Kiefer Sutherland gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Serial "24 godziny" trwa już ósmy sezon. Jack Bauer znowu musi uratować świat, znów ociera się o śmierć i znów przez dwadzieścia cztery odcinki ściga podejrzanych. Widzowie doskonale już znają formułę, w której jeden sezon równa się jednej dobie, a mimo to nie traci ona na atrakcyjności. Co Twoim zdaniem sprawia, że serial wciąż jest taki popularny?

Kiefer Sutherland: Rozmawiałem na ten temat z wieloma ludźmi. Każdemu oczywiście podoba się co innego, ale prawie wszyscy podkreślają jedną rzecz: Jack Bauer tak naprawdę nie wygrywa. Owszem, w pierwszym sezonie ratuje prezydenta, ale traci żonę. W sezonie drugim oddala się od własnej córki. W sezonie trzecim wydaje się, że Jack ma szansę na udany związek z postacią, którą gra Kim Raven, ale nic z tego. Jednym słowem, nawet jeśli udaje mu się udaremnić plany terrorystów, to okupuje to olbrzymimi stratami osobistymi. Wydaje mi się, że właśnie to przemawia do widzów najbardziej: w życiu rzadko kiedy wszystko układa się bez problemów. Człowiek chodzi do pracy, zarabia na utrzymanie rodziny i daje z siebie wszystko, ale potem wraca do domu i okazuje się, że córka jest chora albo właśnie rozstała się z chłopakiem i pojawia się kryzys, który trzeba zażegnać. Ciągle rodzą się jakieś nowe trudności, nie ma czasu na nabranie oddechu. Dlatego widzowie, patrząc na Jacka Bauera, mają poczucie, że jest on jednym z nich, zwykłym facetem, któremu też coś czasem nie wychodzi. Jednocześnie w rozmowach z fanami serialu słyszę często, że trzymają kciuki za Jacka. Chcą, żeby wreszcie mu się udało, żeby przestał się miotać i zaznał trochę spokoju. Wydaje mi się, że serial zmierza właśnie w tym kierunku: w ósmym sezonie otwiera się przed Jackiem szansa na normalne życie.

To znaczy?

Jack jest człowiekiem, który stracił niemal wszystko, włącznie z tym, że sam był już gotowy na śmierć. Dostał jednak drugą szansę. Nie spodziewał się jej, był przekonany, że już po nim. Teraz, gdy na nowo nauczył się doceniać życie, stał się ostrożniejszy. Nie jest już takim desperatem, nie stawia wszystkiego na jedną kartę. Nauczył się, że praca nie może przesłaniać relacji z bliskimi. Dlatego teraz podchodzi do swoich zajęć z większą rezerwą: robi, co do niego należy, ale przede wszystkim myśli o tym, by wrócić bezpiecznie do domu. Przypomina trochę policjanta, który tuż przed emeryturą w dalszym ciągu jeździ na patrole i odwiedza te same okolice, ale wszystkie czynności, które kiedyś były częścią rutyny, wykonuje o wiele uważniej, rozglądając się na boki. Ma świadomość, że jego służba dobiega końca i właśnie dlatego zależy mu na tym, żeby tych ostatnich dni nic nie zakłóciło. Tak samo Jack Bauer dostał drugie życie i nie zamierza go stracić.

Nie masz już dość grania przez kolejny rok tej samej postaci?

Nie, absolutnie. Przyznaję, że kiedy zaczynałem pracę nad serialem, bałem się rutyny, powtarzalności. Dla aktora, który wcześniej grał wyłącznie w filmach, przejście do telewizji wiąże się z olbrzymimi obawami. Po nakręceniu trzech, czterech odcinków pojawia się lęk, że człowiek utknie w jednej roli już na zawsze, że straci szansę na artystyczny rozwój. W moim przypadku na szczęście tak nie było. Z filmów nauczyłem się tego, że każda nowa rola różni się od poprzedniej, że człowiek zmienia skórę, wcielając się w kolejną postać. Bardzo lubiłem te wyzwania. W "24 godzinach" gram oczywiście tego samego bohatera, ale zmienia się on z upływem czasu. Jack Bauer z sezonu na sezon wciąż ewoluuje. To są oczywiście drobne zmiany, wyrażające się w gestach czy zachowaniu, ale dla mnie jako aktora stanowią niesamowicie interesujący materiał. Dlatego nie mogę powiedzieć, że praca w serialu mnie nudzi. Wprost przeciwnie, bez przerwy uczę się czegoś nowego.

Zdarza Ci się podsuwać scenarzystom własne pomysły?

