Michael C. Hall gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Dlaczego widzowie kochają Dextera?

Michael C. Hall: O rety. Za każdym razem, kiedy słyszę to pytanie, próbuję wymyślić jakąś mądrą odpowiedź, ale prawda jest taka, że nie mam pojęcia. Kiedy czytałem scenariusz pierwszego odcinka, zastanawiałem się, jakim cudem ludzie mają utożsamić się z tym człowiekiem, wiedząc jednocześnie o jego skłonnościach. Dexter jest seryjnym mordercą, ale jego fenomen polega na tym, że zabija ludzi, o których teoretycznie można powiedzieć, że na to zasługują. Poza tym, zwierzając się widzom ze swoich sekretów, wciąga ich niejako we współudział w zbrodni. Ludzie widzą w nim faceta z poważnymi problemami i do jakiegoś stopnia potrafią mu współczuć i wybaczyć to, co robi. Nie jestem psychologiem, ale mam wrażenie, że w naszej kulturze instynkt zabijania jest bardzo silnie zakorzeniony. Może z tego wynika powodzenie serialu.

A jak sam oceniasz Dextera?

Trudno mi powiedzieć, zwłaszcza że ta postać nieustannie się zmienia. Kiedy kręciliśmy pierwsze odcinki, nikomu nie przyszłoby do głowy, że Dexter zostanie mężem i ojcem. W tym człowieku fascynujące jest to, że funkcjonuje on całkowicie poza umownie przyjętymi kryteriami dobra i zła. Nie jestem pewien, czy sam byłby w stanie określić, jaki naprawdę jest. W drugim sezonie zastanawiał się przez moment, czy pójść na terapię, po czym zabił właśnie tę osobę, która sugerowała, że można go uleczyć. To bez wątpienia socjopata, ale swoje odchylenia potrafi spożytkować w taki sposób, że widzowie przynajmniej do pewnego stopnia potrafią go zaakceptować.

Troszeczkę uchylasz się od odpowiedzi.

Bo nie uważam, że jestem odpowiednią osobą do tego, by oceniać Dextera. Od tego są widzowie serialu. Nie zamierzam niczego sugerować ani narzucać własnych opinii. Nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, czy Dexter jest dobry, czy zły. Jest i taki, i taki - nieustannie balansuje na granicy. Nie próbuję go na siłę uszlachetnić. Cały czas pamiętam o tym, że z premedytacją zabija ludzi. Uważam, że nie wolno o tym zapominać, nie wolno postrzegać tego człowieka tylko poprzez pryzmat jego dobrych uczynków. Gdyby scenarzyści nagle zaczęli wybielać Dextera, zaprotestowałbym. Na szczęście znam twórców serialu na tyle, by mieć pewność, że do takiej sytuacji nie dojdzie.

Zdajesz sobie sprawę, że w Kanadzie doszło do dwóch zbrodni inspirowanych serialem? Sprawcy morderstw twierdzili, że próbowali naśladować Dextera.

Wiem o tym i bardzo mnie to niepokoi. Nie czuję się na siłach, by komentować obydwie sprawy. Mogę powiedzieć tylko tyle, że na pewno serial nie próbuje nikogo zachęcać do zabijania. My nie staramy się usprawiedliwiać działań seryjnego mordercy. Chodzi raczej o pokazanie, jak płynne są granice między dobrem a złem. Poza tym nie jestem przekonany, że serial telewizyjny to wystarczająca motywacja, by pozbawić życia drugiego człowieka. Przyczyn tych dwóch tragedii chyba trzeba szukać gdzie indziej.

Czytałeś powieści Jeffa Lindsaya o Dexterze?

Pierwszy sezon oparty jest na książce "Demony dobrego Dextera", dlatego przeczytałem ją jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Potem jednak serial poszedł w zupełnie innym kierunku niż powieści, przez co kolejne części znam jedynie z opowiadań.

Skoro grasz teraz ojca, jak Ci się pracuje z niemowlakami?

Najpierw pracowaliśmy z dziećmi podczas zdjęć próbnych. Potem przez jeden sezon kręciliśmy z dwójką maluchów, ale ich matka zaczęła stawiać jakieś dziwaczne żądania i musieliśmy się rozstać. Później, przez dwa odcinki, mieliśmy na planie kolejne rodzeństwo, ale też coś się wydarzyło i współpraca się urwała. Teraz mamy niemowlaki numer cztery, bliźniaki - chłopca i dziewczynkę. I z ręką na sercu powiem, że są znakomite. Doskonale reagują na bodźce - wystarczy powiedzieć odpowiednie słowo, żeby zrobiły to, czego chce reżyser. Radzą sobie lepiej ode mnie (śmiech). Poważnie, spróbuj na przykład spojrzeć niemowlakowi w oczy podczas kręcenia sceny, a przekonasz się, jak trudno jest nie wyjść przy tym z roli (śmiech). A najdziwniejsze jest to, że w ogóle nie płaczą! Nie wiem, jak to się dzieje. Pamiętam, że kiedyś, w jednej ze scen dziecko musiało zapłakać. Zanim zaczęliśmy ujęcie, jego matka połaskotała je w stópkę. Maluch płakał wtedy i płakał, po czym, kiedy reżyser powiedział "Stop", nagle przestał. Jest fantastyczny, mówimy na niego "Mały Brando".

