Judd Apatow gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Jest takie powiedzenie: "Nie robi się jaj z pogrzebu". Dodałabym do niego: "...i nie żartuje się z chorych na raka". Tymczasem Ty w swojej najnowszej komedii "Funny People" naruszyłeś to tabu.

Judd Apatow: Nieuleczalna choroba to oczywiście temat bardzo poważny. Znalazłem jednak sposób na to, by pokazać go w sposób zabawny: głównym bohaterem, który oswaja się z perspektywą nachodzącej śmierci, jest komik. Facet, którego praca to opowiadanie dowcipów. Zderzenie jego życiowej tragedii z profesjonalną śmiesznością pozwala łatwiej zaakceptować żarty z umierania. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że niektórym osobom mój film może wydać się kontrowersyjny czy wręcz obraźliwy. Chciałem więc zapewnić, że nie jestem pozbawiony uczuć. A na filmach wzruszam się tak samo, jak wszyscy. Uwielbiam "Czułe słówka".

Z filmów, jakie dotąd nakręciłeś, ten musiał stanowić największe wyzwanie.

To w ogóle jest wyzwanie, nakręcić film, który będzie zabawny od pierwszej do ostatniej sceny. Realizacja komedii to jedno z najcięższych zadań dla reżysera. Ale, co ciekawe, im trudniejszy temat, tym prościej rozbawić widzów. Ponieważ publiczność bardziej nastawia się na emocje. Dlatego uważam, że wyzwania pod wieloma względami ułatwiają pracę.

Podobnie jak bohaterowie "Funny People", występowałeś na scenie jako komik. Czy zawarłeś w filmie jakieś wątki autobiograficzne?

Najwyżej w paru scenach. Przyjechałem do Kalifornii z Nowego Jorku, mając siedemnaście lat. I zacząłem karierę na scenie. Wtedy właśnie poznałem Adama [Sandlera - Y. Cz.-H.]. Mieszkaliśmy razem przez jakieś dwa lata. Tak naprawdę jedyna osobista rzecz, jaką zawarłem w filmie, to moja fascynacja światem komików. Pamiętam, że w szkole nikt nie rozumiał, czemu tak bardzo podoba mi się Monty Python. Ludzie patrzyli na mnie jak na trochę szurniętego. Po czym, gdy przeprowadziłem się do Kalifornii, okazało się, że mieszka tu całe mnóstwo osób o guście podobnym do mojego. I choć było to dla mnie nowe środowisko, natychmiast poczułem się w nim jak w domu. To chyba tyle, jeśli chodzi o wątki autobiograficzne. Opowiadam w "Funny People" o sprawach, które dręczą mnie samego. Czemu ktoś pragnie być sławny? Czemu wybiera zawód komika? Jak bardzo porąbanym trzeba być, aby chcieć zostać wielką gwiazdą czy człowiekiem sukcesu? Często rozmawiam na ten temat z moim psychoanalitykiem (śmiech).

Czy scena, w której Adam Sandler wkręca kogoś przez telefon, jest prawdziwa, czy powstała dla potrzeb filmu?

Jest prawdziwa. Pochodzi właśnie z tamtych czasów, gdy mieszkaliśmy razem. Adam występował wtedy w MTV, prowadził też teleturniej "Remote Control". Dla wszystkich było jasne, że prędzej czy później zostanie wielką gwiazdą. Pytanie tylko, kiedy. Nawet kiedy nie miał w ogóle pieniędzy i własnego mieszkania, unosiła się wokół niego specyficzna aura. W tamtym okresie jednak nie pojawiały się propozycje pracy, Adama więc roznosiła energia. Uwielbiał żartować, robić ludziom dowcipy. Zaczął wkręcać ludzi przez telefon. Z początku ta zabawa niezbyt mi się podobała. Wydawała mi się strasznie dziecinna. Kiedy człowiek był mały, to było strasznie fajne, nabrać kogoś, udając dorosłego przez telefon. Ale kiedy już się samemu dorosło?... Nie kręciło mnie to, Adam jednak fantastycznie się bawił. I rzeczywiście wychodziło mu świetnie. Najpierw zacząłem nagrywać jego rozmowy na taśmę magnetofonową. Potem kupiłem kamerę i filmowałem go. Scena, którą widać w filmie, to jeden z autentycznych numerów Adama. A w pewnym momencie zza kadru słychać mój głos, kiedy zachęcam go, by zadzwonił do kogoś jeszcze. Mieliśmy wtedy chyba zbyt wiele wolnego czasu, z nudów wymyślaliśmy różne wygłupy.

Skąd bierze się u komików skłonność do humoru, powiedzmy delikatnie, kloacznego? Skąd obsesja na punkcie dowcipów o penisach?

