Meryl Streep gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Jak wyglądała kuchnia amerykańska w czasach, gdy Julia Child pisała swoją książkę z przepisami? Czy rzeczywiście, jak mówią w filmie "Julie & Julia", jadło się wtedy głównie mięso i ziemniaki, czy też pojawiały się jakieś urozmaicone dania?

Meryl Streep: Pamiętam z dzieciństwa, jak mama powtarzała: "Obiad, którego nie robi się w dwadzieścia minut, nie liczy się" (śmiech). Miała w domu książkę kucharską pod tytułem "Nie znoszę gotować". Mogłaby się pod tym hasłem podpisać (śmiech). Gotowanie z pewnością nie było jej pasją. Dlatego też na naszym stole pojawiały się proste, niewymyślne dania. W dodatku najczęściej przyrządzone z przetworzonych produktów. W tamtych czasach nie było to niczym dziwnym: zamiast męczyć się z wyciskaniem soku z pomarańczy, szło się do sklepu i kupowało napój owocowy w butelce. Przypomina mi się, jak kiedyś, będąc jeszcze małym dzieckiem, odwiedziłam sąsiadów. Siedzieli w kuchni i ugniatali jakąś masę w kulki wielkości piłek tenisowych. Spytałam, co robią. Odpowiedzieli: "Purée ziemniaczane". A ja na to: "Przecież purée kupuje się w sklepie!". U nas w domu tak się właśnie robiło. Po czym w 1963 roku Julia Child pojawiła się ze swoimi przepisami i zmieniła całkowicie podejście Amerykanów do gotowania.

Na czym polegała ta rewolucja?

Już sam fakt, że kobieta prowadziła program w telewizji, był dość niezwykły. Dzisiaj, gdy na ekranie mamy Barbarę Walters czy Oprah Winfrey, być może trudno sobie to wyobrazić, ale w tamtych czasach telewizja zdominowana była przez mężczyzn. Kobiety rzadko pozwalały sobie na zawodową samodzielność. Nie chcę przez to powiedzieć, że były w jakiś sposób zniewolone, ale po prostu ówczesna obyczajowość spychała je nieco w cień. Julia stanowiła jeden z chlubnych wyjątków. Poza tym na ekranie była po prostu autentyczna. Nie miała wokół siebie sztabu ludzi, którzy pracowaliby nad jej wizerunkiem i analizowali wyniki oglądalności. Zaczęła występować, mając pięćdziesiąt lat, czyli jako osoba dojrzała, w pełni ukształtowana, z własnymi przemyśleniami i bagażem doświadczeń. Nie miała pojęcia, w co się ubrać, żeby dobrze wyglądać przed kamerą - zresztą przy swoim niebagatelnym wzroście zawsze miała problemy ze zdobyciem odpowiednich strojów; kostiumy szyto jej na zamówienie - ale za to potrafiła świetnie przekazywać wiedzę i zachęcać do samodzielnych eksperymentów. Była sobą, a nie jakimś medialnym tworem wykreowanym przez producenta. Widzowie z miejsca to wyczuli, dlatego obdarzyli ją sympatią.

Podczas realizacji filmu używaliście różnych trików, by widzowie odnieśli wrażenie, że jesteś tak samo wysoka, jak Julia Child. Jeśli nie liczyć charakteryzacji, jak przygotowywałaś się do tej roli?

Nie chodziło tylko o to, by fizycznie upodobnić się do Julii. Zresztą kiedy aktor gra postać rzeczywistą, doskonale znaną widzom, całkowita metamorfoza może okazać się niemożliwa. Istnieje wówczas inne rozwiązanie: wyobrazić sobie, co ta osoba musiała przeżywać w konkretnych sytuacjach, spróbować wmyśleć się w jej psychikę. A potem odzwierciedlić to mimiką, gestami. Widzowie przestają wówczas zwracać uwagę na wygląd. Koncentrują się na emocjach bohaterki, przeżywają je wraz z nią. W przypadku Julii Child motorem jej działań była radość życia. Ta kobieta po prostu uwielbiała swoje zajęcie. Łatwo było mi się z nią utożsamić.

Julia Child mówiła z fascynującym, odrobinę staroświeckim akcentem. Skąd on pochodzi?

