia wzięta. Nic tu nie zostało na siłę upiększone.

Masz brata?

Mam trzech starszych braci.

A zdarzyło się kiedykolwiek, że zakochałeś się w dziewczynie ktoregoś z nich?

No jasne. Wszystkim odbiłem dziewczyny i z każdą po kolei się ożeniłem (śmiech). Nie, serio, nigdy nie było między nami zatargów na tym tle.

Bracia nie dokuczali Ci, kiedy byłeś mały?

Nie, to raczej ja dokuczałem im. Pamiętam, że kiedy miałem dziesięć lat, któryś z nich przyprowadził dziewczynę do domu, żeby przedstawić ją rodzicom. Przebrałem się wtedy za kosmitę. Owinąłem się folią aluminiową, założyłem na głowę motocyklowy kask z pulsującą diodą na czubku. I tak zasiadłem do stołu. Z całej rodziny nikt nawet nie mrugnął okiem. Chyba już byli przyzwyczajeni do takich wyskoków. Dziewczyna za to miała oczy wielkie jak półmiski. Nie miała pojęcia, co się dzieje. Brat ją tylko pocieszał: "To nic, to tylko mój dziesięcioletni brat znowu wariuje".

A jak zareagowali, kiedy Ty przyprowadziłeś swoją przyszłą żonę?

Obyło się chyba bez przygód. Bardziej utkwił mi w pamięci dzień, gdy to ja poznałem jej rodzinę. jej przyrodni brat obchodził wtedy czterdzieste urodziny. Wyprawił wielkie przyjęcie, na którym pojawiło się chyba ze sto osób. Byłem przerażony tym tłumem i nie wiedziałem, co robić. Na szczęście potraktowali mnie bardzo miło. W ogóle nie dali mi odczuć, że jestem dla nich przybyszem z zewnątrz. Nie było zatem tak źle, jak można było się spodziewać.

Kiedy postanowiłeś, że zostaniesz aktorem?

Chyba w pierwszej albo w drugiej klasie. Wystawialiśmy wtedy w szkole jakąś sztukę o Indianach - bo wtedy tak się na nich mówiło: "Indianie", a nie "rdzenni Amerykanie", jak teraz. Grałem jednego z nich. Musieliśmy udawać, że płyniemy canoe i intensywnie wiosłujemy. Pamiętam, że machałem wiosłem po obu stronach łódki i w pewnym momencie nauczyciel wskazał mnie palcem: "Patrzcie, tylko Steve robi to jak należy. Wy wszyscy wiosłujecie tylko po jednej stronie łodzi. Gdyby to się działo naprawdę, pływalibyście w kółko". Prawda jest taka, że w ogóle nie zastanawiałem się nad tym, co robię. To był odruch, ale, jak się okazało, słuszny. Pamiętam, że ta pochwała jakoś dodała mi odwagi i chyba właśnie wtedy zacząłem się zastanawiać, czy nie zostać aktorem.

Jak widać, pochwały odnoszą pozytywny efekt.

W moim przypadku na pewno tak. Dlatego też staram się chwalić moje dzieci. Być może im też uda się dzięki temu coś osiągnąć w życiu.

Pamiętasz swoją pierwszą wypłatę? Ile wtedy zarobiłeś?

To było chyba w teatrze w Chicago. A może nie? Już mi się wszystko miesza. Kojarzę, że zapłacili mi jakieś 45 dolarów.

Na co wydałeś te pieniądze?

Na piwo (śmiech). Kupiłem wtedy browar dla całego zespołu i zrobiliśmy imprezę u mnie w domu, kiedy akurat rodzice wyjechali. To nie jest pouczająca historyjka z morałem. Bardzo mi przykro.

Jesteś bardzo pogodnym, radosnym człowiekiem. Łatwo się wzruszasz?

Bardzo! Wzruszam się nawet przy reklamach (śmiech). Serio, jest taka reklama kawy, która leci w telewizji już chyba od dwudziestu lat. Student college'u wraca do domu i jego młodsza siostra schodzi po schodach, mówi: "Wróciłeś, Danny", czy jak mu tam na imię, po czym razem robią kawę. A ja z jakiegoś powodu mam od razu łzy w oczach. Łatwo się rozczulam także podczas Bożego Narodzenia. Chyba jestem zbyt sentymentalny. Najbardziej oczywiście działają na mnie filmy. Pamiętam, kiedy oglądałem "Miasto gniewu". Jest tam straszna scena, kiedy pewna dziewczynka zostaje przypadkowo zastrzelona. Poczułem wtedy, jakbym dostał nokaut, jakby ktoś mnie rozsmarował na podłodze. Długo nie mogłem dojść do siebie. Jak widzisz, często ponoszą mnie emocje.

A czy coś Cię denerwuje?

Na ogół nie chowam w sobie negatywnych emocji, nie przepadam za tym. Często jednak przyłapuję się na tym, że irytują mnie tabloidy, żerujące na ludzkim nieszczęściu. Na cierpieniu i bólu. Ktoś przeżywa tragedię, a kto inny wchodzi w to z butami i sprzedaje jako atrakcyjną historyjkę. Czasem jeszcze dodatkowo przedstawiając wszystko niezgodnie z prawdą. Nie rozumiem tego i nie popieram. Współczuję ludziom, których brukowce wezmą na celownik. To musi być prawdziwy koszmar. Sam staram się unikać tabloidów, nie daję też zarobić paparazzim. To nie moja działka, trzymam się od tego z dala.

Ktoś kiedyś powiedział, że dobrą komedię o wiele trudniej nakręcić, niż dramat, w którym wszyscy umierają. Zgadzasz się z tym?

Powiem Ci tak: najtrudniej nakręcić komedię, w której wszyscy umierają. To się nazywa droga przez mękę.


[Yola Czaderska-Hayek]