Robert Pattinson gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Przed premierą drugiej części "Zmierzchu" głośno było od plotek: "Robert Pattinson i Kristen Stewart mają romans". Zawsze zakochujesz się w filmowych partnerkach?

Robert Pattinson: Trudno powiedzieć, nie było ich znowu tak wiele (śmiech). W ostatnim czasie brałem udział w jeszcze jednym filmie o miłości [chodzi o "Little Ashes" z 2008 roku; to historia młodzieńczej namiętności Salvadora Dalego i Federica Garcii Lorki - Y. Cz.-H.] i chyba rzeczywiście zakochałem się w tym facecie, który zagrał Lorcę [chodzi o Javiera Beltrana - Y. Cz.-H.]. Ale nic z tego nie wyszło. Za słabo mówił po angielsku (śmiech).

Jak pracowało Ci się z Kristen po raz drugi? Zaczęliście rozumieć się bez słów?

Bez słów może nie. Ale jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Z Kristen fantastycznie się pracuje. To urodzona profesjonalistka, a do tego świetnie się uzupełniamy. To bardzo ważne w przypadku takich produkcji, jak "Zmierzch". Te filmy oglądają miliony ludzi, dla których saga o Belli i Edwardzie jest niezmiernie ważna. Relacje pomiędzy parą głównych postaci muszą wypaść wiarygodnie, bez cienia sztuczności. Dzięki Kristen jest to możliwe. Jest między nami naturalna bliskość, ale od czasu do czasu lubimy czymś zaskoczyć siebie nawzajem.

"Księżyc w nowiu" wchodzi właśnie do kin, ale Ty już masz za sobą zdjęcia do "Zaćmienia". Uchylisz rąbka tajemnicy na temat tego filmu?

Każdą część nakręcił inny reżyser - i to widać! Chris [Weitz, twórca "Księżyca w nowiu" - Y. Cz.-H.] ma zupełnie inny charakter niż Catherine [Hardwicke, reżyser "Zmierzchu" - Y. Cz.-H.], z kolei David [Slade, twórca "Zaćmienia" - Y. C.-H.] stanowi całkowite przeciwieństwo Chrisa. Te różnice naprawdę widać na ekranie. "Zaćmienie" różni się pod wieloma wzlędami od poprzednich części. Są tu rozbudowane sekwencje pojedynków, nastrój też jest o wiele mroczniejszy. "Księżyc w nowiu" nakręciłem w kilka tygodni. W trzeciej części miałem dużo więcej do roboty.

Mam wrażenie, że zamieszkałeś już na planie "Zmierzchu".

Bo tak rzeczywiście jest (śmiech). A mówiąc serio, rzeczywiście non stop kręcę filmy. Nie mam nawet czasu, by odwiedzić rodziców w Anglii. Ostatni raz byłem w kraju w połowie stycznia. Pamiętam, że skończyłem wtedy drugi "Zmierzch", wcześniej jeszcze zagrałem w "Remember Me" i dostałem trzy albo cztery dni wolnego. Następnym razem zobaczę się z rodzicami na premierze "Zmierzchu" [wywiad powstał na kilka dni przed wejściem "Księżyca w nowiu" na ekrany - Y. Cz.-H.], a potem dopiero na Święta. Można zwariować! Zwłaszcza że zawsze uważałem się za Brytyjczyka. To pierwszy rok, gdy spędziłem tyle czasu poza krajem. Zastanawiam się, czy po tym wszystkim mam jeszcze prawo uważać Wielką Brytanię za swój dom.

Przyzwyczaiłeś się do Ameryki?

Sam nie wiem. Ale w Los Angeles czuję się bardzo dobrze. O wiele lepiej niż się spodziewałem.

Sprawiasz wrażenie, jakby popularność w ogóle nie miała na Ciebie wpływu.

Bo szczerze mówiąc, prawie w ogóle jej nie odczuwam. Bez przerwy jestem w pracy!

A nie boisz się tłumów fanek?

Tłumy to co innego. Ale na co dzień naprawdę trudno mi odczuć, jaki jestem sławny, ponieważ na planie filmowym nikt nie traktuje mnie jak wielką gwiazdę. Wstaję o piątej rano, kręcę zdjęcia, a potem wracam do domu i padam na łóżko. I tak w kółko. Dlatego nie bardzo potrafię rozmawiać na temat własnej popularności. Jedynym dowodem sławy, z jakim miałem bezpośredni kontakt, są naprawdę piękne łazienki hotelowe (śmiech). Człowiek, który podróżuje tyle, co ja, zawsze dostaje najlepszy apartament!

Ale nie może poruszać się swobodnie po mieście, bo zaraz opadną go fotografowie.

Na szczęście nie wszędzie. Najgorzej pod tym względem jest chyba w Los Angeles. Tutaj paparazzi naprawdę potrafią wejść wszędzie! Czują się absolutnie bezkarnie, wiedzą bowiem dobrze, że sporo gwiazd wychodzi na ulicę właśnie po to, by zrobiono im zdjęcia. A kiedy ktoś zaczyna ich unikać, czują się oszukani.