Czy zgadzasz się z twierdzeniem, że obecnie dzieci oglądają za dużo telewizji?

Wszystko zależy od tego, co tak naprawdę oglądają. Pamiętam ze swoich czasów, że rodzice nigdy nie zabraniali mi telewizji. Uwielbiałem przygody Hulka. Bill Bixby grał naukowca, Davida Bannera, który zamieniał się w olbrzymiego zielonego potwora. Musiał panować nad sobą, by to jego "drugie ja" nie przejęło nad nim kontroli. Mam wrażenie, że Dexter to do pewnego stopnia współczesny odpowiednik Bannera: też drzemie w nim dwoista natura, on także walczy z demonem, który chce nad nim zapanować. Poza tym pamiętam jeszcze, że moi rodzice uwielbiali oglądać "M.A.S.H.". Byli uzależnieni od tego serialu. U nas w domu telewizor był prawie zawsze włączony. Zawsze coś tam oglądałem, według dzisiejszych kryteriów pewnie za dużo. A mimo to, jak widzisz, jakoś mnie to nie wykoleiło i wyszedłem na ludzi.

A czy to prawda, że jako nastolatek byłeś wędrownym sprzedawcą noży?

Tak, to prawda. Ale nie ma obawy, noży używam tylko, żeby kroić jedzenie (śmiech).

Jaki miałeś utarg?

Chyba nie najgorszy. Zaczęło się od tego, że przyjaciel namówił mnie na współpracę z firmą Cutco International. Wraz z innymi skończyłem parodniowy kurs, na którym uczyli nas, jak prezentować towar w domu klienta. Jak demonstrować skuteczność naszych noży. Kroiło się warzywa, owoce, a na końcu przecinało się w powietrzu kartkę papieru. I szczerze powiedziawszy, całe te prezentacje sprawiały mi większą frajdę niż sprzedaż. Byłem w tym naprawdę dobry.

Czemu się wycofałeś?

Mama poprosiła, żebym rzucił tę pracę, bo bez przerwy wydzwaniałem do jej przyjaciółek, chcąc się umówić na prezentację. Może i dobrze, bo nie wiem, czy poradziłbym sobie w życiu jako sprzedawca.

Nie nudzi Cię praca w telewizji? Nie wolałbyś przenieść się na duży ekran?

Jedną z dobrych stron pracy w serialu telewizyjnym jest to, że człowiek ma stałe zatrudnienie. Kino to kapryśna sztuka: raz człowiek dostanie rolę, innym razem nie. Poza tym są jeszcze inne korzyści. Realizując najpierw "Sześć stóp pod ziemią", a potem "Dextera", miałem okazję poznać wspaniałych ludzi, którzy wspólnie pracowali nad tym, by stworzyć coś wyjątkowego, oryginalnego. Mieliśmy - i nadal mamy - absolutną swobodę. Nikt nie wywiera na nas presji, nie mówi, co mamy robić. Producenci po prostu pozwalają nam wykonywać naszą pracę. Dlatego nie spieszy mi się, by od tego uciekać. Oczywiście dostaję różne oferty ról w filmach - kiedyś nawet proponowano mi, żebym zagrał wampira! - ale na razie nie jest to materiał równie interesujący, co postacie Davida Fishera z "Sześciu stóp..." czy Dextera.

Obawiałeś się kiedykolwiek, że ludzie mogą utożsamiać Cię z którąś z tych ról?

To oczywiście ryzyko zawodowe, ale wydaje mi się, że widzowie raczej nie mają kłopotów z odróżnieniem fikcji od rzeczywistości. Owszem, serial telewizyjny na długo wiąże aktora z daną postacią. Ale być może po "Dexterze" pojawi się jakiś kolejny tytuł i znów stanę się kimś innym.

Czy masz poczucie, że postać Dextera wpłynęła jakoś na Twoje życie? Nie śnią Ci się sceny z serialu?

A wiesz, że czasem tak? To znaczy, nigdy nie zdarzyło mi się, bym we śnie stał się Dexterem. To zawsze jestem ja, ale czasem zdarza mi się spotykać postacie z serialu. Pamiętam taki koszmarny sen, w którym pojawił się Mały Chino, ten olbrzym z drugiego sezonu. Ciągle dzwonił mi do drzwi, otwierałem, a on tam po prostu stał. Tłumaczyłem mu: "To pomyłka, trafiłeś pod zły adres", po czym kilka minut później znów rozlegał się dzwonek. I znowu Chino stał na mojej wycieraczce. To nie miało końca! Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak mi zalazł za skórę.