Podejrzewam, że już w starożytnej Grecji ludzie opowiadali sobie dowcipy o penisach. Ba, nawet w jaskiniach faceci śmiali się ze swoich penisów (śmiech). Oczywiście możemy udawać, że nas to nie dotyczy, ale kiedy, dajmy na to, nasze dziecko głośno pierdnie, to jest to jedna z najśmieszniejszych rzeczy na świecie. Dla wielu osób sprawy związane z seksem czy wydalaniem to wciąż temat tabu, co mnie, nie ukrywam, bawi, bo są to przecież naturalne czynności, nie ma tu nic niezwykłego. Dlatego więc czasem staram się jechać po bandzie, prowokować, by uświadomić widzom, że tu naprawdę nie ma się czego wstydzić. A komicy z natury rzeczy mają obniżoną wrażliwość. Żyją z opowiadania dowcipów, robią to przez cały czas, dlatego też większość żartów ich już nie śmieszy. Żeby rozbawić komika trzeba opowiedzieć mu greps dziesięć razy wulgarniejszy niż normalny człowiek byłby w stanie strawić. Pamiętam, że kiedy montowaliśmy "Funny People", często zadawaliśmy sobie pytanie: czy w tym filmie nie jest za dużo sprośnych dowcipów? Odpowiedź mogła być tylko jedna: owszem, ale gdybyśmy chcieli pokazać na ekranie, jak w rzeczywistości wyglądają rozmowy komików, dialogi byłyby jeszcze ostrzejsze. Naprawdę!

A czemu komicy z reguły noszą takie brzydkie buty? Na przykład trampki do garnituru od Armaniego?

Hm, ciekawe. Nie zwróciłem dotąd na to uwagi. To się chyba bierze stąd, że większość ludzi sądzi, iż nikt nie zwraca uwagi na ich buty. Dlatego zakładają byle co. W przypadku komików w grę wchodzi coś jeszcze: większość ma nadwagę, a pracują przecież na stojąco. Dlatego wolą nosić wygodne trampki niż obciskające lakierki. I tej wersji będę się trzymał. (śmiech)

Ile prawdy jest w stereotypie, że komicy to w głębi duszy bardzo smutni ludzie?

Całkiem sporo. Tak naprawdę pytanie powinno brzmieć: "Czy ludzie, którzy nie są komikami, są równie nieszczęśliwi?". (śmiech) Coś jest z pewnością na rzeczy. Komik patrzy na świat bardzo nieufnie, z olbrzymią niepewnością. Rozśmieszanie innych stanowi jego mechanizm obronny, zwłaszcza podczas bezpośrednich kontaktów z ludźmi. Jeśli komik opowie Ci dowcip, a Ty się roześmiejesz, to pomyśli sobie: "Okej, w porządku. Skoro ona uważa, że jestem zabawny, to znaczy, że chyba mnie lubi". A potem, kiedy przychodzi sława, gwiazdorstwo i uwielbienie fanów, łatwo się w tym pogubić. Kiedyś mój psychoanalityk powiedział: "Ludzie sukcesu rzadko bywają normalni, powodzenie bowiem zawdzięczają temu, co w nich nienormalne". Trudno o lepsze podsumowanie tej profesji.

A kiedy już człowiek trafia na szczyt - co dalej?

Wtedy na przykład traci się kontakt z rzeczywistością. Z jednej strony wszystko, o czym się marzy, jest na wyciągnięcie ręki, ale z drugiej - człowiek żyje we własnym domu jak w olbrzymim więzieniu o zaostrzonym rygorze. Nie może normalnie pospacerować po ulicy ani pójść na kawę do Starbucks. Do tego jeszcze przez cały czas otaczają go ludzie, którzy żyją z jego pracy: asystenci, rzecznicy prasowi, sekretarze... Trzeba mieć naprawdę silną psychikę, żeby w tym wszystkim nie zwariować. Do pewnego stopnia o tym też opowiada mój film: pojawiają się w nim bohaterowie, których uwielbia cały świat, oni jednak nie mają pojęcia, jak sobie z tym poradzić. Nie wiedzą też, jak zbudować normalny związek z drugim człowiekiem. Pogubili się kompletnie.

W "Funny People" występują Twoje dwie córki, Maude i Iris. Jak udało Ci się namówić Maude do zaśpiewania piosenki z "Kotów"?

Moje córki uwielbiają plan filmowy. W ogóle nie czują się onieśmielone, widząc wokół tylu ludzi. Obie pojawiły się już we "Wpadce", pomyślałem jednak, że w "Funny People" napiszę kilka scen specjalnie dla nich i pozwolę dziewczynkom zagrać na serio. Młodsza córka, Iris, która ma sześć lat, po prostu odklepuje swój tekst i koniec. Za to bawi się świetnie. Z kolei Maude, która ma lat jedenaście, radzi sobie całkiem nieźle. Po lekcjach występuje w szkolnym teatrzyku i widać, że ma talent.

