Steven Spielberg i Tom Hanks gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W telewizji można już oglądać Waszą nową produkcję, "Pacyfik". Czemu postanowiliście nakręcić kolejny miniserial o II wojnie światowej?

Steven Spielberg: Choćby dlatego, że "Kompania braci" wyszła nam całkiem nieźle, prawda?

Tom Hanks: Wyręczę Stevena. W Ameryce seriale wojenne mają długą tradycję. Weźmy chociażby "Wichry wojny". To całkiem zrozumiałe, jeśli uświadomimy sobie, że twórcy seriali chcą przede wszystkim opowiadać historie z ciekawymi bohaterami w niezwykłych, zaskakujących sytuacjach. Owszem, to żaden problem osadzić akcję w przyszłości na pokładzie statku kosmicznego, jak na przykład w "Star Trek". Albo w świecie mafii, jak w "Rodzinie Soprano". Mimo to II wojna światowa nie przestaje fascynować ludzi. Wciąż dostarcza atrakcyjnych, niebanalnych tematów. Gdy zabraliśmy się za realizację "Kompanii braci", efekt zaskoczył nawet nas samych. Udało nam się stworzyć coś więcej niż zwyczajny serial. Postanowiliśmy więc nakręcić podobną opowieść, osadzoną w tym samym czasie, ale w zupełnie innych realiach. A do tego wciąż aktualną, mimo iż akcja toczy się w ubiegłym stuleciu.

Na ile aktualną? Czy Wasz serial w jakikolwiek sposób odnosi się do bieżącej sytuacji? Ameryka przecież prowadzi wojnę...

Tom: Nie, nie chcemy, by odbierano "Pacyfik" w jakimkolwiek kontekście politycznym. Naszym celem było nakręcenie opowieści o II wojnie światowej, a nie komentowanie aktualnych wydarzeń. Istnieją oczywiście pewne analogie, ale wynikają one z uniwersalnego charakteru działań wojennych. Każda bitwa wymaga od żołnierzy odwagi, poświęcenia, hartu ducha, a także pokonania własnych lęków. Na tym jednak podobieństwa się kończą.

Steven: Większość hollywoodzkich filmów, zarówno tych dawniejszych, jak i obecnych, gloryfikuje wojnę i przedstawia jej nieprawdziwy obraz. Oczywiście ma to cel propagandowy: chodzi o to, aby z jednej strony pokazać naszych dzielnych chłopców walczących na drugim końcu świata, a z drugiej - podtrzymać morale w kraju. No i przekonać widzów, że nasi walczą w słusznej sprawie i na pewno zwyciężą. Tom i ja postawiliśmy sobie za punkt honoru, aby odbrązowić tę legendę i pokazać, że w wojnie nie ma nic chwalebnego. Każdy weteran Ci to powie: nie ma nic chwalebnego w tym, że przyjaciel ginie na Twoich oczach, bo wszedł na minę i wybuch rozerwał go na kawałki. Albo że kolega z oddziału jest ciężko ranny i trzeba go zostawić na pewną śmierć. Dlatego, przygotowując się do realizacji "Szeregowca Ryana" , "Kompanii braci" i "Pacyfiku", Tom i ja dołożyliśmy wszelkich starań, aby uniknąć wszelkiej propagandy. Naszym punktem odniesienia były przede wszystkim wspomnienia żołnierzy II wojny światowej. Dlatego też nie uważam, by nasz serial w jakikolwiek sposób komentował bieżącą sytuację.

Domyślam się, że przed rozpoczęciem pracy nad serialem odbyliście szereg rozmów z weteranami. Czy łatwo było im dzielić się wspomnieniami z wojny? W końcu minęło już tyle czasu.

Steven: Nie zawsze było łatwo. Są rzeczy, o których człowiek nie opowiada nigdy. Ani dzieciom, ani wnukom. Niektórzy radzą sobie z tym, przelewając wspomnienia na papier, inni jednak do późnych lat nie są w stanie wyjść z szoku. Znam ludzi, którzy nawet po dziewięćdziesiątce nie potrafią pozbyć się koszmarów. To samo można powiedzieć o weteranach z Korei, Wietnamu czy obecnie z Iraku i Afganistanu. Niektórzy potrafią o tym rozmawiać. Inni nie.

Steven, nie kusiło Cię, żeby samemu stanąć za kamerą podczas realizacji "Pacyfiku"?

Steven: Nie, od początku przyjąłem założenie, że nie będę reżyserował serialu. Wraz z Tomem zajęliśmy się stroną organizacyjną i finansową. Ułożyliśmy ogólną strukturę serialu. Zaprosiliśmy do współpracy świetnych, utalentowanych reżyserów i daliśmy im wolną rękę. Nie chcieliśmy im przeszkadzać, nie chcieliśmy wybiegać na pierwszy plan. Dla mnie sam fakt, że brałem udział w pracach nad "Kompanią braci" i "Pacyfikiem", stanowi powód do dumy. Nie odczuwałem dodatkowej potrzeby, by wyjść na plan i pokierować akcją.

