George Clooney gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Ryan Bingham, bohater Twojego najnowszego filmu, "W chmurach", nie wyobraża sobie życia bez nieustannych podróży samolotem. Pamiętasz może swój pierwszy lot? Kiedy to było?

George Clooney: Miałem wtedy szesnaście albo siedemnaście lat. Razem z rodzicami polecieliśmy z Kentucky do Los Angeles, gdzie mieszkała moja ciocia Rosemary (Rosemary Clooney, slynna amerykanska piosenkarka a takze aktorka - Y. C-H). Mieliśmy spędzić u niej cały tydzień. Już samo to brzmiało ekscytująco - tydzień w Kalifornii! - a na wieść, że polecimy samolotem, nie mogłem się doczekać startu.

Co zrobiło na Tobie największe wrażenie?

Wbrew pozorom nie to, że oderwaliśmy się od ziemi. Najbardziej utkwił mi w pamięci pewien ciekawy szczegół: linie lotnicze - niestety nie pamiętam ich nazwy - prowadziły regulamin dotyczący stroju. Pasażer bez marynarki nie miał prawa wstępu na pokład. Naprawdę! Żeby polecieć samolotem, trzeba było ubrać się elegancko. Takie to były czasy... Rety, właśnie uświadomiłem sobie, jaki już jestem stary (śmiech).

Bez przesady, emerytura Ci jeszcze nie grozi!

Wbrew pozorom nie obawiam się starości. Większość aktorów grywa na ogół z młodszymi partnerkami, mnie zaś wielokrotnie obsadzano z aktorkami albo w moim wieku, albo nawet starszymi. Wygląda więc na to, że ludzie od dawna uważają, że mam więcej lat niż w rzeczywistości. Skoro tak, to dla nikogo nie będzie szokiem, jeśli kiedyś rzeczywiście się zestarzeję. Zresztą to nie takie złe rozwiązanie, na emeryturze jest chyba lepiej niż w trumnie, prawda?

Twoje partnerki z filmu "W chmurach" są jednak wyraźnie od Ciebie młodsze. Jak Ci się z nimi pracowało?

Vera [Farmiga - Y. Cz.-H.] miała przed sobą trudne zadanie. Zaledwie dwa miesiące przed rozpoczęciem zdjęć urodziła dziecko i nie dość, że musiała szybko wrócić do formy, to jeszcze trzeba było zostawić maleństwo w domu i iść na plan. Wydaje mi się, że Vera jest raczej silną kobietą - przynajmniej takie sprawia wrażenie - ale w tym momencie musiała pracować pod wyjątkową presją. Dlatego chwilami sprawiała wrażenie lekko wytrąconej z równowagi. Oczywiście w żaden sposób nie wpłynęło to na nasze relacje. Powiem więcej, podczas realizacji filmu wszyscy staraliśmy się iść jej na rękę. Była nam za to bardzo wdzięczna. Naprawdę fantastycznie mi się z nią pracowało. To wyjątkowa kobieta. A co do Anny [Kendrick - Y. Cz.-H.], to ze wstydem się przyznam, że nie miałem pojęcia, kim ona w ogóle jest. Poznaliśmy się dopiero podczas prób scenariuszowych. Kiedy ją zobaczyłem, natychmiast zwróciłem się do Jasona [Reitmana, reżysera "W chmurach" - Y. Cz.-H.]: "Wywal ją, bo ukradnie mi cały film" (śmiech). Wspaniała dziewczyna. Po tej roli jestem spokojny o jej karierę. Pokazała, że ma niesamowity talent. A do tego jeszcze fantastycznie się uzupełnialiśmy. Rzadko zdarza mi się czuć, że między bohaterami filmu autentycznie coś iskrzy - jak na przykład w scenach z Jennifer Lopez w "Co z oczu, to z serca" - a z Anną rozumieliśmy się właściwie bez słów. Jestem pod wrażeniem.

A jak wspominasz swoje kontakty z reżyserem?