To akcent ze wschodniego wybrzeża. W tamtych czasach świadczył o przynależności do odpowiedniej klasy, o towarzyskiej ogładzie. Pamiętam, że głos Katharine Hepburn brzmiał bardzo podobnie. Dziś rzeczywiście nikt już tak nie mówi, może ludzie z pokolenia naszych rodziców. Każde pokolenie ma swój, charakterystyczny sposób wymowy. Dawne formy zanikają. Zastanawiam się, jakiego typu akcent będą miały moje dzieci. A także wnuki kiedyś, w przyszłości.

Słyniesz z tego, że masz niezwykle czułe ucho do języków. Jak udało Ci się naśladować polski akcent w "Wyborze Zofii" ?

Przez dwa miesiące uczyłam się polskiego w szkole językowej Berlitz. Poznawałam brzmienie słów, głosek, ćwiczyłam ich wymowę. Moją nauczycielką była Polka, która posługiwała się pięknym, literackim językiem - właśnie takim, jakiego używała bohaterka "Wyboru Zofii". Nauka nie była trudna, głównie ze względu na to, że bardzo szybko przejmuję akcent osoby, z którą rozmawiam. Jestem pod tym względem jak kameleon, dopasowuję się do otoczenia. Robię to nieświadomie, to nie jest z mojej strony jakieś celowe działanie. Moje dzieci zawsze ze mnie żartują, ponieważ kiedy w domu dzwoni telefon, od razu wiadomo, czy rozmawiam z cudzoziemcem. Zaczynam mówić z jego akcentem. Nic na to nie poradzę, tak po prostu jest (śmiech).

Jestem ciekawa, czy w trakcie kręcenia filmu udało Ci się odkryć jakieś ciekawe przepisy Julii Child? Może miałaś je okazję wypróbować?

Niestety praca na planie jest bardzo czasochłonna, zajmuje około czternastu godzin dziennie. Kiedy wracam wieczorem do domu, nie mam siły nawet myśleć o gotowaniu. Po prostu padam na twarz. A przez ostatnie pięć lat kręciłam filmy niemal bez odpoczynku. Zdjęcia do "Julie & Julia" zaczęły się dwa tygodnie po zakończeniu "Wątpliwości" . A jeszcze wcześniej, przed "Wątpliwością" , występowałam w "Mamma Mia!" - przerwa na nabranie oddechu trwała może ze dwadzieścia sekund. Sama więc rozumiesz, że nie miałam wiele czasu na zabawę w kucharza. Na szczęście na planie "Julie & Julia" często odwiedzałam naszą firmową kuchenkę i pod pretekstem przygotowań do roli próbowałam coś ugotować według przepisów Julie. I nawet parę rzeczy mi wyszło! Nauczyłam się świetnie robić pieczonego kurczaka. Kiedyś moje dzieci po prostu jadły obiad i grzecznie dziękowały; teraz mówią: "Mamo, to było fantastyczne!". Wystarczyło parę sztuczek, o których wcześniej nie miałam pojęcia.

Czy mężowi smakuje to, co mu ugotujesz?

Jest kochany, smakuje mu wszystko. Nigdy nie narzeka! A kiedy coś mi nie wyjdzie, pociesza mnie i podtrzymuje na duchu. Choć najbardziej lubię, kiedy w takich sytuacjach mówi: "Skarbie, to jest naprawdę świetne" i je, aż mu się uszy trzęsą. Tego też nauczyłam się od Julii: nie usprawiedliwiać się, nie tłumaczyć, że obiad się nie udał. Przypalisz coś albo nie doprawisz? Nieważne, zamknij się i siedź cicho. Zawsze istnieje szansa, że nikt tego nie zauważy. A kiedy zaczniesz przepraszać, to masz jak w banku, że nikomu nie będzie smakować.

To prawda, że kucharzem trzeba się urodzić?

Nie mam pojęcia. Podobno Julia Child powiedziała kiedyś, że ludzie, którzy nie lubią jeść, to najwięksi nudziarze na świecie. Być może coś jest na rzeczy. Człowiek, który umie delektować się smakiem czy zapachem potraw, jest zapewne otwarty także na inne doznania zmysłowe. Aczkolwiek nie podejmuję się tego oceniać (śmiech). Znam wiele par, które nie wyglądają jak Angelina Jolie i Brad Pitt, a mimo to są szczęśliwe. Być może właśnie dlatego, że małżonkowie nie są wyłącznie wzrokowcami, zwracają też uwagę na inne rzeczy. Paul Child, mąż Julii, był w niej autentycznie zakochany, choć trudno ją uznać za piękność. Ale gdy zaczynała z entuzjazmem opowiadać o swoich kulinarnych odkryciach, w jego oczach przeobrażała się w najcudowniejszą kobietę na świecie. Stanley [Stanley Tucci - Y. Cz.-H.] fantastycznie to zagrał, widać to wyraźnie w filmie. Jak on na nią patrzył!

