Hugh Laurie gościem Yoli



Od kilku lat mieszkasz w Ameryce. Zadomowiłeś się już?

Hugh Laurie: Nie. Jestem Brytyjczykiem z krwi i kości. Raczej nie grozi mi przemiana w Amerykanina. Co więcej, przez cały czas przyłapuję się na tym, że odruchowo staram się jeździć lewą stroną ulicy. W samochodzie przynajmniej kierownica jest po drugiej stronie, więc trudno się pomylić. Ale kiedy wsiadam na motocykl, można się w pewnym momencie zagapić. Bywa to kłopotliwe.

Nie myślisz o powrocie do Europy?

Być może za jakiś czas. Dostaję propozycje od różnych reżyserów, ale nie wyobrażam sobie, żebym w tej chwili nagle rzucił wszystko i przestał grać House'a. To dla mnie nie tylko przyjemność, ale i źródło utrzymania. Gram tę postać już od sześciu lat, mało który aktor ma w życiu tyle szczęścia. Nie tak dawno słyszałem w radiu rozmowę, z której wynikało, że przeciętny okres zatrudnienia w banku czy firmie ubezpieczeniowej wynosi trzy i pół roku. Trzy i pół roku! Kiedy zaczynałem karierę, do pracy w banku szło się z myślą, że człowiek spędzi w tej instytucji czterdzieści lat, aktorstwo zaś związane było z wielkim ryzykiem. Teraz wszystko się pozmieniało. Aktor ma stabilniejsze zajęcie niż urzędnik z firmy ubezpieczeniowej. Nie chce się wierzyć, ale tak to wygląda. Oczywiście mam świadomość, że serial kiedyś dobiegnie końca i trzeba będzie poszukać sobie innego źródła zarobku. Nic, co dobre, nie trwa wiecznie.

Czy rola doktora House'a czegoś Cię nauczyła?

Tylko jednego: jak sprawiać wrażenie mądrzejszego niż jestem (śmiech). Niestety to tylko iluzja. Jestem raczej odporny na wiedzę medyczną (śmiech). Ale na tym właśnie polega cała magia zawodu aktora: staramy się, by ludzie wierzyli, że jesteśmy lepsi niż w rzeczywistości. Prezentujemy widzom udoskonalone wersje samych siebie. Poniekąd sami też staramy się dążyć do tego ideału, ale nie zawsze się udaje. Jeśli więc czegokolwiek nauczyłem się od House'a, to głównie tego, że nie jestem wystarczająco bystry, aby zostać lekarzem (śmiech).

Nie obawiasz się, że zaczniesz upodabniać się do House'a?

Raczej nie. Przede wszystkim bardzo lubię tę postać. House jest zabawny, piekielnie inteligentny i fascynujący. Choć oczywiście ten jego pesymizm i trudny charakter mogą dać się we znaki. Czasami mam już dość jego trudnego charakteru i nieustannego użerania się z ludźmi. Do tego jeszcze House niemal bez przerwy ma do czynienia z chorobami, bólem i śmiercią. Mało kto zachowałby zdrowie psychiczne przy takiej pracy. Dlatego są takie chwile, kiedy mam ochotę uciec gdzieś daleko i zająć się czymś zupełnie innym. Na przykład wystąpić w jakimś lekkim, pogodnym musicalu. Gershwin byłby idealny.

Muzyka pomaga Ci oderwać się od House'a?

O tak, bardzo. Rzecz w tym, że nie jestem pewien, czy rzeczywiście chcę odrywać się od tej postaci. Jak już mówiłem, House mnie fascynuje. I bardzo, bardzo go lubię. Uwielbiam grać tego wiecznego ponuraka. Może dlatego, że sam często bywam ponury. Pasujemy do siebie, on i ja.

Masz jakieś inne sposoby na odprężenie?

Jasne. Codziennie powtarzam sobie, że chciałbym, aby był pokój na świecie (śmiech). A mówiąc serio, w weekendy ćwiczę boks i to mi pomaga oczyścić głowę. Nie zawsze oczywiście, bo kiedy zarobię cios między oczy, to różnie bywa z tym oczyszczaniem (śmiech). Ale to naprawdę pomaga. Boks przypomina grę w szachy, tylko rozgrywaną tysiąc razy szybciej. Na ringu błyskawicznie zapomina się o serialu, o całej pracy na planie, o wszystkich problemach. Czas płynie zupełnie inaczej. Trzy minuty ciągną się w nieskończoność. Pod koniec wydaje się, że wskazówki zegara stoją w miejscu. A po meczu człowiek wraca do domu jak nowy.

O ile wiem, grasz też na fortepianie. Czy kiedy schodzisz z ringu, nie masz potem problemów przy klawiaturze?