Musisz wymykać się z własnego domu bocznym wyjściem?

Nie, aż tak źle nie jest. Poza tym pamiętaj, że naprawdę większość czasu spędzam na planie. Rzadko mam okazję, żeby zrobić sobie wycieczki po mieście. Raz czy dwa zdarzyło się, że ktoś rozpoznał mnie na ulicy, ale okazało się, że to fani "Zmierzchu", więc porozmawialiśmy przez chwilę i było sympatycznie. Nigdy nie przydarzyło mi się nic nieprzyjemnego w związku ze sławą. Choć faktycznie czasami czuję się nieswojo, widząc napierający tłum.

Gdzie przyjmowano Cię najgłośniej?

W Meksyku. Wybraliśmy się tam z Kristen i Taylorem [Lautnerem, odtwórcą roli Jacoba - Y. Cz.-H.]. Fani krzyczeli tak głośno, że mało nie ogłuchliśmy. W Ameryce Południowej ludzie reagują bardzo entuzjastycznie.

Zachowujesz się dość niezwykle jak na gwiazdora. Nie masz asystentki, rzecznika prasowego…

To nie dla mnie. Nie lubię być otoczony sztabem ludzi. Kieruję się zasadą: im więcej człowiek ma doradców, tym więcej ludzi mówi mu, co ma robić. No i trzeba im wszystkim płacić (śmiech). Wiem, że to zabrzmi okropnie, ale większość ludzi, z którymi się stykam w tej branży, nie ma nic ciekawego do powiedzenia (śmiech). W Hollywood kwestia wypromowania własnego wizerunku to niezwykle istotna sprawa, mimo to w kontaktach z mediami kieruję się przede wszystkim własnym instynktem. Zdaję sobie sprawę, że w wywiadach nie można przesadzić ze skromnością, bo to w końcu zacznie ludzi irytować. Ktoś wreszcie zapyta: "Gdzie ten facet ma jaja?". Poczucie humoru to dobra rzecz, ale jeśli zacznę za bardzo z siebie żartować, widzowie stwierdzą: "Ten gość to idiota". Trzeba znaleźć magiczny złoty środek. Raz powiedzieć coś wesołego, a za chwilę wpaść w poważny ton. Wtedy jakoś się udaje.

Jak rodzice reaguje na Twoją popularność?

Na szczęście nie mają z nią w ogóle do czynienia. Poza tym w Anglii cała sprawa wygląda zupełnie inaczej, tam nie ma takiego szału. Moja siostra przeżyła szok, kiedy przyjechała do Ameryki, by mnie odwiedzić. Nie miała w ogóle pojęcia, że tyle tu o mnie piszą, zwłaszcza w plotkarskich magazynach. Dlatego w domu w ogóle na ten temat nie rozmawiamy. Staram się trzymać rodzinę z dala od tego, co tu się dzieje. Na szczęście nikt jak dotąd nie próbował ich nachodzić. Być może dlatego, że to tacy sympatyczni, dobrzy ludzie bez żadnych skandali w życiorysie. Nie ma o czym pisać, same nudy (śmiech).

Nie tęsknisz za anonimowością?

Kiedyś ktoś mnie zapytał, na czym tak naprawdę polega sława. Odparłem: na wolności wyboru. Gdy człowiek jest sławny, może robić co chce, wybierać takie role, jakie mu odpowiadają. Teraz zdążyłem się przekonać, że jest odwrotnie: człowiek ma ograniczone możliwości, bo wszyscy mu patrzą na ręce. Aktor, którego nikt nie zna, może grać w czym zechce, bo i tak nie ma nic do stracenia (śmiech). Gwiazdor musi bardzo uważać, by nie stracić popularności. Mimo to nie zamierzam pozwolić, by sława mnie ograniczała. W przyszłym roku kręcę western w Nowym Meksyku, gdzieś na kompletnym odludziu. W dodatku mój bohater nie mówi po angielsku. To rzecz tak odmienna od "Zmierzchu", jak tylko sobie można wyobrazić. I właśnie o to mi chodzi, bardzo się z tego cieszę.

Lubisz westerny?

Zawsze lubiłem. U nas w domu ojciec bez przerwy oglądał westerny. To chyba jedyne filmy, jakie w ogóle mu się podobały. Wychowałem się więc na opowieściach z kowbojami. Choć od klasycznych amerykańskich produkcji wolę spaghetti westerny.

A jakbyś miał za mało zajęć, niedługo zaczniesz także pracę nad nowym filmem, "Bel Ami" z Nicole Kidman.

Małe sprostowanie: Nicole Kidman nie zagra w tym filmie. Nie wiem jeszcze, kto ją zastąpi. Ale zdjęcia mają zacząć się w lutym przyszłego roku [dziś już wiadomo, że będzie to Uma Thurman - Y. Cz.H.].