A co z Twoim reżyserskim projektem, "State of the Union"? Czytałam w gazetach, że wkrótce się zabierasz za realizację.

Steven: Dobrze Ci radzę, nie czytaj gazet (śmiech). Prawda jest taka, że nie zdecydowałem się na razie na żaden konkretny projekt. Czuję się trochę jak żongler przerzucający kolejne piłki, które wpadają mu w ręce. W tej chwili najwięcej czasu zajmuje mi reaktywacja DreamWorks. Zamiast myśleć o reżyserii, muszę zajmować się sprawami biznesowymi. Nie mam kiedy usiąść i pomyśleć: "No dobrze, a teraz może bym coś nakręcił". Obawiam się, że ten stan potrwa jeszcze długo. Zależy mi na tym, aby firma ruszyła na dobre.

Zdarza Ci się wracać myślami do początków kariery? I do pierwszych sukcesów?

Steven: Do sukcesów? Owszem. Jest ich siedem: Max, Theo, Jessica, Sasha, Mikaela, Destry i Sawyer [Max to syn z pierwszego małżeństwa Spielberga z Amy Irving; Theo to adoptowany syn Kate Capshaw; Jessica to córka Kate Capshaw z małżeństwa z Robertem Capshawem; Sasha, Destry i Sawyer to biologiczne dzieci Spielberga i Kate Capshaw; Mikaela to ich adoptowana córka - Y. Cz.-H.]. Wszystko inne to sprawa drugorzędna. Poza tym cieszę się, że mam ciekawą pracę i że od lat kręcę takie filmy, na jakie mam ochotę. I wciąż mi się nie znudziło! Nadal z przyjemnością przyjeżdżam do wytwórni, witam się ze strażnikiem i zajmuję swoje miejsce na parkingu. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zaparkowałem na dziedzińcu wytwórni Universal, ktoś postawił tam tabliczkę z moim nazwiskiem. Tak mnie to rozbawiło, że zabrałem ją do domu. Trzymam ją nadal (śmiech). Kręcenie filmów to dla mnie olbrzymie emocje, nigdy nie wiem, czy kolejna produkcja odniesie sukces, czy nie. Parę razy zdążyłem się przekonać, jak smakuje porażka. Dzięki temu nauczyłem się, jak jej unikać. Zawsze jednak do samego momentu premiery pozostaje niepewność. Przynajmniej nie nudzę się w pracy.

Tom: I do tego roznoszą nam kanapki za darmo. To najfajniejsza część tej roboty (śmiech). Skąd u Was obu fascynacja II wojną światową?

Steven: Zawdzięczam ją ojcu. Walczył na wojnie i w domu bez przerwy opowiadał historie z frontu. Inne dzieci wychowały się na bajkach braci Grimm, a ja na opowieściach ojca. Podejrzewam, że niektóre rzeczy po prostu sobie wymyślił, ale udało mu się zaszczepić we mnie autentyczną fascynację tymi niezwykłymi czasami. Dorastałem w przekonaniu, że II wojna światowa stanowiła punkt zwrotny w historii ludzkości, Amerykanie zaś wzięli udział w walce o wolność. Wiem, że brzmi to jak hollywoodzki frazes, ale naprawdę tak uważałem. Ojciec wpoił mi szacunek dla żołnierzy - zwykłych chłopaków, którzy poszli na wojnę i zostali bohaterami.

Tom: Dla mnie wszystko zaczęło się od "Szeregowca Ryana". Kiedy odgrywaliśmy scenę lądowania w Normandii, było to dla mnie piorunujące doświadczenie. Przekonałem się na własnej skórze, przez co musieli przejść żołnierze podczas wojny. Odkryłem też, że operacja na plaży Omaha to prawdziwa skarbnica historii, które aż się proszą, by je opowiedzieć. Dlatego nakręciliśmy potem "Kompanię braci". A teraz "Pacyfik".

Nie obawiacie się, że dla młodej widowni, która siedzi non stop w Internecie i ogląda "Avatar" po piętnaście razy, II wojna światowa to zbyt poważna tematyka?