Pracując z Jasonem, należy pamiętać, że to w pierwszej kolejności scenarzysta, a dopiero potem reżyser. Sam pisze dialogi, po czym wymaga od aktorów, żeby zagrali je według jego wizji. I raczej nie bawi się w sugestie, mówi prosto z mostu, czego oczekuje. Nie nazwałbym go tyranem, ale na planie potrafi podejść i powiedzieć: "Nie, to mi się nie podobało, nie graj w ten sposób". Nie wiem, jak inni, ale ja doceniam taki sposób pracy. Lubię wiedzieć, czego reżyser ode mnie chce. Dzięki temu, że Jason skupia się na konkretach, zdjęcia trwają niezwykle krótko, nie ma przestojów i opóźnień. Wszyscy wykonują, co do nich należy, i są zadowoleni.

O ile wiem, rola Ryana Binghama powstała specjalnie z myślą o Tobie. Miałam nawet wrażenie, że niektóre kwestie to Twoje własne słowa.

Rzeczywiście, są pewne podobieństwa. Kiedy Bingham mówi o małżeństwie, powtarza słowo w słowo to, co sam kiedyś powiedziałem w rozmowie bodajże z Barbarą Walters. Wszystko się zgadza!

Ryan, podobnie jak Ty, ma siostrę, która w przeciwieństwie do niego prowadzi ustabilizowane życie.

Brzmi znajomo, prawda? (śmiech) W mojej rodzinie szło się albo do polityki, albo do mediów. Tymczasem moja siostra zbuntowała się i postanowiła na przekór wszystkim zostać normalną mamą i mieć dzieci (śmiech). I rzeczywiście ma dwójkę, chłopca i dziewczynkę. Prowadzi normalne, spokojne życie w Kentucky. Co ciekawe, kiedy dziś o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że to ja byłem tym mniej udanym dzieckiem (śmiech). Moja siostra przeszła szkołę na samych piątkach, nauka nie sprawiała jej żadnego problemu. Ja za to musiałem się mocno namęczyć, żeby dostać dobre oceny. Ściągałem na sprawdzianach, przepisywałem od kolegów prace domowe... Był ze mnie taki mały oszust. A w domu z siostrą kłóciliśmy się niemal bez przerwy. Dzisiaj natomiast bardzo się lubimy i często jesteśmy w kontakcie, choć nie da się ukryć, że nasze życie potoczyło się zupełnie innymi drogami.

Jak zareagowałeś, czytając scenariusz "W chmurach"?

To zabawna historia. Jason przyjechał do mnie do Włoch na kilka dni. Przywiózł scenariusz. Stwierdziłem: "Przeczytam to dopiero, gdy wyjedziesz. Bo jeżeli mi się nie spodoba, to następne dni będą przykre dla nas obu" (śmiech). Oczywiście nie wytrzymałem zbyt długo. Poszedłem na górę i zacząłem czytać. Po czym jeszcze szybciej zszedłem na dół, do salonu, rzuciłem scenariusz na stół i powiedziałem: "Dobra, zrobimy ten film". Już po pierwszych paru stronach wiedziałem, że to rola dla mnie. Kiedy ma się czterdzieści osiem lat, człowiek inaczej patrzy na świat niż kiedy miał lat dwadzieścia. Scenariusz "W chmurach" wymagał właśnie takiego, dojrzałego, pozbawionego złudzeń spojrzenia.

Czy to prawda, że w filmie wystąpili autentyczni bezrobotni?

Tak. Pojechaliśmy do Detroit i Saint Louis - dwóch miast, które najsilniej odczuły skutki kryzysu. Jason rozwiesił ogłoszenia: "Kręcimy dokument o ludziach wyrzuconych z pracy. Jeśli Ciebie też zwolniono, przyjdź do nas!". Sfilmował około setki bezrobotnych. Z tego dwudziestu pięciu trafiło do filmu. Dla mnie sceny z ich udziałem mają szczególne znaczenie. Bo są autentyczne, szczere, pozbawione udawania. Wiesz o tym na pewno lepiej ode mnie, że w filmach bardzo łatwo można wyczuć, czy ktoś gra dobrze, czy źle. Ale nawet jeśli radzi sobie świetnie, to i tak masz świadomość, że to po prostu aktor, a cała historia nie dzieje się naprawdę. A ci ludzie rzeczywiście przeżyli dramat. Ich emocje były prawdziwe. Niesamowicie mnie to poruszyło.

