Robert Downey Jr. gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Czy jesteś równie dobrym detektywem, jak Sherlock Holmes?

Robert Downey Jr.: W ogóle nie nadaję się na detektywa. Brakuje mi podstawowej cechy: spostrzegawczości. Wyobraź sobie, że w tej chwili obok nas przechodzi jakiś facet. Patrzymy na niego oboje. Po czym pięć minut później pytasz mnie, jakiego koloru miał ubranie. Od razu mówię: poddaję się! Nie mam w ogóle pamięci do takich rzeczy, nie zwracam uwagi na drobiazgi. Co innego moja żona - często jej mówię, że powinna pracować w policji. Byłaby świetnym detektywem! (śmiech)

Naprawdę nie ma w Tobie nic z Sherlocka?

Tego nie powiedziałem! Z Sherlockiem łączy mnie chociażby to, że jestem mądrzejszy od innych (śmiech) i przez to często mam kłopoty. I z reguły zawsze mam rację (śmiech).

Nowa wersja przygód Sherlocka Holmesa zrywa z wizerunkiem detektywa-dżentelmena. Jakie były Twoje wrażenia, gdy po raz pierwszy usłyszałeś o projekcie Guya Ritchiego ?

Z jednej strony byłem bardzo zainteresowany, z drugiej - pełen obaw. Nie chciałem, aby wyszła z tego druga "Obsesja Sherlocka Holmesa" [komedia z 1976 roku, w której Freud leczy Holmesa z uzależnienia od narkotyków - Y. Cz.-H.]. Bardzo łatwo jest nakręcić parodię, która ośmieszy różne nawyki Sherlocka, tylko pytanie brzmi: po co? Gdyby ten projekt podążał w takim właśnie kierunku, nie przyjąłbym roli. Dla mnie, nie tylko jako aktora, ale też jako zwyczajnego faceta, który lubi chodzić do kina, nowoczesny film o Holmesie powinien być nie tylko dynamiczny i zabawny, ale także inteligentny. Powinien też pokazywać Holmesa od nieznanej dotychczas strony.

No właśnie, nie obawiałeś się, że widzowie nie zaakceptują nowego Sherlocka?

Nie ma ryzyka, nie ma zabawy (śmiech). Oczywiście, że dla widzów Sherlock to coś więcej niż bohater filmowy. To archetyp utrwalony w świadomości. Obawiałem się trochę tej roli, powtarzałem sobie: "Stary, masz zagrać Sherlocka Holmesa! Czy na pewno wiesz, co robisz?". Ale za nic na świecie nie chciałem, żeby "mój" Sherlock był kopią wszystkich poprzednich wizerunków. Musiał być oryginalny, inaczej bowiem w ogóle kręcenie tego filmu nie miałoby sensu. O ile grając Tony'ego Starka w "Iron Manie", mogłem na dobrą sprawę po prostu być sobą, o tyle tutaj trzeba było całkowicie wejść w skórę postaci i stworzyć ją praktycznie od nowa. Dodatkowym wyzwaniem było obarczenie Holmesa sprawą z pogranicza zjawisk nadprzyrodzonych. Mistrz dedukcji ma do czynienia z wydarzeniami, które jego analityczny umysł z założenia odrzuca. I do samego końca nie wiadomo, czy wszystko, co się wokół niego dzieje, jest olbrzymią mistyfikacją, czy też jego przeciwnik naprawdę powrócił z zaświatów. Jeśli mnie pamięć nie myli, to właśnie Sherlock powiedział, że kiedy odrzucimy wszystkie inne hipotezy, to ta, która pozostaje, choćby najbardziej nieprawdopodobna, musi być prawdziwa.

O ile wiem, jesteś fanem komiksów o Iron Manie. Zaraziłeś tą pasją syna?

On chyba woli Sherlocka Holmesa (śmiech). Choć oczywiście nie da się przecenić wpływu, jaki "Iron Man" wywarł na życie naszej rodziny. Po tym filmie bardzo wiele zmieniło się w moim życiu. Do dziś niektórzy nie mogą się nadziwić, jak to się stało, że jakaś głupia bajka o facecie, który lata w metalowej zbroi, narobiła tyle szumu. Są ludzie, którzy uważają "Iron Mana" za absolutne dno i uważają, że zhańbiłem się jako aktor, grając w czymś takim. Tymczasem dla mnie rola Starka była zadaniem, które potraktowałem bardzo poważnie. I uważam, że nie mam się czego wstydzić. Dobre kino rozrywkowe wbrew pozorom bardzo trudno zrealizować. A stworzyć rolę z materiału, który wydaje się płaski i nieciekawy, to spore wyzwanie. Cieszę się, że Tony Stark spodobał się widzom. Ja też go lubię.

