Taylor Lautner gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Nie masz nawet dwudziestu lat, a już jesteś sławny i bogaty. Jak się czujesz w roli gwiazdy?

Taylor Lautner: Mam wrażenie, że żyję w dwóch światach jednocześnie. W pierwszym z nich występuję w filmach, udzielam wywiadów i pozuję do zdjęć, a w drugim jak dawniej spotykam się z rodziną i znajomymi, jakby nic się nie zmieniło. Oczywiście bardzo mi zależy na tym, by tego drugiego świata nie utracić, ale ten pierwszy całkiem mi się podoba. Jasne, to nie jest normalne, kiedy człowiek budzi się rano i widzi przed domem dwanaście samochodów, w których czają się paparazzi, ale można do tego przywyknąć. Dobrych stron tej sytuacji jest znacznie więcej niż złych. Jeśli miałbym się na coś skarżyć, to tylko na jedną rzecz: nie mogę już tak po prostu pójść do wesołego miasteczka i przejechać się diabelską kolejką. Szkoda. Brakuje mi tego.

A sport? Nie tęsknisz za nim? Kiedyś regularnie ćwiczyłeś karate.

Na pewno! Nie byłbym dziś tu, gdzie jestem, gdyby nie ćwiczenia. Dzięki nim nauczyłem się, że nic w życiu nie przychodzi łatwo. Człowiek nie realizuje swoich marzeń, leżąc w łóżku. Do tego potrzebna jest ciężka praca i dyscyplina. Sport nauczył mnie także zdrowej rywalizacji. Troszeczkę tęsknię za dawnymi czasami, kiedy jeździłem z rodzicami na zawody, a w każdy weekend graliśmy w piłkę. Ale tak to już w życiu bywa: coś za coś.

Przygotowując się do roli, spędziłeś sporo czasu w siłowni. To też musiało Cię sporo kosztować.

Owszem, zwłaszcza że przekonałem się, że wyćwiczyć mięśnie to jedno, a utrzymać je to zupełnie inna sprawa. Na początku, kiedy chodziłem do siłowni przez pięć dni w tygodniu, okazało się, że tracę na wadze zamiast przybierać. Trzeba było przerzucić się na specjalną dietę. W tej chwili muszę narzucać sobie bardzo ostry reżim i jeść odpowiedni posiłek co dwie godziny, bo inaczej błyskawicznie tracę masę. Najgorsze, że nie mogę jeść byle czego, tylko rzeczy zalecane przez dietetyka: surowe bataty, mielone mięso, migdały... Wystarczy chwila nieuwagi i już ważę dwa kilo mniej. A z powrotem odzyskać tę wagę jest bardzo ciężko. Dlatego przez cały czas muszę się pilnować.

Sukces "Zmierzchu" nie przewrócił Ci w głowie?

Nie sądzę. Przede wszystkim nikt z nas nie spodziewał się, że "Zmierzch" okaże się aż takim przebojem. Owszem, kręciliśmy adaptację popularnej książki, ale nie mieliśmy pewności, czy fani tę wizję zaakceptują. Tymczasem okazało się, że film zdobył popularność i zaczęło się o nim robić coraz głośniej. Byliśmy autentycznie tym zaskoczeni. Dla nas saga "Zmierzch" to przede wszystkim coś, co nam się po prostu podoba i nad czym z przyjemnością pracujemy. Niesamowity odzew ze strony fanów to oczywiście miła rzecz, ale raczej nikomu z nas woda sodowa nie uderzyła z tego powodu do głowy. Wydaje mi się, że spore znaczenie ma fakt, że my wszyscy zwyczajnie się lubimy i nie przeszkadza nam, że musimy spędzać razem tyle czasu. To mnie cieszy, bo strach pomyśleć, jak wyglądałaby praca na planie, gdybyśmy się nawzajem nie znosili.

W tej chwili aktorów ogarnął szał wpisywania komentarzy na Twitterze. Czy Wasza trójka też udziela się w Internecie?

Ja na pewno nie. O ile wiem, Kristen [Stewart - Y. Cz.-H.] i Robert [Pattinson - Y. Cz.-H.] też nie mają konta na Twitterze. Więc nie piszemy nic w sieci. Zresztą rzadko mielibyśmy na to czas. Na planie albo jesteśmy zajęci, albo próbujemy odpocząć, korzystając z wolnej chwili.

Robicie sobie nawzajem dowcipy?