Rozumiem, że Ty nie należysz do ludzi, którzy nie lubią jeść?

Zdecydowanie! Jedną z najlepszych stron mojego zawodu stanowi okazja do podróży po świecie. Mogę wtedy poznać kuchnie z różnych krajów. Choć pod tym względem nie mogę równać się z Norą [Ephron - Y. Cz.-H.]. Nora zamawia wszystkie potrawy z menu i próbuje każdą po kawałku. Wybiera, porównuje, zastanawia się, co jej bardziej smakuje. Ja tak nie potrafię. Z reguły decyduję się na jedną rzecz i jem, dopóki nie pęknę. Kulinarne przygody z różnych egzotycznych zakątków to fantastyczna sprawa. Bardzo przyjemnie się je potem wspomina. Było ich całe mnóstwo - zbyt wiele, by opowiedzieć o wszystkich.

Skoro wspomniałaś o Norze Ephron , to nie mogę nie zapytać, jak przebiegała Wasza wspólna praca...

Znamy się od wielu lat. Nora to uosobienie nowojorskiego luzu, na planie nigdy się nie denerwuje. Co najważniejsze, zawsze pozwala aktorom na improwizację, na ingerencję w dialogi, by brzmiały naturalnie. Zdarza się, że w ogóle nie gramy według scenariusza. Kilka scen ze Stanleyem stworzyliśmy niemal od zera - Nora w kilku słowach powiedziała, na czym jej najbardziej zależy i dała nam wolną rękę. Jest niezwykle otwarta na nowe pomysły, o wiele bardziej niż większość znanych mi reżyserów. Zdaje sobie sprawę, że realizacja filmu to praca zespołowa, dlatego nie strzeże zazdrośnie swoich sekretów i dopuszcza nas do tajemnicy. Bardzo inteligentna kobieta. Bardzo chciałabym znów kiedyś zagrać u niej.

O czym jeszcze marzysz? Wydaje się, że osiągnęłaś już wszystko.

Jako nastolatka marzyłam o tym, by zostać księżniczką i wyjść za mąż za księcia Karola. Przyznałam mu się do tego, gdy kiedyś się spotkaliśmy. Przykro mi, że się nam nie udało (śmiech). Żartuję oczywiście. Mówiąc serio, pamiętam, że zawsze najbardziej zależało mi na tym, by mieć rodzinę. Zawód nie był ważny, wbrew pozorom nie pragnęłam wcale aż tak bardzo zostać aktorką. Tym bardziej że aktor, jak wiadomo, ciągle jest w podróży, ciągle pracuje i nie przywiązuje się do ludzi. Na szczęście zdążyłam się przekonać, że w rzeczywistości jest trochę inaczej. I bardzo się cieszę, że mam taką pracę. Chyba oszalałabym, siedząc w biurze przed komputerem przez 50 dni w roku. A o czym marzę teraz? Tak naprawdę o jednym: aby mieć więcej czasu dla swoich najbliższych. Tego mi najbardziej brakuje.

W czerwcu obchodziłaś okrągłe urodziny - mniejsza o to, które. Jak wyglądał ten dzień?

Niestety, nie tak, jak miał wyglądać. Zastrzegłam sobie w kontrakcie, że mam wtedy wolne. Niestety ściągnęli mnie wtedy do pracy. Nie muszę Ci mówić, w jakim byłam nastroju. Cud, że nikomu nie zrobiłam krzywdy. Wróciłam do domu o dziesiątej wieczorem. A tu czekała na mnie prawdziwa uczta! Pieczona wieprzowina z nadzieniem, buraczki, a do tego wielki, wielki tort z mnóstwem bitej śmietany i owoców. Czego tam nie było! Truskawki, maliny, jeżyny, borówki... Nie spodziewałam się tego. Na co dzień nie mogę zagonić swoich dzieciaków nawet do tego, by zaniosły naczynia do zmywarki, nie mówiąc już o gotowaniu. A tu nagle przyrządziły mi taką kolację! Naprawdę byłam wzruszona, to było fantastyczne.



[Yola Czaderska-Hayek]