Twoja kariera nabrała niesamowitego rozpędu w ostatnich latach. "Iron Man", "Tropic Thunder", "Solista", teraz "Sherlock Holmes"... Sprawiasz wrażenie kameleona, który z jednakową łatwością potrafi zagrać wszystko!

Dlatego właśnie tak lubię ten zawód. Pozwala mi na różne eksperymenty, dzięki czemu się nie nudzę. W ostatnim czasie rzeczywiście wszystko toczy się trochę szybciej, trochę na zasadzie "Kuj żelazo, póki gorące", ale w gruncie rzeczy nadal chodzi o to samo: kiedy dostaję scenariusz i jakiś wewnętrzny głos mówi mi: "To jest to", potrafię z miejsca zaangażować się w projekt. I wtedy jestem w stanie znieść wszystkie niewygody, nawet kiedy muszę przez cały dzień paradować w uciążliwej charakteryzacji. Tak było na przykład z "Tropic Thunder": najpierw zadziałał instynkt, a potem trzeba było mordować się w przebraniu. Ale nie żałuję! "Iron Man" to w ogóle osobny rozdział - film zaczął żyć własnym życiem i zyskał nawet większą popularność niż się spodziewaliśmy. O takim sukcesie człowiek może tylko pomarzyć, dla mnie był to niesamowity kopniak w górę. "Sherlock Holmes" zaś to z jednej strony zabawa, z drugiej - możliwość rozwoju, kreowania postaci. No i spory wysiłek, bo przecież wszystkie sceny bijatyk trzeba było nakręcić samemu.

Czy to prawda, że któregoś dnia pobiliście się na planie z Guyem Ritchiem?

Owszem, ale to nie była poważna bijatyka. Robiliśmy próbę przed jedną ze scen walki, no i trochę nas poniosło. Guy ćwiczy karate i jiu-jitsu, ja też znam się troszeczkę na różnych stylach, więc całkiem spontanicznie stoczyliśmy mały pojedynek. Ale to była tylko zabawa, na co dzień pracowało nam się normalnie. Nie musieliśmy się bić.

A jak wspominasz współpracę z Jude'em Lawem ? Na ekranie sprawiacie wrażenie idealnej pary.

Najtrudniejsze zadanie, jakie stanęło przed realizatorami "Holmesa", polegało na znalezieniu odpowiedniego odtwórcy roli Watsona. Dla mnie Conan Doyle i Watson to jedna i ta sama osoba. Bo tak naprawdę to Watson opowiada czytelnikom o przygodach Sherlocka i to on jest w centrum wydarzeń. Mimo to trzeba było cały czas pamiętać, że film nosi tytuł "Sherlock Holmes", nie można więc było dopuścić do tego, by na ekranie Watson wysunął się na plan pierwszy. Należało znaleźć idealną równowagę, aby widzowie od pierwszej sceny odnieśli wrażenie, że obydwaj bohaterowie znają się doskonale od lat i są starymi przyjaciółmi. Pamiętam, że kiedy spotkałem Jude'a po raz pierwszy - wtedy nawet jeszcze nie było do końca wiadomo, czy zagra w tym filmie - od razu się polubiliśmy. Jude ma bowiem cechę, która bardzo mi się podoba: swoją pracę traktuje bardzo poważnie, a siebie samego już niekoniecznie. Natychmiast zaczęliśmy rozmawiać na temat relacji łączących Holmesa i Watsona. Dzięki temu, że łatwo nam było się dogadać, bez problemu mogliśmy zagrać duet detektywów. Wspólne sceny odgrywaliśmy całkowicie na luzie, czasami improwizując. I czasami trzeba było robić duble, bo nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu. Na dodatek Jude podczas realizacji "Holmesa" przygotowywał się jednocześnie do roli Hamleta w londyńskim teatrze. Jestem dla niego pełen podziwu. Nie mam pojęcia, jak potrafił pogodzić obydwie rzeczy ze sobą. Czapki z głów. Zaimponował mi.

Którą ze scen "Sherlocka Holmesa" lubisz najbardziej?