Oj, tak. Niestety. Czasami, kiedy gram, czuję w dłoniach niesamowity ból. Wszystko przez to, że chwilę wcześniej tłukłem po twarzy jakiegoś faceta (śmiech). Boks i gra na fortepianie to kiepskie połączenie. Muszę na siebie bardziej uważać. Taki jestem delikatny (śmiech).

A telewizja? Masz w ogóle czas na oglądanie czegokolwiek?

Oglądam "The Daily Show" z Jonem Stewartem. Jestem od tego programu uzależniony. Uważam, że Jon Stewart to najwspanialszy Amerykanin naszych czasów. Poza tym lubię serial "Family Guy". Rzadko oglądam inne produkcje, głównie dlatego, że za bardzo koncentruję się na sprawach technicznych. Kiedy na ekranie kamera zbliża się do aktora, to ja, zamiast obserwować to jak zwyczajny widz, od razu myślę o tych wszystkich szynach i wysięgnikach na planie. Mam spaczone spojrzenie, nie potrafię już normalnie oglądać seriali.

Jak Ci idzie pisanie? Kiedy druga książka?

Nie mam pojęcia. Pisanie idzie mi bardzo, bardzo powoli. Aż wstyd się przyznać. Gdybym pisał w takim tempie, w jakim wziąłem od wydawcy zaliczkę, byłoby świetnie (śmiech). Niestety. Po prostu nieustannie brakuje mi czasu. Potrzebuję co najmniej kilku godzin, żeby usiąść, przemyśleć parę spraw i dopiero potem wziąć się do pracy. Może inni są w stanie pisać w czasie przerwy na kawę, nie wiem, ale mi potrzeba czasu. Mój mózg jest jak olbrzymi tankowiec, rozpędza się bardzo długo. Czasem przez cztery czy pięć godzin siedzę nad pustą kartką, po czym dopiero potem mogę cokolwiek z siebie wykrzesać. Mam nadzieję, że wydawca mnie nie rozszarpie. Na pociechę zawsze mogę powiedzieć, że co prawda "Dr House" nie pozwala mi napisać drugiej książki, ale za to dzięki temu serialowi pierwsza powieść sprzedaje się lepiej niż kiedykolwiek.

Czy kiedykolwiek ktoś prosił Cię o to, byś wystawił diagnozę medyczną, opierając się na wiedzy wyniesionej z serialu?

Nigdy nie miałem zapędów w tym kierunku. Gdybym znalazł się w takiej sytuacji, natychmiast odmówiłbym. Mówiłem już, że nie nadaję się na lekarza. Taka diagnoza nie byłaby nic warta, mogłaby natomiast zagrozić czyjemuś życiu. Nie mam pamięci do tych wszystkich terminów i procedur medycznych. Uczę się tekstu na pamięć, a po odegraniu sceny wszystko od razu wylatuje mi z głowy. Więc nie należy się zwracać do mnie o pomoc podczas operacji na otwartym sercu. Mamy na planie konsultantów, dyplomowanych lekarzy, którzy wyjaśniają nam zawiłości niektórych chorób i metod leczenia. Oni sami mają czasem wątpliwości, co powinno się zrobić w danej sytuacji. Niektóre nazwy są tak skomplikowane, że przez długi czas musimy uczyć się ich wymowy, żeby brzmiała naturalnie. Czasem się boję, że ktoś z telewidzów przyłapie nas na jakimś błędzie, ale słownik terminów medycznych to rzecz znana naprawdę nielicznym. Miałem w ręku kilka numerów magazynu "New England Journal of Medicine" i na każdej stronie znajdowało się od pięćdziesięciu do stu słów, które widziałem po raz pierwszy w życiu. Nawet nie miałem pojęcia, że takie rzeczy istnieją na świecie.

Skoro wspomniałeś o wymowie, to muszę Cię pochwalić za doskonały amerykański akcent.

Dziękuję, choć to pochwała mocno na wyrost. Amerykański akcent nadal sprawia mi trudności. Są dni, kiedy wychodzi mi lepiej, są dni, kiedy idzie gorzej. Nadal nie mam pojęcia, od czego to zależy: czy jadłem banana na śniadanie, czy mam na sobie coś niebieskiego... To jest loteria. Chyba nigdy się nie dowiem, z czego wynika ta sprawa z akcentem.

Czy masz jakiś wpływ na rozwój serialu? Podsuwasz pomysły producentom?