Masz koszmarne sny? A co przeraża Cię najbardziej?

Castingi.

Słucham?

Naprawdę. To coś przerażającego! Wiele razy w życiu musiałem brać udział w castingach i wiem, z jakim strachem to się wiąże. Zwłaszcza gdy człowiek nie jest przygotowany na to, czego mogą od niego chcieć. Wyobraź sobie: za stołem siedzi jakieś piętnaście osób i wszystkie na Ciebie patrzą. Jesteś całkowicie odsłonięta. Pamiętam, że kiedyś brałem udział w przesłuchaniu do jakiegoś spektaklu, a ponieważ wtedy grałem w "Kabarecie", miałem kompletnie zdarte gardło. Kazali mi zaśpiewać jakąś piosenkę w wysokich rejestrach. Nie dałem rady. Na samym końcu potwornie zafałszowałem. Do dziś pamiętam to upokorzenie.

Dexter ma swój rytuał: zbiera krew ofiar. Czy masz jakieś swoje charakterystyczne nawyki?

Niech się zastanowię... Tak, wydaje mi się, że tak. Z Jennifer [Carpenter, żoną aktora - Y. Cz.-H.] przeprowadziliśmy się do domu na wzgórzu. Codziennie rano przed śniadaniem wchodzę na sam szczyt. To mój rytuał. A poza tym? Po myciu zębów wysysam wodę ze szczoteczki.

Naprawdę?

Kiedy Jennifer zobaczyła to po raz pierwszy, omal nie umarła ze śmiechu. Spytała: "Robisz to specjalnie, żeby mnie rozśmieszyć?". A ja robię to po prostu odruchowo. Oto więc moje dwa rytuały: wchodzę co rano na wzgórze i wysysam wodę ze szczoteczki do zębów (śmiech).

Dexter został ojcem, teraz pewnie kolej na Ciebie.

Też o tym myślę. Na pewno chciałbym mieć dzieci. Ale co innego marzyć o zostaniu ojcem, a co innego być nim naprawdę. Wszystko dopiero przede mną. Ale skoro ktoś tak nieprzystosowany do życia wśród ludzi, jak Dexter, poradził sobie, to jestem spokojny, że mi też się uda.

Grałeś w grę na podstawie "Dextera"? [ukazała się tylko w wersji na iPhone'a - Y. Cz.-H.]

Nie, gry mnie w ogóle nie interesują. Podejrzewam, że i tak bym sobie nie poradził.

Czemu więc zgodziłeś się zagrać w "Gamerze" ? Przecież to film o grach.

Poznałem Marka i Briana [Mark Neveldine i Brian Taylor, twórcy filmu - Y. Cz.-H.]. Polubiliśmy się od razu. Miałem wrażenie, że znamy się od lat. Spodobał mi się ich pomysł na fabułę, poza tym nigdy nie występowałem w filmie akcji. Zwłaszcza tak pełnym energii, jak ten. Pomyślałem sobie, że nadarza się okazja, by spróbować czegoś nowego.

Kto wymyślił scenę, w której Twój bohater tańczy i śpiewa piosenkę "I've Got You Under My Skin"?

Nie ja! Ta scena od samego początku była w scenariuszu. Idealnie pasuje do postaci, którą zagrałem. To człowiek, który z jednej strony lubi zabawiać swoich gości, z drugiej zaś najchętniej przejąłby kontrolę nad ich umysłami i zabił wszystkich. Śpiew i taniec w kulminacyjnej scenie - to w jego stylu. Opracowaliśmy podstawową choreografię i kamera poszła w ruch. Przypomniałem sobie dawne czasy, kiedy grałem w "Chicago" na Broadwayu. Miałem świetną zabawę, zarówno podczas tej piosenki, jak i później, w trakcie walki z Gerrym Butlerem. To miła odmiana po "Dexterze", w którym nie mam zbyt wielu okazji, żeby się poruszać.

Pewnie dlatego Butler Cię pokonał.

To tylko pozory. Tak naprawdę przez cały czas sterowałem jego umysłem (śmiech).

Z pewnością dostajesz sporo listów od fanów. Czy kiedykolwiek napisał do Ciebie jakiś autentyczny morderca?

Często słyszę to pytanie. Odpowiedź brzmi: nie. Nigdy mi się coś takiego nie przytrafiło. Wręcz przeciwnie, listy od fanów serialu są zazwyczaj bardzo wyważone i rozsądne. Wspominałem już, że widzowie na ogół nie mają problemów z rozróżnieniem, co jest fikcją, a co nie. Chyba że po prostu chcą się zaprezentować od dobrej strony i nie ujawniają mi swoich mrocznych sekretów. Może są i tacy, którzy jeszcze nie zdecydowali się do mnie napisać. Zobaczymy.



[Yola Czaderska-Hayek]