Ryan Bingham przyzwyczajony jest do luksusu. Ty również?

Owszem, do pewnego stopnia tak. Miło jest pomyśleć o sobie: "Jestem gwiazdą". Ale nie uważam, żeby przysługiwały mi z tego powodu jakieś specjalne prawa. Nie wpycham się nigdzie bez kolejki, nie domagam się wyjątkowego traktowania. Czułbym się wyjątkowo zażenowany, zajmując komuś miejsce. Z drugiej strony jednak, jeśli chodzi na przykład o podróże lotnicze, przekonałem się, że prywatne samoloty zapewniają o wiele większy komfort, zwłaszcza na długich trasach. Można się zdrzemnąć bez problemu, no i raczej nikt człowiekowi nie zrobi zdjęcia z zaskoczenia (śmiech). Mimo to staram się nie przyzwyczajać za bardzo do wygodnego trybu życia, ponieważ zdaję sobie sprawę, że sława nie będzie trwała wiecznie i kiedyś trzeba będzie się pożegnać z wysokimi zarobkami. Po prostu wolę zaoszczędzić sobie szoku.

Rozumiem, że jesteś gotów zrezygnować z gwiazdorskich przywilejów. Ale czy jest coś, bez czego absolutnie nie wyobrażasz sobie życia?

Owszem, to moja posiadłość we Włoszech. Ojciec zawsze mi powtarzał: "Nie inwestuj w akcje czy inne fundusze, kupuj ziemię! Kiedy nadejdzie krach na giełdzie i zostaniesz z pustymi rękami, to przynajmniej będziesz miał co sprzedać". Zastosowałem się więc do jego rady. Ale byłoby mi bardzo żal, gdybym kiedykolwiek musiał pozbyć się tego domu. To piękne miejsce i lubię tam spędzać czas. Naprawdę tam odpoczywam! Być może to tamtejsza atmosfera tak na mnie działa?

A może kobiety?

No wiesz? Nie podrywam Włoszek! Nic z tego! (śmiech) Ale jest coś magicznego, kiedy widzi się, jak ludzie, prości robotnicy, wracają z pracy do domu ze śpiewem, niosąc wino i bochenki chleba. Czegoś takiego nie zobaczysz w Ameryce. Chyba jest sporo racji w starym powiedzeniu: "Amerykanie żyją, by pracować, Włosi pracują, by żyć". W Stanach przez trzydzieści lat jadłem lunch na stojąco i w pośpiechu. We Włoszech to nie do pomyślenia, tam jedzenie jest przyjemnością, którą się celebruje. Dlatego naprawdę nie chciałbym się stamtąd wyprowadzać. Chyba musieliby mnie wygnać siłą.

W swoim domu w Los Angeles jesteś tylko gościem?

Chyba tak. Pojawiam się raz na kilka miesięcy. Albo siedzę we Włoszech, albo kręcę kolejny film gdzieś za granicą. Ostatnio na przykład "Człowieka, który gapi się na kozy" realizowaliśmy w Puerto Rico. Brakuje mi oczywiście rozmów z przyjaciółmi, więc kiedy tylko nadarza się okazja, spotykamy się razem. Nie da się jednak ukryć, że czasami w domu w Los Angeles czuję się obco. Nie tak dawno, kiedy znów byłem w rozjazdach, przyjaciel wyremontował go dla mnie, bo już trzeba było wprowadzić jakieś zmiany. W moim wieku nie można mieszkać w czymś, co wygląda jak kawalerka! Po powrocie nie poznałem tego budynku. Nie mogłem nawet znaleźć drogi do łazienki! Autentycznie, wstałem w środku nocy i zamiast do toalety, wszedłem do szafy. I przez parę minut próbowałem znaleźć kontakt, żeby zapalić światło. Możesz sobie wyobrazić, jak to wyglądało (śmiech). Zdaję sobie sprawę, że w ten sposób nie da się żyć długo. Czasem sobie myślę, że dobrze byłoby skończyć z tymi podróżami i osiedlić się w jednym miejscu. Ale z drugiej strony lubię swoją pracę i czuję, że sporo jeszcze mogę osiągnąć. Nie chciałbym tego zmarnować. Dopóki cygańskie życie nie będzie mi zanadto przeszkadzać, nie zamierzam narzekać.