Myślisz o niej jako o przyszłej aktorce filmowej?

Nie, zresztą na razie nie pozwoliłbym jej zagrać u jakiegokolwiek innego reżysera. Maude nawet nie zdaje sobie sprawy, że gra w filmie dla dorosłych, o większości scen nie ma pojęcia. Dla niej w ogóle występ przed kamerą to nie jest jakaś wielka sprawa. Bardziej cieszy ją to, że raz na jakiś czas może spędzić mnóstwo czasu z Sethem [Rogenem - Y. Cz.-H.]. (śmiech) Uwielbia go. A jeśli chodzi o tę piosenkę z "Kotów"... Jak już mówiłem, Maude występuje w teatrzyku. Jakiś czas temu jej szkolny zespół wystawił na scenie "Koty". Maude musiała zaśpiewać jedną z piosenek. Była tak ambitna, że przy nas nie ćwiczyła w ogóle. Nie chciała, żebyśmy brali udział w przygotowaniach. Dopiero w dniu spektaklu zobaczyliśmy ją na scenie. Nagrałem jej występ zwyczajną kamerą wideo. Podczas pracy nad "Funny People" pomyślałem, że idealnie nadaje się do wykorzystania w filmie.

Jak wpadłeś na to, by do jednej z ról zaangażować Erica Banę? Nie przypuszczałabym, że to taki świetny aktor komediowy.

We "Wpadce" bohaterowie rozmawiali o tym, że kobiety zaczęły lecieć na Żydów po tym, jak Eric Bana skopał terrorystom tyłki w "Monachium". Kiedy więc rozpoczęła się praca nad "Funny People", pomyślałem sobie: a może by tak zaangażować go do roli męża Leslie? [Leslie Mann, prywatnie żona Judda Apatowa - Y. Cz.-H.] Potrzebny był mi charyzmatyczny, utalentowany aktor, który mógłby zagrać wbrew wizerunkowi. W całej historii chodzi bowiem o to, że Leslie opuszcza Adama, myśląc, że wreszcie znalazła idealnego faceta. Po czym stopniowo przekonuje się, że jej mąż jest takim samym palantem, jak ten, którego zostawiła: ma przerośnięte ego, oszukuje ją, zdradza... Eric był idealnym kandydatem. Wiedziałem, że potrafi być zabawny, ponieważ na YouTube znalazłem klipy z jego wczesnych lat, kiedy udzielał się jako komik na scenie. Naprawdę jestem zdziwiony, czemu do tej pory nikt nie zaangażował go w komedii. Tym lepiej dla mnie; przynajmniej obydwaj mogliśmy popracować nad czymś nietypowym, oryginalnym. Nie lubię rutyny, tego typu wyzwania to jedna z najfajniejszych stron mojego zawodu.

Skoro wspomniałeś o "Monachium", to nie mogę nie zapytać Cię o to, jak pracowało Ci się z Januszem Kamińskim.

Traf chciał, że producent "Funny People", Barry Mendel, zrealizował także "Monachium". I to on wpadł na pomysł, by zaangażować Janusza. Wiedzieliśmy, że Janusz ma akurat wolny czas, być może dlatego, że Spielberg akurat nie kręcił żadnego filmu. (śmiech) Nie sądzę, żeby kiedykolwiek był w stanie powiedzieć Spielbergowi: "Wiesz, Steven, teraz nie mam dla ciebie czasu, bo pracuję z Juddem". (śmiech) Zdawaliśmy sobie sprawę, że nadarza się niepowtarzalna okazja. Zaprosiliśmy Janusza do naszego biura. Streściłem mu całą historię, choć w tamtym momencie nie miałem jeszcze nawet scenariusza. Zgodził się - i wtedy praca mogła ruszyć do przodu. Janusz to prawdziwy człowiek Hollywoodu. Wspaniały artysta, do tego z niesamowitym poczuciem humoru. Bezbłędnie uchwycił nastrój tej opowieści. Znalazł sposób, by więcej przekazać z pomocą obrazu niż ja byłbym w stanie oddać z pomocą słów. Współpraca z nim to dla filmowca marzenie.

Nie obawiasz się, że David Beckham i Tom Cruise mogą dać Ci w zęby po tym, jak sobie z nich zażartowałeś w "Funny People"?

Nie. Mam nadzieję, że będą bawili się na filmie równie dobrze, jak pozostali widzowie.



[Yola Czaderska-Hayek]