Shia LaBeouf gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Po raz drugi spotkałeś się na planie z Megan Fox. Czy już jesteś w niej zakochany?

Shia LaBeouf: Nie mogę powiedzieć. To sekret.

Daj spokój! Chcesz powiedzieć, że nie podoba Ci się ta dziewczyna?

To nie o to chodzi. Oboje jesteśmy profesjonalistami. Poznaliśmy się na gruncie zawodowym, w pracy. Wolimy nie mieszać tego z prywatnością. To nie byłoby dobre dla żadnego z nas. Choć oczywiście skłamałbym, mówiąc, że Megan mi się nie podoba. To piękna, fantastyczna dziewczyna. I bardzo kochana. Uwielbiam ją. Dowcip w tym, że ona niezbyt lubi, gdy ktoś przesadza z komplementami. Od razu wyczuwa w tym sztuczność. Między nami na szczęście nie ma fałszu. Na planie często się sprzeczaliśmy, trochę na zasadzie: kto się czubi, ten się lubi. Po pierwszej części "Transformerów" mieliśmy bardzo niewielką przerwę, więc wyglądało to tak, jakbyśmy się w ogóle nie rozstawali. Muszę przyznać, że z wielką przyjemnością patrzę na to, jak Megan z nieznanej dziewczyny stała się wielką gwiazdą. Znakomicie sobie z tym radzi.

Jak się pracuje z osobą, z którą łączy Cię przyjaźń?

Z pewnością lepiej, niż z wrogiem (śmiech). Momentami dochodzi oczywiście do niezręcznych sytuacji. Na ekranie łączy nas więcej, niż w rzeczywistości, dlatego wszyscy oczekują, że poza planem też będziemy się mieli ku sobie. I są bardzo rozczarowani, kiedy się okazuje, że nic z tego. Jak już mówiłem, Megan i ja naprawdę bardzo się lubimy. Ale pewnych granic staramy się nie przekraczać, choćby dla własnego dobra. Oboje cały czas pamiętamy, że to tylko praca.

W drugiej części "Transformerów" pojawia się obok Ciebie nowa dziewczyna, Isabel Lucas. Jak odnalazła się w ekipie, w której wszyscy już się znali?

Na pewno nie miała łatwego zadania. Dla nas "Zemsta upadłych" oznaczała powrót do czegoś, co już z grubsza znaliśmy. Isabel natomiast została wrzucona na głęboką wodę. Wyobraź sobie, że przyjeżdżasz z Australii i wchodzisz na plan najpotężniejszego filmu na świecie. Naprawdę, nic nie przesadzam: pod względem rozmachu i poziomu realizacji nic nie jest w stanie przebić "Transformerów". To niesamowicie rozbudowana, olbrzymia maszyneria. Człowiek może się w pierwszej chwili poczuć totalnie przytłoczony samym widokiem tego kombinatu. Tymczasem Isabel poradziła sobie znakomicie. To śliczna, niesamowicie utalentowana dziewczyna. Bez problemu dołączyła do nas i, z tego, co widziałem, po jakimś czasie, miała równie wielki ubaw, jak my. A co najśmieszniejsze: to osobowość zupełnie innego typu, co Megan. Absolutne przeciwieństwo. Jest bardzo spokojna, wyważona, mniej przebojowa. Jakby trochę z innej bajki.

"Zemsta upadłych" to już piąty film, jaki nakręciłeś we współpracy ze Stevenem Spielbergiem. Jakie łączą Was relacje?

Ściśle zawodowe. On jest moim szefem, a ja dla niego pracuję. Nie ma między nami żadnej poufałości. Dla mnie to nie jest po prostu "Steven" czy "Steve", "Stevie" albo "Wielki S.". To Steven Spielberg. Nie zapominam o tym nigdy. Oczywiście dla aktora praca z nim to jak gra w koszykówkę z Michaelem Jordanem. Lepiej trafić po prostu nie można. Każda chwila spędzona w jego towarzystwie sprawia, że uczę się czegoś nowego, że dzięki niemu się rozwijam. Nie o każdym mógłbym coś takiego powiedzieć. Aha, co ważne, Spielberg zupełnie inaczej zachowuje się jako reżyser, a inaczej jako producent. To dwa różne światy. Na planie "Transformerów" trzymał się z dala, nie wtrącał się do pracy Michaela [Baya - Y. Cz.-H.], nie chciał w żaden sposób ograniczać jego wizji. Jednocześnie kręcił się na tyle blisko, żeby przyjść z pomocą w razie jakiejś katastrofy.

Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie ze Spielbergiem?