Głupio mi to przyznać, ale nie. Aż wstyd, jacy jesteśmy grzeczni (śmiech). Próbuję w tej chwili przypomnieć sobie jakieś wydarzenia z planu, żeby cokolwiek Ci opowiedzieć (śmiech), ale najbardziej ekscytująca rzecz, jaka mi przychodzi do głowy, to nasza ulubiona zabawa z Kristen: ona mi rzuca winogrona do ust, a ja je łapię w locie. Naprawdę, straszni z nas nudziarze (śmiech). To się musi zmienić. Obiecuję Ci, że podczas kręcenia "Przed świtem" będziemy robili sobie na planie mnóstwo kawałów. Na pewno coś wymyślę.

Jak w ogóle trafiłeś do obsady "Zmierzchu"?

Nie mam pojęcia, czemu wybrali właśnie mnie. Na pewno bardzo mi na tym zależało, bo podobała mi się zarówno sama historia, jak i postać Jacoba. Catherine Hardwicke [reżyserka pierwszej części "Zmierzchu" - Y. Cz.-H.] podobał się mój zapał, ale to oczywiście nie dawało mi żadnej gwarancji. Wiadomość o tym, że zagram Jacoba, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Nie zdawałem sobie sprawy, że na punkcie sagi rozpęta się taki szał, po prostu cieszyło mnie, że mogę zagrać ulubionego bohatera.

Nie kusiło Cię, żeby zapytać Catherine, dlaczego wybrała Ciebie?

Nie, wolałem nie zapeszać. Na pewno miała swoje powody. Po prostu postanowiłem jej zaufać. Ale do końca życia będę jej za to wdzięczny.

Co sprawiło Ci najwięcej kłopotów podczas realizacji sagi?

To zależy, co rozumiesz przez kłopoty. Pamiętam scenę, która wymagała ode mnie sporo wysiłku. W scenariuszu wyglądało to tak, że Jacob niesie Bellę na rękach i mówi do niej przez cały czas. Specjaliści od efektów zamontowali na mnie specjalną uprząż, w której miała zawisnąć Kristen. Ale kiedy zaczęliśmy zdjęcia, okazało się, że chodzenie z uprzężą wygląda strasznie nienaturalnie. Nie było wyjścia, musiałem rzeczywiście nieść Kristen! Ona waży jakieś pięćdziesiąt kilo. To może nie jest dużo, ale trzeba było sfilmować najpierw plan ogólny, potem zbliżenie, potem ujęcie pod jednym kątem, pod drugim... A do tego przez cały czas musiałem coś mówić. W scenariuszu to są jakieś trzy, cztery strony tekstu. Wyszło na to, że nosiłem Kristen praktycznie cały dzień. Ale to tylko jeden rodzaj kłopotów. Były też inne.

To znaczy?

Najwięcej trudności sprawiły mi sceny, w których Jacob wydziera się na Edwarda. Nie jest łatwo odegrać nienawiść do drugiego człowieka, kiedy w rzeczywistości przyjaźnisz się z nim serdecznie. Nie potrafię nienawidzić Roberta, to fantastyczny facet. Dlatego przy scenach kłótni, kiedy rzucaliśmy się sobie do oczu, obydwaj dostawaliśmy ataku śmiechu. Bo to było po prostu absurdalne. Ale za to potem było fajnie, kiedy Jacob mógł pocałować Bellę (śmiech).

Jak Ci się pracuje z Kristen?

Fajnie. Lubimy się, nie mamy przed sobą tajemnic, możemy porozmawiać na każdy temat. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale jesteśmy trochę jak Jacob i Bella. Mamy bardzo zdrowy, przyjacielski układ i to nam ułatwia pracę.

Zastanawiałeś się kiedyś, jak zareagowałbyś, gdybyś naprawdę znalazł się w podobnej sytuacji, co Jacob?

Wolałbym, aby do tego nie doszło. To bardzo niezręczna sytuacja dla wszystkich. Oczywiście Jacob wychodzi na tym najgorzej, ponieważ udaje mu się zbliżyć do Belli i za każdym razem słyszy: "Nie". Ale nie rezygnuje i wciąż się stara ją zdobyć. Ciągle walczy.

Mówisz o Jacobie, a ja pytam o Ciebie. Też byś walczył?

Gdybym był zakochany tak, jak on? Tak, oczywiście (śmiech).

Jacob przez długi czas kryje się ze swoim uczuciem. Ty też jesteś taki nieśmiały?

To zależy od sytuacji. Gdyby w grę wchodził ktoś trzeci, pewnie długo bym się wahał, podobnie jak Jacob. Ale jeśli poczułbym iskrzenie między mną i drugą osobą, a instynkt podpowiadałby mi, że warto zaryzykować, to czemu nie? Podejrzewam, że sprawy potoczyłyby się szybciej. Naprawdę wszystko zależy od sytuacji i przede wszystkim od tej drugiej osoby.

Jaka musiałaby być ta osoba, żebyś poczuł iskrzenie? Co jest dla Ciebie ważne w drugim człowieku?

