Mel Gibson gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Nie było Cię na ekranie ponad pięć lat. Czemu zniknąłeś na tak długo?

Mel Gibson: Potrzebowałem odpoczynku. Czułem się wypalony, miałem wrażenie, że kiszę się we własnym sosie. Nie miałem pojęcia, co zrobić ze swoją karierą. I nagle przypomniałem sobie mojego dawnego nauczyciela aktorstwa. To był taki stary, siwowłosy mędrzec, który zawsze kojarzył mi się trochę z postaciami z bajek. Wyobrażałem go sobie jako czarodzieja, który wita podróżnych na leśnej drodze i mówi: "Jeśli poczęstujesz mnie chlebem, spełnię twoje trzy życzenia". Udzielał nam wskazówek, które w tamtych czasach wydawały się proste i oczywiste, ale dopiero kiedy człowiek znalazł się na pewnym etapie życia, rozumiał, że kryła się w nich mądrość. Jedna z jego rad brzmiała: "Nie można przez cały czas zajmować się tym samym i nie popaść w rutynę. Jeśli nie chcesz stracić artystycznej formy, to raz na jakiś czas musisz zrobić sobie przerwę. Dzięki temu będziesz w stanie dokonywać lepszych wyborów w przyszłości". I rzeczywiście, miał rację. Uważam, że decyzja o kilkuletnim urlopie była słuszna. Z tym większą przyjemnością wróciłem do aktorstwa.

Nie brakowało Ci nagród, sukcesów?

Pod tym względem akurat nie mam na co narzekać. Zdążyłem już nazbierać trochę statuetek. Trzymam je w domu, w specjalnym miejscu, i kiedy mi się nudzi, wyciągam wszystkie, żeby je wyczyścić. Czasami nie mogę się ich doliczyć. Mam wrażenie, że one się rozmnażają, zupełnie jak wieszaki. Wiesz, jak to jest, kiedy zamykasz szafę i wiszą tam trzy wieszaki, a potem, kiedy ją otwierasz, wisi całe mnóstwo? Tak jest właśnie z moimi nagrodami. Zostawiam je na chwilę i po chwili robi się ich coraz więcej. Czasem sobie myślę, że może warto ustawić je w domu, przygasić światła, puścić romantyczną muzykę i wyjść na całą noc. A potem, jak się wróci, to się okaże, że jest ich cała chmara (śmiech). To w sumie dobry pomysł! Nie musiałbym wcale grać w filmach, żeby powiększyć kolekcję.

Zdecydowałeś się jednak na powrót. Czemu wybrałeś akurat "Furię"?

Bardzo podobał mi się brytyjski miniserial, na podstawie którego powstała "Furia" [w Polsce serial emitowany był pod tytułem "Na krawędzi mroku" - Y. Cz.-H.]. To bardzo inteligentnie opowiedziana, wciągająca historia. Martin Campbell , twórca pierwotnej wersji, uaktualnił fabułę i nakręcił film w nowoczesnym, dynamicznym stylu. Bill Monahan , z którym wkrótce będziemy razem pracować przy kolejnym projekcie, napisał świetny scenariusz. Dlatego nie zastanawiałem się długo. No a poza tym strasznie chciałem zagrać razem z Rayem [Winstone'em - Y. Cz.-H.]. Kto by nie chciał?

Tworzycie w filmie dziwny duet: zgorzkniały gliniarz i tajemniczy informator.

Widziałaś kiedyś dwa psy, które spotykają się w parku? Podchodzą do siebie, warczą ostrzegawczo, a potem nawzajem się obwąchują i odchodzą na bezpieczną odległość. Kiedy Craven i Jedburgh widzą się po raz pierwszy, można odnieść wrażenie, że zachowują się bardzo podobnie. Jeden myśli o drugim: "Ten facet mógłby mi rzucić mi się do gardła, ale jeśli spróbuje, to może pożałować". Dlatego zaczynają się darzyć niechętnym szacunkiem. Jedburgh, którego gra Ray, to postać rzeczywiście tajemnicza, taki człowiek znikąd. Łatwo wyczuć, że dla tego faceta mokra robota nie stanowiłaby problemu, ma on jednak pewne zasady, którymi się kieruje. Craven, jako doświadczony detektyw, wyczuwa, że ma do czynienia z człowiekiem honoru. I choć nie do końca mu ufa, to godzi się na współpracę. Wydaje mi się, że obydwaj są do siebie bardzo podobni. Nie mają nic do stracenia i nie obchodzi ich, co się z nimi stanie. I to jest w nich najbardziej przerażające.