Steven: Po pierwsze, nasz serial nie jest dla młodej widowni. To opowieść dla dorosłych, w której nie brakuje brutalnych, drastycznych scen. Dzieci nie powinny oglądać "Pacyfiku", szczególnie bez kontroli rodziców. Po drugie, nakręciliśmy opowieść fabularną, a nie lekcję historii. Nie jesteśmy z Tomem wykładowcami, którzy wychodzą przed tablicę i tłumaczą: "Było tak i tak". Podstawą dla "Pacyfiku", podobnie jak dla "Kompanii braci", stały się wspomnienia, książki i pamiętniki weteranów II wojny światowej. Ich osobiste przeżycia, subiektywne doświadczenia. To opowieść o ludziach, a nie o procesach dziejowych. Niektórych wydarzeń nie da się zresztą odtworzyć ze stuprocentową dokładnością. Czasami relacje są sprzeczne. Dlatego najbardziej zależało nam na tym, by odtworzyć nastrój, stan ducha żołnierzy, którzy ponad sześćdziesiąt lat temu zdobyli się na olbrzymie poświęcenie i poszli walczyć za swój kraj. Bardzo ważne były dla nas reakcje widzów po premierze "Kompanii braci". Dostaliśmy wtedy bardzo wiele listów od weteranów, ktorzy walczyli nie tylko w Europie, ale na Pacyfiku: "Opowiedzcie także naszą historię! My też biliśmy się w tej wojnie!". Teraz ich życzeniu stało się zadość.

Tom: Ja może dopowiem, że realizując "Pacyfik", postawiliśmy przed sobą trudne wyzwanie: utrzymać widzów w napięciu przez dziesięć godzin przed ekranem! Mało kogo dzisiaj stać na tak ambitny zamiar. Chyba tylko twórców "Idola" (śmiech). Jestem bardzo wdzięczny ludziom z HBO za to, że pozwolili nam na ten eksperyment. Mam nadzieję, że nie zawiedliśmy ich oczekiwań. Co zaś do Twojego pytania o młodych widzów siedzących non stop w Internecie: uważam, że surfowanie po sieci gwarantuje w tej chwili najszybszy dostęp do informacji. Jeśli w trakcie emisji naszego serialu pojawią się komentarze i dyskusje na Twitterze, to będziemy z tego powodu bardzo zadowoleni.

Steven: Dzięki Internetowi widzowie mogą dzisiaj oglądać serial w zupełnie nowy sposób. W każdej chwili mają okazję, by sprawdzić rozmaite detale w Google'u. Wszystkie informacje są na wyciągnięcie ręki. Tylko i wyłącznie od odbiorców zależy, czy zechcą się do nich dostać. A poza tym format serialu telewizyjnego idealnie odpowiadał naszym zamiarom. Nie wyobrażam sobie, by w dwugodzinnym filmie można było przekonująco pokazać na ekranie długotrwałe zmęczenie i napięcie, jakiemu poddani byli żołnierze w dżungli. Nie mówiąc o przemianach zachodzących w ich psychice pod wpływem stresu. Dziesięciogodzinny serial dał nam taką możliwość.

No właśnie, jak w rzeczywistości wyglądała kampania na Pacyfiku? Według relacji weteranów to było piekło na ziemi.

Steven: Zgadza się. Większość żołnierzy była zupełnie nieprzygotowana na to, co ich czekało. Wydawało im się, że Pacyfik, Hawaje to idealne miejsce na wakacje. Jest słońce, woda, szumią drzewa... Tymczasem trafili do najgorszego miejsca na świecie. Dżungla dosłownie pożerała ludzi żywcem niczym jakiś okrutny pasożyt. Matka Natura stała się dodatkowym wrogiem, czasem nawet groźniejszym od Japończyków. Żołnierze chorowali na potęgę - dopadało ich odwodnienie, niedożywienie, gorączka beri-beri... Do dziś mój ojciec dostaje dreszczy na samo wspomnienie. Ma w tej chwili dziewięćdziesiąt trzy lata. Stacjonował w Karachi w Indiach [po podziale kraju w roku 1947 Karachi znalazło się na terytorium dzisiejszego Pakistanu - Y. Cz.-H.] i walczył z Japończykami w Birmie. Nadal jednak dopadają go od czasu do czasu nawroty malarii. Zdaje sobie sprawę, że do końca swoich dni będzie musiał żyć z tą chorobą.

Opowiedzcie, jak wyglądał casting. Jak to się stało, że wybraliście akurat tych, a nie innych aktorów?

Tom: To był morderczy proces. Mieliśmy tyle ról do obsadzenia, a zarazem zdawaliśmy sobie sprawę, że potrzebna będzie bezlitosna selekcja. Z biegiem czasu, gdy coraz bardziej wczuwaliśmy się w scenariusz serialu, zaczęliśmy już wyobrażać sobie naszych bohaterów. Z grubsza wiedzieliśmy, kogo chcemy zaangażować, a kogo nie. Ale i tak nie było łatwo. Na szczęście przyszła nam z pomocą Meg Liberman, specjalistka od castingu. Zna wszystkich w tym mieście i zajęła się organizacją. Dzięki niej udało się to wszystko jakoś przeżyć.