Patrzysz czasem z perspektywy czasu na swoją dotychczasową karierę? Z czego jesteś najbardziej dumny?

Nie przepadam za tego rodzaju podsumowaniami. Zbyt wcześnie na to. Nie wręcza się nagrody za dorobek życiowy człowiekowi, który życie ma dopiero przed sobą - tak przynajmniej uważam (śmiech). Wolę myśleć o tym, co przyniesie przyszłość. O ciekawych, oryginalnych rzeczach, jakich jeszcze w życiu nie robiłem. Obawiam się, że wysokobudżetowe filmy akcji są już nie dla mnie. Wolę skoncentrować się na produkcjach średniego szczebla. Takich, jak "W chmurach" czy "Człowiek, który gapił się na kozy". Od nich zależy mój byt i moja kariera. Jeśli zarobią na siebie, to świetnie - będę w stanie nakręcić kolejne. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że udało mi się zrealizować kilka filmów, które nie przepadły zaraz po pierwszym weekendzie w kinach. I mogę być z nich naprawdę dumny. Pierwszy z nich to "Co z oczu, to z serca". Przechodziłem wtedy z telewizji do kina i brałem każdą rolę, jaka się nadarzała. Miałem niesamowity fart, że trafiła mi się komedia ze świetnym scenariuszem. Lubię też "Złoto pustyni" i "Bracie, gdzie jesteś?" . Bardzo duże znaczenie miał dla mnie film "Good Night, and Good Luck" . Cieszę się też z "Michaela Claytona" ... Jest kilka tytułów, o których mogę z przyjemnością powiedzieć: "To mi się udało". Było też parę niewypałów, wiem o tym, ale na razie mogę z czystym sumieniem spojrzeć sobie w oczy w lustrze. Nie wiem, jak długo jeszcze potrwa dobra passa - mówiąc szczerze, podejrzewam, że lada moment się skończy - ale jak dotąd jeszcze nie przeganiają mnie z Hollywood, więc mam nadzieję, że zdołam jeszcze nakręcić to i owo.

Jaki film masz teraz w planach?

Teraz pracuję nad nowym filmem Antona Corbijna . Widziałaś może "Control"?

Oczywiście! Znakomity film.

Kręcimy we Włoszech, w Abruzzo. To opowieść utrzymana w stylu spaghetti westernów Sergia Leone. Nosi tytuł "The American" , a oparta jest na książce Martina Bootha "A Very Private Gentleman". Bohaterem jest płatny morderca, który ukrywa się we włoskim miasteczku. Bardzo się cieszę ze współpracy z Antonem. Ten człowiek niesamowicie operuje obrazem. Do tej pory robił zdjęcia i realizował teledyski, po czym nakręcił film, który okazał się majstersztykiem. To się rzadko zdarza w tej branży, na ogół debiutanci nie wiedzą, jak opowiedzieć historię, by trwała nie więcej niż półtorej godziny.

To będzie czarno-biały film?

Nie. Anton z reguły kręci w czerni i bieli, ale tym razem dodamy trochę koloru.

Myślisz, że kiedy stuknie Ci pięćdziesiątka, uda Ci się wreszcie odnaleźć prawdziwą miłość?

Być może! Nie mówię "nie". Ale lepiej o tym nie rozmawiajmy, żeby nie zapeszyć.



[Yola Czaderska-Hayek]