Owszem. Na ogół słuchają mnie bardzo cierpliwie, a potem i tak robią swoje. Ze stu moich pomysłów wykorzystali może dwa (śmiech). Wydaje mi się, że tu również kryje się odpowiedź na Twoje pytanie o przyczyny popularności serialu. Od samego początku pracujemy z tymi samymi ludźmi, dzięki czemu wszystkie sezony "24 godzin" mają spójny, jednolity charakter. Mamy zasadę, że nie przeszkadzamy sobie nawzajem: aktorzy są od grania, reżyserzy od reżyserowania, a scenarzyści od pisania scenariuszy. Każdy robi to, na czym zna się najlepiej. Dla mnie to bardzo zdrowy układ. Dzięki temu nie ma spięć, nie ma konfliktów, a na planie wytrzymujemy ze sobą już dziewiąty rok.

Jak długo jeszcze, Twoim zdaniem, można ciągnąć serial oparty na jednym pomyśle?

"24 godziny" dobiegają już końca [w marcu producenci ogłosili, że ósmy sezon serialu będzie jednocześnie ostatnim - Y. Cz.-H.], ale formuła, na której opiera się serial, ma wciąż mnóstwo niewykorzystanego potencjału. Idea prowadzenia akcji w czasie rzeczywistym otwiera bardzo wiele możliwości. Można przecież pokazać na ekranie 24 godziny z życia strażaka czy chirurga albo 24 godziny na pokładzie promu kosmicznego, na którym doszło do awarii. Pomysłów jest wiele. Nikt nie powiedział, że cała koncepcja ma ograniczać się tylko do jednego serialu.

Możesz powiedzieć o sobie "Jack Bauer to ja"?

Dobrze, że znajomi ciągle mówią mi Kiefer, bo inaczej nabrałbym przekonania, że nazywam się Jack (śmiech). To znaczy, przez pierwsze dwa, trzy sezony mówili mi Kiefer, ale teraz już nie (śmiech).

Aktorzy, którzy grają lekarzy, często rzeczywiście zdobywają wiedzę z zakresu medycyny. Czy Tobie udało się czegoś nauczyć dzięki roli agenta?

Miałem okazję poznać ludzi, którzy w rzeczywistości zajmują się podobnymi rzeczami, co Jack. I zdążyłem się przekonać, że ich umiejętności dalece przewyższają to, co widać w serialu. W rozmowach z nimi zawsze podkreślam, że nie zamierzam udawać eksperta. "24 godziny" to tylko fikcja, nie próbujemy nawet w przybliżeniu pokazać, jak naprawdę wygląda praca agenta. Pamiętam, że kiedyś jeden ze specjalistów CIA zajmujących się terroryzmem powiedział mi, że przez nasz serial ma kłopoty w domu, bo jego matka bez przerwy mu wypomina: "Dlaczego nie potrafisz być taki sprytny, jak Jack Bauer?" (śmiech). Poprosiłem ją, żeby nie miała do niego pretensji. Tak naprawdę ci wszyscy tajni agenci są niesamowicie wytrzymali, spokojni i cierpliwi. Będąc na miejscu Jacka, poradziliby sobie ze wszystkim bez mrugnięcia okiem. My oczywiście musieliśmy wprowadzić do serialu trochę dramatyzmu, żeby utrzymać widzów przed telewizorami. Dlatego właśnie bohater przez cały czas balansuje na krawędzi, walczy z własnymi nerwami. Z drugiej strony staramy się nie odrywać zanadto od rzeczywistości. Można więc powiedzieć, że my też staramy się zachowywać równowagę.

Czy dzięki roli Jacka nauczyłeś się strzelać?

Należę do ludzi, którzy raczej unikają broni palnej, ale dzięki pracy w serialu udało mi się z nią wreszcie oswoić. I potrafiłbym pewnie rozłożyć i złożyć pistolet z zawiązanymi oczami. Przez tyle lat przyzwyczaiłem się do noszenia broni i kiedy ją wyciągam, odruchowo przyjmuję odpowiednią pozycję do strzelania. Oczywiście mam świadomość, że w serialu tylko od scenarzysty zależy, czy trafię, czy nie. W rzeczywistości, kiedy celuję do tarczy, bywa różnie. Mimo to, kiedy patrzę na siebie w sezonie pierwszym i porównuję to z obecną sytuacją, widzę, że teraz obchodzenie się z bronią przychodzi mi o wiele naturalniej.

W ósmym sezonie "24 godzin" występuje Anil Kapoor, indyjski aktor, który zyskał sławę w Ameryce dzięki filmowi "Slumdog. Milioner z ulicy". Jak wyglądała wasza współpraca?

Niestety nie zagraliśmy zbyt wielu wspólnych scen, ale muszę powiedzieć, że podziwiam Anila. Oczywiście znam "Slumdoga" i bardzo podobała mi się jego rola w tym filmie. Jestem pod wrażeniem, jak świetnie Anil mówi po angielsku. Wydawało mi się, że na początku zdjęć posługiwał się tym językiem dość niepewnie, ale potem z dnia na dzień szło mu coraz lepiej. Uważam, że to znakomity aktor i cieszę się, że trafił do naszego serialu.