Steven: Musisz zdać sobie sprawę, że widzowie przed telewizorami nie oglądają aktorów, ale postacie z serialu. I kluczową sprawą jest, by potrafili te postacie polubić. By chciało im się przez dziesięć godzin śledzić, co się z nimi dzieje. Zabawne, ale nie miałem pojęcia, że w castingu bierze udział Joseph Mazzello. To ten dzieciak z "Jurassic Park" , który grał Timmy'ego. Kiedy Megan zaprosiła go do pokoju, w którym odbywały się zdjęcia próbne, nie mogłem uwierzyć, że tak wyrósł. I tak zmężniał! Dostał rolę w "Pacyfiku", ale zawdzięcza to wyłącznie własnemu talentowi, a nie temu, że kiedyś wystąpił w jednym z moich filmów.

Co po "Pacyfiku"? Jakiś kolejny serial? Może tym razem o wojnie w Wietnamie?

Steven: Podoba mi się ten pomysł. Jako widz chętnie obejrzałbym taki serial. Na pewno jednak nie odważyłbym się go nakręcić! Jestem przywiązany do opowieści z II wojny światowej. Nie czułbym się swobodnie w innej epoce, choć żeby było śmieszniej, wychowałem się w tamtych czasach i sam mało nie trafiłem do Wietnamu. Myślę, że za taki serial mógłby zabrać się Oliver Stone, który tam rzeczywiście był i walczył. W jego wykonaniu na pewno powstałaby fascynująca opowieść.

Po wielkim sukcesie "Avatara" rozpętała się moda na filmy 3-D. Czy według Was to rzeczywiście jest przyszłość kina?

Steven: Mam mieszane uczucia. Bo z jednej strony zgadzam się, że trójwymiar niesamowicie wzbogaca wizualnie film. Znakomicie sprawdził się w "Avatarze", myślę też, że świetnie wypadnie w "Tintinie" . Nie mam natomiast ochoty oglądać "Casablanki" przerobionej na wersję 3-D. Nie chcę oglądać "Skarbu Sierra Madre" w 3-D. Nie chcę "Przeminęło z wiatrem" w 3-D. Nie chcę "Obywatela Kane" w 3-D. Nie chcę...

Tom: Nie chcę "Domu woskowych ciał" w 3-D.

Steven: A właśnie, że chcę.

Tom: A nie, zaraz, przecież to wyszło w wersji 3-D! (śmiech) Dobrze, "Dom woskowych ciał" w 3-D może być.

Steven: Chodzi o to, że nie chciałbym, aby technologia zdominowała kino i wdarła się do zbiorów naszego dziedzictwa kulturowego. Wystarczy, że pojawiają się pokolorowane wersje czarno-białych filmów. Nie potrzeba dodatkowo trójwymiaru. Przeraża mnie też inna tendencja, która też być może pojawi się w najbliższej przyszłości: rzeczywistość wirtualna. Kiedyś, w latach 80. ubiegłego wieku ten termin był strasznie modny, a potem jakoś o nim zapomniano. Jestem jednak dziwnie spokojny, że za jakieś pięć, dziesięć lat wróci do łask. Już pojawiają się pierwsze sygnały. Dzisiaj, oglądając film trójwymiarowy, musimy korzystać ze specjalnych okularów. W przyszłości zastąpią je hełmy pozwalające widzom oglądać wszystko dookoła. Publiczność znajdzie się dosłownie w środku filmu! Chociaż nie, źle się wyraziłem: nie publiczność, ale każdy widz z osobna. Mając bowiem na głowie hełm, nie będzie widział nikogo poza sobą. Tymczasem cała rzecz polega przecież na tym, że ogląda się film w grupie. Mam nadzieję, że mimo rozwoju technologii tradycyjne kino nie odejdzie zbyt szybko do lamusa.

Ale technika idzie do przodu, nic na to nie poradzisz!

Steven: Jasne, wiem o tym, w końcu sam od lat korzystam z jej rozwoju. Kiedy nakręciłem "Jurassic Park", po raz pierwszy w historii kina razem z ludźmi "zagrały" istoty stworzone w komputerze. A potem Bob Zemeckis zrealizował "Ekspres Polarny" , w którym Tom Hanks wystąpił w wersji cyfrowej. Także "Avatar" pokazuje nam, ile możliwości kryje w sobie nowoczesna technologia. Cały czas stoimy u progu wielkiej rewolucji, która być może odmieni kino na zawsze. Wierzę jednak w to, że niezależnie od tego, iloma narzędziami będziemy dysponować, cała sztuka robienia filmów będzie wciąż po staremu sprowadzać się do jednej rzeczy: do opowiadania ciekawych historii, które zahipnotyzują widzów i pomogą im zapomnieć, że to, co widzą na ekranie, nie dzieje się naprawdę. Bo na tym przecież polega istota kina.


[Yola Czaderska-Hayek]