Lojalność i uczciwość. Dobrze byłoby też, gdyby to był ktoś, z kim można się powygłupiać. Z Tobą na przykład mogę wygłupiać się bez problemu (śmiech). Chodzi o to, żeby nie musieć nikogo udawać, żeby być sobą i móc się razem pośmiać.

A co z wyglądem? Nie jest ważny?

Oczywiście, że jest. Byłoby miło, gdyby ta druga osoba ładnie wyglądała. Ale dla mnie liczy się też, co sobą reprezentuje. Co poradziłbyś osobie, która przeżyła zawód miłosny?

Posłuchać muzyki. W moim przypadku to działa.

O Twoich partnerach z obsady słychać całkiem sporo. Ty zaś sprawiasz wrażenie, jakbyś trzymał się na uboczu. Nie kuszą Cię hollywoodzkie bankiety?

Nie, to po prostu nie moja bajka. Wolę posiedzieć w domu albo spotkać się ze znajomymi. Na bankiety zupełnie mnie nie ciągnie.

A mimo to nie ruszasz się bez ochroniarza. Czy zdarzają się sytuacje, że budzi się w Tobie wilk? Nie irytują Cię natrętni fani?

Nikomu jeszcze nie udało się obudzić we mnie wilka (śmiech). A już na pewno nie fanom. Raczej wprost przeciwnie, w kontaktach z nimi robię się łagodny jak baranek. Nie wiem, co musiałoby mnie aż tak zdenerwować. Cenię sobie szczerość, więc może gdyby ktoś mnie okłamał, to mogłoby mi podziałać na nerwy. Ale z pewnością nie irytują mnie fani "Zmierzchu" .

Nie czujesz się dziwnie, chodząc z ochroną?

Nie, nie mam takiego wrażenia. Może dlatego, że ze wszystkimi ludźmi z mojego otoczenia żyję w dobrych układach. Staram się, by nasze kontakty wyglądały naturalnie. To po prostu część pracy.

Otacza Cię teraz mnóstwo ludzi, którzy próbują wpłynąć na Twoją karierę. Jak sobie z tym radzisz?

Często korzystam z pomocy innych. Słucham ludzi i przez cały czas czegoś nowego się uczę. Nie uważam, że jestem najmądrzejszy na świecie. Nikt nie zna się na wszystkim, a już na pewno nie ja. Dlatego zawsze jestem otwarty na dobre rady. Poza tym zawsze mam przy sobie rodzinę i przyjaciół, którzy świetnie mnie znają i wiedzą, co dla mnie dobre.

Twój ojciec, pilot, wspominał kiedyś, że teraz, kiedy jesteś sławny, stać Cię na własny samolot. Zamierzasz sobie sprawić odrzutowiec?.

Czemu nie? Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym, ale ojcu pewnie by się spodobało (śmiech). Na pewno cieszyłby się, mogąc nim polatać.

Dostajesz pewnie mnóstwo scenariuszy. Czytasz wszystkie?

Staram się, choć nie zawsze się da. Jeżeli scenariusz da się doczytać do końca, to już jest dobrze. Nie o wszystkich da się to powiedzieć.

Jakie masz najbliższe plany?

Dosłownie za kilka dni wyjeżdżam do Pittsburgha, gdzie zaczynamy kręcić "Abduction". To film w reżyserii Johna Singletona. Gram razem z Sigourney Weaver i Alfredem Moliną. Bohaterem jest chłopak ze szkoły średniej, który odkrywa, że na stronie poświęconej osobom zaginionym znajduje się jego zdjęcie. Przekonuje się, że całe jego dotychczasowe życie było kłamstwem. Chce poznać prawdę o sobie i swojej rodzinie, ale wtedy ktoś zaczyna go ścigać. To przede wszystkim film akcji, ale ze świetnym pomysłem na fabułę. Oprócz "Abduction" przygotowuję się też do nowej produkcji, "Stretch Armstrong" . To historia tajnego agenta, który dzięki eksperymentowi naukowemu potrafi się rozciągać. Na razie jeszcze nie ma scenariusza, bo cały projekt zaczął się od zabawki [rozciągliwa figurka Stretcha Armstronga pojawiła się w amerykańskich sklepach w 1976 roku - Y. Cz.-H.]. Ale sam pomysł bardzo mi się podoba.

W jaki sposób zachęciłbyś do "Zmierzchu" tych, którzy jeszcze nie czytali powieści?

To książka, w której każdy coś dla siebie znajdzie. Jest w niej romans, co mi się akurat najbardziej podoba. Jest akcja, jest napięcie, no i przede wszystkim są wilkołaki! Nie da się nie lubić książki, w której są wilkołaki. Dlatego polecam też filmową sagę. Wilkołaki są super!



[Yola Czaderska-Hayek]