Zastanawia mnie, skąd bierzecie pomysły na kolejne sezony serialu. Najtrudniej jest chyba wymyślić kolejne zagrożenie dla Jacka Bauera.

Wbrew pozorom to jest akurat najłatwiejsze. Wystarczy otworzyć gazetę, żeby natrafić na gotowy, wzięty z życia materiał. "24 godziny" w dużej mierze odwołują się do autentycznych zagrożeń - być może to kolejny powód niesłabnącej popularności tego serialu. Widzowie wiedzą, że fikcja, którą pokazujemy na ekranie, w każdej chwili może stać się rzeczywistością. Jeśli przyjrzysz się wszystkim czarnym charakterom w serialu, to zauważysz, że są to przede wszystkim ludzie, dla których wojna stanowi korzystny interes. Oni zarabiają pieniądze na konfliktach w różnych zakątkach świata i pokój zagraża ich interesom. W ósmym sezonie mamy do czynienia z taką kliką na Bliskim Wschodzie. Tu nie chodzi o nienawiść rasową czy religijną, ale po prostu o biznes. Takich ludzi, którzy ciągną zyski z lokalnych wojen, można znaleźć wszędzie. Dlatego Jack Bauer ma bez przerwy pełne ręce roboty.

Na początku naszej rozmowy stwierdziłeś, że Jack zmienia się z sezonu na sezon. A czy Ty zmieniłeś się jakoś przez te dziewięć lat?

Nie umiałbym tego ocenić, choć wydaje mi się, że nie. Nadal te same rzeczy sprawiają mi przyjemność. Lubię hokej, lubię jeździć na nartach, słuchać muzyki... Największy problem mam chyba ze znalezieniem czasu na to wszystko. Najtrudniejszy był na pewno pierwszy rok, kiedy próbowaliśmy nadać serialowi konkretny kształt. Dzisiaj może trudno w to uwierzyć, ale nie było żadnej gwarancji, że powstaną aż dwadzieścia cztery odcinki pierwszego sezonu. Scenarzyści obstawiali, że uda się nakręcić najwyżej trzynaście, a potem i tak serial zdejmą z anteny. Potem na szczęście wszystko się jakoś ułożyło i byliśmy w stanie jakoś się dopasować do harmonogramu.

Jak świętujesz zakończenie pracy nad kolejnym sezonem?

Mam jeden wypróbowany sposób: przychodzę do domu i kładę się spać. A potem się budzę i z przerażeniem myślę: "O nie, znowu muszę iść do pracy". Po czym przychodzi ten cudowny moment, kiedy uświadamiam sobie, że nie, wcale nie muszę. Wtedy przykładam znowu głowę do poduszki i śpię dalej. Czasem odpoczywam w ten sposób przez kilka tygodni. Zdarza się też, że kiedy mam przerwę w serialu, grywam w filmach - i przyznam szczerze, że wolę odpoczywać w ten sposób niż kompletnie nic nie robić. Praca na planie wiąże się też z podróżami. Ostatnio często bywałem w Niemczech, także we Francji. Kręciłem też zdjęcia w Rumunii i Czechach. Uwielbiam jeździć po świecie, mimo to zawsze ciągnie mnie z powrotem do domu, do rodziny.

Doszły mnie słuchy, że zamierzasz uczyć aktorstwa w Kanadzie.

Norman Jewison zapytał mnie ostatnio, czy nie zechciałbym wygłosić kilku wykładów w jego Kanadyjskim Centrum Filmowym. Zgodziłem się, bo uważam, że młodym ludziom potrzebna jest pomoc na starcie. Nasi studenci są absolwentami szkół aktorskich, a wykłady w Centrum Filmowym stanowią tylko uzupełnienie ich edukacji. Ale wydaje mi się ono konieczne ze względu na to, że w rozmaitych akademiach teatralnych uczą, jak grać Hamleta, ale nikt nie tłumaczy, jak tę rolę w ogóle zdobyć. Co zrobić, kiedy trafia się na casting, kiedy staje się przed ludźmi, którzy siedzą za stołem i wydają jakieś dziwne polecenia. To jest proces całkowicie oderwany od tradycyjnego aktorstwa, a jednocześnie zależy od niego nieraz cała kariera. Na castingach wiele utalentowanych osób przepada tylko dlatego, że komisja wymaga od nich czegoś, z czym i tak nie mieliby do czynienia na planie. Z doświadczenia wiem, że żaden reżyser nie wydaje aktorom takich poleceń jak jurorzy na przesłuchaniu. Gra w filmie i gra na castingu to dwa różne rodzaje aktorstwa. Dlatego właśnie chcemy przygotować młodych ludzi do takich przesłuchań. Chcemy im uświadomić, jak mogą wykorzystać swoje naturalne atuty, co mogą zrobić, by przejść ten trudny sprawdzian. Wydaje mi się, że ten pomysł ma przyszłość. Czas pokaże.



[Yola Czaderska-Hayek]