"Furia" to opowieść o niegodziwościach wielkiego biznesu. Uważasz, że korporacjom trzeba patrzeć na ręce?

Nie mam nic przeciwko zarabianiu pieniędzy, ale pod warunkiem, że robi się to uczciwie i nie okrada nikogo. Tymczasem wystarczy włączyć telewizor czy otworzyć gazetę, żeby dowiedzieć się o kolejnych oszustwach finansowych i podejrzanych interesach. Owszem, od czasu do czasu ktoś dobierze się wielkim firmom do skóry, ale w ogólnym rozrachunku skutek przynosi to niewielki. Korporacje to bardzo silni gracze i nie zawsze grają czysto. Mają też olbrzymi wpływ na politykę. Wydaje Ci się, że rządzi Tobą prezydent czy premier, po czym, kiedy przyjdzie chwila prawdy, okaże się, że tak naprawdę za wszystkim, co dzieje się w Twoim kraju, stoi jakiś potężny bank. I pociąga za sznurki. Zwróć uwagę, że telewizyjna wersja "Furii" powstała ćwierć wieku temu, w najgorszych czasach thatcheryzmu, kiedy rząd doprowadzał kraj do ruiny. Co się zmieniło od tamtej pory? Może tylko to, że teraz ludzie jeszcze mniej ufają politykom. W takiej atmosferze można dostać paranoi.

Przerażenie budzi też zasugerowana w filmie wizja, w której korporacje doprowadzają do zagłady środowiska naturalnego.

Z pewnością. Mam przeczucie, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat wydarzy się coś wielkiego, co na zawsze zmieni losy świata. Oglądałem ostatnio niesamowity dokument, "Collapse", w którym były policjant z Los Angeles [chodzi o Michaela C. Rupperta - Y. Cz.-H.] opowiada o rozmaitych wnioskach, do których doszedł, rozpracowując rozmaite afery i skandale. Twierdzi, że zostało nam niewiele czasu, że zaledwie za kilka lat gospodarka się zawali, a Ziemia będzie przypominać jałową pustynię. Polecam ten film, znakomicie się go ogląda.

Jesteś przygotowany do katastrofy?

W jakim sensie? Pytasz, czy zbudowałem w piwnicy schron przeciwatomowy? Czy trzymam konserwy z fasolą i świece? Czy czekam na nadejście nuklearnej zimy? Nie. Po pierwsze, nie wiadomo, czy do katastrofy w ogóle dojdzie. Po drugie, jeśli nawet, to nie wiadomo, jaką postać przyjmie. Nie zamierzam zadręczać się czarnymi myślami. Jestem raczej optymistą i uważam, że trzeba zawsze mieć nadzieję, że wszystko się dobrze ułoży. Tak czy owak, czeka nas kilka szalenie interesujących lat. Bardzo chciałbym wiedzieć, co się wydarzy.

Jak na optymistę, zrobiłeś się strasznie spięty.

To dlatego, że od siedmiu dni nie palę. Kolejny raz staram się rzucić papierosy. Zawsze robię się wtedy nerwowy. I czasami trudno się ze mną rozmawia. Pierwsze trzy, cztery dni są najgorsze. To już na szczęście za mną, ale mój mózg jeszcze się nie przyzwyczaił do nowej sytuacji. Dlatego z góry Cię proszę: wybacz, jeśli zacznę mówić nie na temat.

Wróćmy zatem do "Furii". Jak interpretujesz zakończenie filmu? Szczególnie w kategoriach religijnych?

Wkraczamy tutaj w rejony, w które nie chciałbym się zapuszczać. Wiele razy opowiadałem publicznie o swojej religii i o tym, w co wierzę, i nie wyszedłem na tym dobrze. Po premierze "Pasji" zostałem przez wielu zmieszany z błotem. Miało to swoją dobrą stronę, bo teraz mało co jest mnie w stanie dotknąć. Ale dostałem nauczkę, że lepiej unikać wchodzenia w dyskusje na tematy religijne. Dlatego powiem tylko tyle, że końcówkę filmu można interpretować różnie: można mówić o duchowym odkupieniu, o uwolnieniu od trosk, o ukojeniu... I na tym bym poprzestał.

Ale kiedy córka Cravena zostaje zabita, on pada na kolana i zaczyna się modlić. To był Twój pomysł?

Nie, ta scena była w scenariuszu od początku. Napisał ją Bill Monahan. Nie miałem na to wpływu.