Przykro mi niszczyć Twoje nadzieje, ale nie. Pracujemy w takim tempie, że nie mam czasu zastanawiać się nad tym, co będzie w następnych odcinkach. Owszem, czasem zdarza mi się znaleźć w gazecie informację o jakimś ciekawym przypadku medycznym i rozmawiam na ten temat z realizatorami. Oni z kolei bardzo uprzejmie mnie spławiają, mówiąc: "Dobrze, pomyślimy o tym" i na tym temat się kończy. Ostatnio na przykład dowiedziałem się, że naukowcy z Nowego Jorku odkryli, że szczury z urazami kręgosłupa - strasznie to brzmi, prawda? - pod działaniem jadalnego błękitnego barwnika, jaki występuje na przykład w M&M'sach, zmieniają kolor na błękitny. I nie wiadomo dlaczego! Nikt nie wie, który składnik wywołuje taką reakcję. To by ciekawie wyglądało na ekranie! Pokazać pacjenta, który robi się niebieski na twarzy. O ile wiem, nikt nie robił podobnych eksperymentów na ludziach, ale House pewnie nie miałby oporów (śmiech). Jak już mówiłem, czasami podrzucam realizatorom takie ciekawostki, ale na co dzień po prostu gram według scenariusza. Na ogół jest tak świetnie napisany, że nie uważam, by trzeba go było na siłę poprawiać.

Jak oceniasz "House'a" w porównaniu z innymi serialami medycznymi?

Ten serial od innych odróżnia przede wszystkim to, że poświęcony jest przede wszystkim jednemu lekarzowi, co widać już w samym tytule. Seriale medyczne na ogół opowiadają o pracy zespołowej, o relacjach między członkami grupy. Dzięki temu twórcy mogą dowolnie ustawiać różne elementy, wymieniać obsadę. Tymczasem bez House'a nie ma "Doktora House'a". Pamiętam, że kiedy przyjmowałem tę rolę, bardzo nie podobał mi się tytuł. Wydawało mi się nawet, że House będzie postacią drugoplanową; nie sądziłem, że cały serial może być osnuty wokół tak antypatycznego osobnika. Sugerowałem, że można zamiast nazwiska bohatera dać nazwę szpitala, w którym rozgrywa się akcja czy coś podobnego. Ale trafiła mi do przekonania interpretacja, że "House" to w istocie serial nie tyle medyczny, co raczej kryminalny, jak "Columbo" czy "Kojak". Bohater występuje jako detektyw, który usiłuje odnaleźć sprawcę zbrodni, opierając się na rozmaitych wskazówkach i przesłankach. Tyle, że oczywiście tutaj przestępcą jest wirus, który ukrywa się w organizmie pacjenta. Wydaje mi się, że ten motyw lekarskiego śledztwa znacznie wpłynął na popularność serialu.

Jak wyglądają Twoje relacje z lekarzami? Boisz się chodzić do szpitala?

Nie. Po pierwsze, do szpitala chodzę raczej rzadko, bo na szczęście nie mam kłopotów ze zdrowiem. Po drugie, mój ojciec był lekarzem, więc opiekę medyczną miałem zawsze w domu. Dzięki temu również wszystkich lekarzy darzę olbrzymim szacunkiem. Ojciec wpoił mi przekonanie, że medycyna ratuje życie. Nie mam zaufania do tych wszystkich alternatywnych praktyk, o jakich coraz częściej słychać w ostatnich latach. Moja recepta jest prosta: jeśli źle się czujesz, to idź do lekarza, a nie licz na to, że pomogą ci jakieś zaklęcia.

Czy potrafisz wytłumaczyć, jak to się dzieje, że widzowie coraz bardziej lubią House'a mimo wszystkich jego wad?

Nie chciałbym się wdawać w jakieś głębokie analizy. Prawda jest bowiem taka, że powody olbrzymiego sukcesu tego serialu są dla nas wciąż wielką niewiadomą. Dlatego, jak sądzę, twórcy wolą zdać się na intuicję, a nie stosować się do jakiejś sprawdzonej formuły. Wydaje mi się - ale podkreślam, że to tylko moja teoria - że młodsi widzowie lubią House'a, ponieważ to buntownik, łamie reguły i stawia opór przełożonym. Starszym natomiast podoba się jego niepokorne nastawienie do świata współczesnej poprawności politycznej, gdzie trzeba uważać, co się mówi, żeby nikogo nie urazić. House źle się czuje w tych realiach, jest reliktem minionych czasów. Dlatego niektórzy mogą się z nim identyfikować.

Jak na relikt zadziwiająco dobrze się trzyma.

To zależy od tego, co wymyślą scenarzyści. Naprawdę nie mam pojęcia, na czym polega sekret popularności "Doktora House'a". I chyba nie chcę tego wiedzieć. Jeśli pozna się rozwiązanie, cała zagadka błyskawicznie straci urok. I wtedy serial się skończy.


[Yola Czaderska-Hayek]