To adaptacja powieści de Maupassanta, tak? [w Polsce książka znana jest pod tytułem "Piękny pan" - Y. Cz.-H.]

Zgadza się. Zaciekawiła mnie ta rola, choćby dlatego, że również krańcowo różni się od postaci Edwarda. Bohater "Zmierzchu" kieruje się przede wszystkim instynktem, pasją, emocjami, tymczasem Georges Duroy z "Pięknego pana" to kombinator, który myśli chłodno, kalkuluje i bez przerwy pnie się w górę po szczeblach kariery. Nie cofa się oczywiście przed brudnymi sztuczkami, żeby tylko osiągnąć swój cel. De Maupassant napisał powieść w XIX wieku, ale cała historia brzmi zaskakująco aktualnie. Bardzo chętnie zagram takiego antybohatera.

Nie przeszkadza Ci to, że media bez przerwy o Tobie mówią a fotografowie ciągle robią Ci zdjęcia?

Przyjmuję to ze spokojem, bo przecież nie mam na to wpływu. Zwłaszcza teraz, kiedy na punkcie "Zmierzchu" rozpętał się prawdziwy szał. Oczywiście staram się zachować do tego zamieszania zdrowy dystans i z pewnością nie mam zamiaru obnosić się ze swoją prywatnością. Odrobina tajemniczości nie zaszkodzi, bo jeśli widzowie uznają, że wiedzą o aktorze absolutnie wszystko, to natychmiast przestają się nim interesować.

Skoro wspomniałeś o szale na punkcie "Zmierzchu"... Co według Ciebie sprawia, że ten cykl jest taki popularny?

Nie wiem. Naprawdę! Wszyscy mnie o to pytają, a ja nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Nie wiem, czy w ogóle można jakoś racjonalnie wyjaśnić fenomen "Zmierzchu". Ten cykl ma w sobie coś nieuchwytnego, co sprawia, że widzowie i czytelnicy na całym świecie łatwo identyfikują się z bohaterami. Ale nie potrafię tego sensownie wytłumaczyć.

Nie jest tajemnicą, że książkowym i filmowym "Zmierzchem" zachwycają się głównie dziewczyny.

A co z chłopakami? Czy Twoim zdaniem mogą znaleźć tu dla siebie cokolwiek atrakcyjnego?
Często zadawałem sobie to pytanie. I doszedłem do wniosku, że właśnie dlatego z całego cyklu najbardziej lubię "Księżyc w nowiu", ponieważ ta część chyba najsilniej jest w stanie przemówić do chłopaków. To już nie jest opowieść o młodzieńczej miłości, tutaj pojawiają się problemy, jakie mogłyby zaistnieć w każdym związku. Mimo całej wampirycznej otoczki to niezwykle realistyczna historia, z którą identyfikować może się każdy, kto kiedykolwiek był w kimś zakochany. Bo cała sztuka polega na tym, że utrzymać czyjeś uczucie jest o wiele trudniej niż je zdobyć. Powiem szczerze, nigdy nie patrzyłem na "Zmierzch" jak na kino wyłącznie dla dziewczyn. To opowieść dla wszystkich. Na tej samej zasadzie nikt przecież nie nazwie "Przeminęło z wiatrem" babskim filmem, choć to też historia o miłości.

Wampiry to ostatnio szalenie popularny temat. Skąd nagle taka moda? Znak czasów?

Nie przypuszczam. Z tego, co udało mi się zaobserwować, filmy o wampirach pojawiają się stadami. Kiedy na ekrany wszedł pierwszy "Blade", chwilę później pojawiły się produkcje na podobny temat. Nie wiem, skąd bierze się ta fascynacja wampirami. Do niedawna nie miałem nawet pojęcia, że istnieje oddzielna subkultura ludzi, którzy oglądają wyłącznie filmy o wampirach. Mam wrażenie, że w przypadku "Zmierzchu" zainteresowanie bierze się między innymi stąd, że zarówno książki, jak i film, zarobiły mnóstwo pieniędzy (śmiech). I to nie przypadek, że po sukcesie tego cyklu na rynku nagle pojawiło się mnóstwo powieści, filmów i seriali, które do złudzenia przypominają "Zmierzch". Niektóre książki nawet mają identyczną czcionkę na okładce! (śmiech)

Czemu wampiry nakładają sobie tyle makijażu?

Żeby nikt nie widział, jak wyglądają naprawdę (śmiech). Dziewczyny mają oczywiście łatwiej pod tym względem. Faceci trochę gorzej. Puder i tusz do rzęs nie wyglądają jednak naturalnie (śmiech). A tak naprawdę nie mam pojęcia, czemu tak się dzieje. Po prostu wampiry, jak to wampiry, muszą mieć bladą cerę, a makijaż ją tylko podkreśla. Taka tradycja.


[Yola Czaderska-Hayek]