Scena śmierci Emmy jest bardzo poruszająca. Nie miałeś trudności z wcieleniem się w postać ojca, któremu zamordowano jedyne dziecko?

Oczywiście, że było to trudne wyzwanie. Nie wyobrażam sobie, jak mógłbym przeżyć taką scenę w rzeczywistości. Pomijając już wszystko inne, po to w końcu ma się dzieci, żeby móc umrzeć w spokoju, ze świadomością, że ród nie wyginie, że przekazało się pałeczkę następnemu pokoleniu. Sytuacja, w której dziecko odchodzi pierwsze, jest nie tylko miażdżącym ciosem emocjonalnym, ale odbiera też człowiekowi cały sens istnienia na świecie. Dlatego bohater "Furii" przechodzi na początku załamanie nerwowe, ale jego natura nie pozwala mu rozsypać się całkowicie. On wie, że musi się pozbierać, że nie wolno mu po prostu położyć się i czekać na śmierć. Po prostu jest tak skonstruowany, że nie potrafi inaczej.

Ale nie każdy tak potrafi.

Oczywiście! Tego rodzaju tragedie zdarzają się na całym świecie. Mogę się tylko domyślać, co czują rodzice, którzy stracili dzieci. Dlatego właśnie wspomniałem, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji. Mogę to jedynie spróbować zagrać.

Wróciłeś do aktorstwa. Czy do reżyserii i pisania scenariuszy również?

Do reżyserii? Na razie nie. A jeśli chodzi o scenariusze, to owszem, napisałem właśnie tekst do spółki z chłopakami, z którymi pracowałem przy "Apocalypto" [chodzi o film "How I Spent My Summer Vacation" - Y. Cz.-H.]. Niedługo zaczynamy zdjęcia w Meksyku. Gram kryminalistę, który trafia do meksykańskiego więzienia. Oczywiście mam też w planach kolejny projekt razem z Grahamem Kingiem [producentem "Furii" - Y. Cz.-H.]. Scenariusz napisze Bill Monahan. W rolach głównych Leonardo DiCaprio i ja. To będzie film o wikingach. Najlepszy, jaki kiedykolwiek nakręcono!

Film o wikingach? Skąd taki pomysł?

Widziałem wiele filmów o wikingach, ale żaden mnie nie przekonał. Żaden nie wydał mi się wiarygodny. Czegoś im brakuje. Nasz film będzie opowieścią o wikingach przez duże W! Możesz już zacząć się bać (śmiech) Czuję, jak rośnie we mnie ochota, by chwycić za topór i splądrować jakiś żeński klasztor (śmiech).

Masz już gotowy tytuł?

Niestety nie. Pewnie wymyślimy coś chwytliwego, na przykład "Żądza mordu" (śmiech). Przepraszam, w tej chwili nie mam pojęcia, jak ten film będzie się nazywał. Zadzwonię do Grahama, może on już coś wie.

Może po prostu "Film o wikingach"?

Czemu nie? Mi pasuje.

Zagrałeś też ostatnio w filmie "The Beaver" w reżyserii Jodie Foster . Co to za produkcja?

To tragikomiczna opowieść. Gram w niej faceta, który wpada w depresję. Nie potrafi rozmawiać z ludźmi, nic mu nie wychodzi, nie potrafi nawet porządnie popełnić samobójstwa. Nakłada więc na rękę pacynkę w kształcie bobra i poprzez nią porozumiewa się z otoczeniem. Jak widzisz, zapowiada się ciekawie (śmiech).

Jak przebiegała praca z Jodie?

Znakomicie. Oboje znamy się i przyjaźnimy od lat. Wszystko zaczęło się, kiedy Jodie dostała do przeczytania scenariusz. To jeden z takich tekstów, o których wszyscy mówią: "Super, ktoś powinien zrobić z tego film", ale nikt nie ma odwagi wyłożyć pieniędzy. Jodie postanowiła zaryzykować. Zaprosiła mnie do współpracy. Zgodziłem się od razu. Spodobało mi się, że od samego początku miała swoją wizję filmu i konsekwentnie dążyła do jej realizacji. Pomogłem jej na tyle, na ile było to w mojej mocy. Starałem się spełniać polecenia jak dobry żołnierz. Liczę na to, że udało nam się nakręcić coś dobrego.

W Polsce masz wielu wielbicieli. Z pewnością chętnie wybiorą się na Twój nowy film.

Pozdrów wszystkich ode mnie. Mam nadzieję, że "Furia" im się spodoba i że nie będą rozczarowani.



[Yola Czaderska-Hayek]