Tak, poznaliśmy się podczas realizacji filmu "Niepokój". To człowiek, który zdaje sobie sprawę z tego, jak jego obecność działa na ludzi. Wszyscy go podziwiają, ale za tym kryje się także obawa, co powiedzieć, jak się zachować, by nie wypaść na głupka przed największym reżyserem w Hollywood? Nie wiadomo, czy można z nim normalnie porozmawiać, czy nie. I jak mu zasugerować, że się z czymś nie zgadzamy? "Hm, wiesz, Steven, nie wydaje mi się, że to dobry pomysł" - czy ktokolwiek miałby odwagę odezwać się w ten sposób? Dlatego Spielberg stara się zachowywać zwyczajnie, żeby zmniejszyć dystans między nim a rozmówcą. Zapamiętałem na przykład jego uścisk dłoni. Ma to wyćwiczone do perfekcji: nie ściska ręki ani za mocno, żeby człowiek nie wył z bólu, ani za słabo. Po prostu w sam raz. To taki mały szczegół, ale utkwił mi jakoś w głowie.

Jak zareagowałeś, kiedy zaproponował Ci rolę w "Indianie Jonesie"?

Mało nie zemdlałem! Nie wiedziałem, co się dzieje. Myślałem, że umrę. Spielberg autentycznie się zaniepokoił: "Shia, nic ci nie jest?". A ja po prostu nie mogłem z siebie wydusić słowa. Rola w "Indianie Jonesie"! To jak sen, który się spełnił. Główna nagroda na loterii. Takie rzeczy się nie zdarzają. Uwielbiam cały cykl, a "Poszukiwacze zaginionej Arki" to jeden z najlepszych filmów, jakie w ogóle powstały. I nagle dołączam do tej wielkiej rodziny, to kręgu wtajemniczonych. Razem ze mną w pokoju po jednej stronie siedzi George Lucas, po drugiej - Steven Spielberg. To jest przeżycie nie do opisania.

Jak w takim razie wspominasz współpracę z Michaelem Bayem?

To zupełnie co innego. Spielberg jest jak superbohater: człowiek może go podziwiać, ale wie, że nigdy nie będzie taki, jak on. Michael z kolei jest dla mnie jak starszy brat. Wiele spraw postrzegamy podobnie, w innych rozumiemy się bez słów. Zanim zaczęliśmy kręcić "Transformerów", nasłuchałem się opowieści, jaki to z niego potwór, jak ciężko się z nim pracuje, jaki potrafi być niemiły dla aktorów. Prawda jest taka, że owszem, Michael potrafi rozkazywać jak generał w wojsku, ale jeżeli pojawia się jakiś problem, można spokojnie z nim wszystko przedyskutować. Poza tym "Transformers" to film, do którego potrzebny jest właśnie ktoś taki, jak Bay. Nie wyobrażam sobie, żeby realizacją takiego projektu zajął się jakiś twórca kina moralnego niepokoju. Jak by to wyglądało? Wyobraź sobie: zwisam z dachu budynku i staram się nie spaść, pode mną lata śmigłowiec, po czym podchodzi reżyser i mówi: "No dobrze, Shia, śmigłowiec sobie fruwa, kamera pracuje, a my tymczasem skoncentrujmy się na emocjonalnej historii twojej postaci. Co bohater przeżywa? O czym myśli? Jakie jest jego miejsce we wszechświecie?". Co mu odpowiesz? "Stary, wiszę na ścianie budynku, więc wyciągnij mnie stąd, ale już!". Do takiej sceny trzeba Baya. To człowiek, dla którego najważniejsze jest właśnie to "ale już!". U niego wszystko musi się dziać natychmiast, w tej chwili, w tej sekundzie. To chodząca adrenalina, wulkan energii. Możesz pojawić się na planie o szóstej rano, po czym niepotrzebna Ci kawa ani śniadanie. Wystarczy, że pojawi się Michael i już zasuwasz na najwyższych obrotach. Czasami zastanawiam się, skąd ten facet bierze na to wszystko siły. Na własne oczy widziałem, jak nadzorował jednocześnie pracę czternastu ekip! On chyba funkcjonuje w trybie nieustannego przyspieszenia, nie zwalnia nawet na chwilę. Ma to tę zaletę, że przy nim wszyscy od razu zaczynają pracować szybciej. Ten jego entuzjazm jest zaraźliwy.

Wkrótce zaczynasz pracę z Oliverem Stone'em...

Na razie jesteśmy na etapie prób ze scenariuszem. Zdjęcia zaczynam w sierpniu.

Czy film ma już gotowy tytuł?

Z tego, co wiem, przez cały czas zmieniają się pomysły. Słyszałem wersję: "Money Never Sleeps" ("Forsa nigdy nie zasypia"), ale nie wiem, czy się utrzyma. Wszyscy określają tę produkcję po prostu jako "Wall Street 2". Tak jest najprościej i chyba najlepiej.