Nie potrafię powiedzieć. Naprawdę. Mogę co najwyżej wskazać tę, która sprawiła mi najwięcej trudności. To scena, w której Holmes zostaje przywieziony do siedziby tajnego stowarzyszenia i wyjaśnia, że nie trzeba było zawiązywać mu oczu, ponieważ i tak świetnie wydedukował, gdzie się znajduje. W jego przypadku to nic wyjątkowego, wiadomo, że nie takie zagadki już rozwiązywał. Dlatego zależało mi, by ta scena zyskała dodatkowy wydźwięk. Sherlock na ogół nie ma wielu okazji do zabawy: przyjaciel go opuszcza, bo chce się żenić, a jedyna dziewczyna, jaka mu się podoba, przy pierwszej okazji próbuje go otruć. Dlatego w sytuacji, gdy można zabłysnąć przed widownią, ma z tego radość. I złośliwą satysfakcję. Bo może pokazać tym wszystkim wpływowym ludziom, że nad nimi góruje. Problem polegał na tym, że akurat tego dnia, gdy kręciliśmy tę scenę, byłem z jakiegoś powodu potwornie wkurzony. Nawet nie pamiętam, co mnie tak zdenerwowało. Wiem tylko, że zrobiłem się strasznie upierdliwy. I w tym momencie odegranie zadowolonego z siebie, uśmiechniętego Holmesa było dla mnie wyjątkowo trudne. Ale potem na szczęście podły nastrój mi przeszedł. Chyba udzieliła mi się wredna radość Sherlocka. I dzięki temu dzień się skończył w miarę spokojnie.

Nie miałeś problemów z brytyjskim akcentem?

Nie mówiłem przecież cały czas jak Brytyjczyk. Życie jest zbyt krótkie, by przez cały czas udawać postać, którą się gra. Potrzebna jest przerwa na nabranie odpowiedniego dystansu. Niektórzy nawet podczas przerw nie wychodzą z roli - ja oczywiście nie zamierzam tego krytykować, bo każdy pracuje tak, jak mu pasuje najlepiej. Moje metoda jest jednak inna: kiedy pracuję, to pracuję. A kiedy nie pracuję, to nie pracuję. Kiedy mamy przerwy między kolejnymi ujęciami, nie pracuję, chyba że akurat pracuję między ujęciami (śmiech). Czyli przez cały czas.

Wyobrażasz sobie życie bez pracy?

Absolutnie nie! Od razu bym zbankrutował.

A co robisz, kiedy naprawdę nie pracujesz?

Piorę brudne pieniądze (śmiech). O proszę, od razu masz gotowy tytuł do wywiadu, nie?

A poważnie?

Siedzę w domu. Naprawdę. Spędzam w domu mnóstwo czasu. Nic szczególnego poza tym.

Jesteś już na takim etapie kariery, że chyba możesz pokusić się o próbę podsumowania. Jak określiłbyś swój dorobek?

Nieustannie dążę do erekcji.

Słucham?

Chciałem powiedzieć: "Nieustannie dążę do perfekcji" (śmiech). Podpuszczam Cię, chciałem sprawdzić, czy mnie słuchasz. A przy okazji dałem Ci kolejny świetny tytuł.

No dobrze, to jak to jest z tym dążeniem do perfekcji?

Zdaję sobie sprawę, że to chybiony zamiar, bo człowiek nigdy nie będzie zadowolony z tego, czego dokonał i zawsze będzie mu się wydawać, że można zrobić coś jeszcze lepiej. Ale ja czasami lubię być niezadowolony (śmiech) i zawsze mi się wydaje, że stać mnie na więcej. Nie chciałbym tylko, abyś odniosła wrażenie, że narzekam na coś. Bo nie o to chodzi. Ja w ogóle nie lubię narzekania. Robi mi się niedobrze, kiedy widzę, jak ludzie, którym się powiodło, użalają się, jak im ciężko w tej branży, jacy czują się wypaleni i najchętniej rzuciliby ten zawód choćby zaraz. Mam im wtedy ochotę powiedzieć: "No to rzućcie tę robotę i nie zawracajcie innym głowy!". Nie interesuje mnie takie puste ględzenie. Nie mam też obsesji, by nieustannie być "w szczytowej formie". Dla mnie najważniejsze jest to, że zawsze mogę porozmawiać z żoną i wiem, że cokolwiek mi doradzi, wyjdzie na dobre. Mam wrażenie, że ona wspiera mnie bardziej niż ja ją.

Skoro ma talent detektywa, to na pewno sama najlepiej wie, czego potrzebujesz.

Nie wątpię.

Próbowałeś kiedyś coś przed nią ukryć?

(śmiech) Nie, chcę, żeby wiedziała o mnie wszystko.

Sporo by się tego uzbierało.

Wiem, ale życie w związku polega między innymi na tym, że ludzie jak najwięcej o sobie wiedzą. Próbują się nawzajem poznać. I skoro są razem, to ma im to sprawiać przyjemność. Budowanie związku jest strasznie fajne. Dlatego nie chcę mieć przed żoną żadnych tajemnic. Nasze wspólne życie daje mi radość. I zależy mi na tym, by tak pozostało.



[Yola Czaderska-Hayek]