Czy to bezpośrednia kontynuacja "Wall Street"?

Można tak powiedzieć. Na razie scenariusz, który dostałem, to wersja robocza. Oliver Stone przez cały czas go przerabia i nanosi poprawki. Bardzo możliwe, że kiedy zaczniemy zdjęcia, cały tekst będzie wyglądał inaczej. Na pewno powinny pojawić się odwołania do bieżącej sytuacji, do kryzysu. Wiem, że Oliverowi bardzo na tym zależy.

Który z jego filmów cenisz najbardziej?

O rany, ale pytanie! Niech pomyślę... "Urodzeni mordercy", "The Doors", "Nixon"... Uwielbiam filmy Olivera Stone'a i prawdę mówiąc, bardziej cieszy mnie samo to, że zagram u niego, niż scenariusz czy tematyka. A tak poza tym to najdziwniejszy, najbardziej oryginalny człowiek, jakiego w życiu spotkałem.

To znaczy?

Jest intelektualistą, prawdziwym geniuszem. Jedno z naszych pierwszych spotkań polegało na tym, że wciągnął mnie w dyskusję o "Iliadzie". Nie bardzo wiedziałem, jak zareagować. Zastanawiałem się: "Co ja tu robię? Przecież mieliśmy gadać o filmie". Oliver znakomicie potrafi wpływać na emocje. Powie Ci jedno słowo - i czujesz, jakby to był najlepszy dzień Twego życia. Powie następne - i już jesteś na skraju załamania. Zupełnie, jakby wciskał przyciski pilota. Panuje nad człowiekiem całkowicie. Dzięki temu na długo przed rozpoczęciem zdjęć wytwarza się specyficzna, niepowtarzalna relacja między reżyserem i aktorem. To się potem bardzo przydaje w pracy.



Spotkałeś się już z Michaelem Douglasem?

Jeszcze nie. Na razie tylko piszemy do siebie. Szanuję go bardzo, bo to przecież prawdziwa legenda, weteran w tej branży. A rola Gordona Gecko to jedna z najlepszych w jego karierze. Spotkamy się pewnie dopiero na planie. Mam nadzieję, że go nie rozczaruję.

W ciągu ostatnich dwóch lat Twoja kariera ruszyła ostro do przodu. Czy zmieniło się przez ten czas Twoje spojrzenie na Hollywood?

Na Hollywood - nie. Zmieniło się raczej moje spojrzenie na siebie. Przestało mi się już wydawać, że aktorstwo to jedne wielkie, nieustające wakacje, a zaczęło do mnie coraz bardziej docierać, że to po prostu praca. Kiedyś mówiłem sobie: "Pokręcę się tu rok czy dwa, a jeśli nie uda mi się nigdzie zaczepić, to po prostu poszukam innej roboty". Teraz oswajam się z myślą, że chyba jednak przez jakiś czas tu zostanę (śmiech). Nie mogę powiedzieć, żebym stracił złudzenia na temat realiów panujących w Hollywood. Przyjmuję raczej do wiadomości, jak to wszystko wygląda od kuchni i staram się jakoś odnaleźć. Ta profesja ma jasne i ciemne strony. Jasne, nie wszystko mi się podoba, ale przecież nikt mnie siłą nie trzyma. W każdej chwili mogę zmienić zawód. Skoro jednak tu jestem, to cześć rzeczy muszę po prostu zaakceptować. To moja decyzja i ja ponoszę wszystkie konsekwencje. Narzekanie i obarczanie winą innych nic nie da.

Nie zastanawiałeś się nigdy nad tym, czy granie w filmach nie odbiera Ci czegoś ważnego w życiu?

Może kiedy stuknie mi pięćdziesiątka, zacznę zadawać sobie takie pytania. Na razie mam 22 lata i na nic nie narzekam. Chyba trochę za wcześnie na refleksje. Czy rzeczywiście czegoś mi brakuje? Nie wiem, może studiów? Tylko, że w tym właśnie tkwi cała uroda tej sytuacji: jeśli będę miał ochotę kształcić się w jakiejś dziedzinie, to zapewni mi to moja praca. Żadne studia, żadne uniwersyteckie wykłady nie przekażą mi takiej wiedzy o pieniądzach i mechanizmach gry na giełdzie, co eksperci zatrudnieni przy produkcji Olivera Stone'a. Czyli nie dość, że mam okazję uczyć się od najlepszych nauczycieli, to jeszcze mi za to płacą. Żyć, nie umierać!


[Yola Czaderska-Hayek]