Christopher Nolan gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Wygląda na to, że "Incepcja" to pierwszy w historii Hollywoodu dramat egzystencjalny o grupie złodziei. Jak wpadłeś na pomysł ingerowania w cudze sny?

Christopher Nolan: Sny zawsze mnie interesowały, szczególnie jako reżysera. Pomyśl: każdej nocy we śnie tworzymy historie, tworzymy światy. Powołujemy do życia ludzi. Gdy z nimi rozmawiamy, mówią słowami, które sami dla nich ułożyliśmy. Ale nie zdajemy sobie z tego sprawy. Wydaje nam się, że faktycznie jesteśmy w innym, obcym świecie. Podczas gdy wszystko dzieje się wewnątrz naszego umysłu. Sny to fascynująca sprawa. Pokazują, jak wiele nieznanych jeszcze możliwości kryje ludzki mózg. Pamiętam, że jakieś dziesięć lat temu przyszedł mi do głowy pomysł na opowieść o złodziejach, którzy wdzierają się do cudzych marzeń sennych. Podobny proces ma miejsce, gdy siedzimy w kinie: również wkraczamy do nieistniejącego świata, który stworzył ktoś inny. Czasem łatwo zapomnieć, że to tylko fikcja, prawda? Pomyślałem więc, że ci moi złodzieje mogliby zajmować się kreowaniem alternatywnej rzeczywistości, by w jej obrębie manipulować innymi ludźmi. W tym świecie również łatwo się zagubić i zapomnieć, że to tylko fantazja. Z czasem dodawałem do pierwotnego pomysłu kolejne elementy. Najważniejsze jednak było dla mnie stworzenie fabuły, która zapewniłaby filmowi emocjonalny środek ciężkości.

Korzystałeś z prac naukowych na temat snów?

Szczerze powiedziawszy, nie. Ograniczyłem się jedynie do podstawowych informacji. "Incepcja" nie miała być filmem naukowym, ale raczej moim subiektywnym spojrzeniem na to, co dzieje się w umyśle człowieka podczas snu. Podobnie przy pisaniu scenariusza "Memento" opierałem się na własnych przemyśleniach na temat ludzkiej pamięci. Najbardziej zastanowiło mnie, że po kilku pokazach widzowie powiedzieli mi, że teraz mają o wiele ciekawsze sny. Byłem tym zaskoczony, bo nie miałem pojęcia, w jaki sposób "Incepcja" mogłaby na to wpłynąć. Ale potem zdałem sobie sprawę, że film skłania ludzi do myślenia o swoich snach. Do analizowania ich, do zastanawiania się nad nimi. Wtedy człowiekowi łatwiej zapamiętać, co mu się śniło w nocy. Następuje większe sprzężenie między przeżyciami na jawie i wizjami stworzonymi przez umysł. Stąd być może wynika wrażenie, że sny zrobiły się ciekawsze.

Bohaterowie Twoich filmów mają problemy albo ze snem, albo z pamięcią. Fascynują Cię ludzie z defektami?

Powiedzmy, że bardziej fascynuje mnie narracja subiektywna, osobisty punkt widzenia w opowiadanej historii. Dzięki temu film, szczególnie jeśli jest to thriller albo dramat sensacyjny, nabiera nowego wymiaru. Bohater ze względu na swoje ułomności porusza się w labiryncie, po omacku, a widzowie, przyjmując jego punkt widzenia, poruszają się razem z nim. Znają tylko część informacji, a resztę muszą odkryć sami, mając w dodatku na uwadze, że to, co przekazuje im bohater, niekoniecznie musi zgadzać się z rzeczywistością. Narrator widzi to, co chce widzieć albo to, co mu się wydaje. Odbiorca sam musi zdecydować, czy mu uwierzyć. Film zamienia się w łamigłówkę, którą widz rozwiązuje razem z bohaterem. Czasem obydwaj mogą dojść do zupełnie innych rozwiązań! Dlatego właśnie narrację subiektywną uważam za najciekawsze narzędzie przy kręceniu filmów.

Jak udało Ci się zaangażować Leonarda DiCaprio do udziału w "Incepcji"?

Od dłuższego czasu próbowałem namówić go do współpracy. Miałem dla niego kilka propozycji. Cieszę się, że wreszcie się zgodził. Od momentu, w którym powiedział "Tak", praca nad "Incepcją" mogła wreszcie ruszyć z kopyta. Dla reżysera praca z takim aktorem, jak Leo, to prawdziwa przyjemność. To niesamowicie utalentowany chłopak. Gdy pojawia się na ekranie, nie można oderwać od niego oczu. Dzięki temu widzom łatwiej zidentyfikować się z nim i zaangażować się w opowieść. A to jest przecież najważniejsze! Wszystkie efekty specjalne czy zwroty akcji nie mają znaczenia, jeżeli widowni nie obchodzi, co się dzieje z głównym bohaterem. Leonardo unika gwiazdorskiego przerysowania czy efekciarstwa. Skupia się na postaci, którą gra i nawet przez moment nie wychodzi z roli. Po prostu staje się innym człowiekiem.

Jak to wygląda w praktyce?

Bardzo uważnie czyta scenariusz. I zadaje szereg pytań. Kim jest jego bohater? Co robi, kiedy ma wolne? Co się wydarzyło w jego przeszłości? O czym myśli? Jakie ma odruchy? Leo potrafi analizować w ten sposób każdą linijkę tekstu. Dzięki temu jest w stanie wychwycić wszelkie niekonsekwencje, wszystkie fałszywe nuty. Postać, którą gra, staje się na tyle żywa, na ile to możliwe w filmie. Dla mnie jako reżysera praca, jaką włożył Leonardo, stanowiła nieocenioną pomoc. Ale dla mnie jako scenarzysty było to bardzo trudne zadanie. Nie mogłem liczyć na taryfę ulgową. Pamiętam, że zanim ruszyły zdjęcia, spędziliśmy we dwójkę wiele godzin u mnie w biurze, omawiając różne detale. Miało to ten zasadniczy plus, że potem, na planie, każdy z nas wiedział już, co do niego należy. Jasne, podczas realizacji często nanosi się zmiany w tekście, często się improwizuje - na tym zresztą polega frajda w tej pracy - ale w naszym przypadku była to wyłącznie kosmetyka. Wszystkie najważniejsze poprawki zostały zrobione już wcześniej. To naprawdę usprawniło cały proces. Lepiej obgadać coś we dwóch na samym początku niż w trakcie pracy, kiedy wszystko jest rozgrzebane, kilkaset osób czeka na decyzję, a licznik bije.

Czy pozostałe role powstały z myślą o konkretnych aktorach? Niektórzy pojawiają się regularnie w Twoich filmach.

Odpowiednie obsadzenie głównej roli miało, rzecz jasna, kluczowe znaczenie, ale "Incepcja" to przede wszystkim film o grupie złodziei, a nie tylko o jednym z nich. Trzeba więc było tak dobrać aktorów, aby rzeczywiście stworzyli zespół. Z niektórymi pracowałem już wcześniej: to Cillian Murphy , Michael Caine i Ken Watanabe . Z innymi spotkałem się po raz pierwszy. Bardzo ważną postacią była dla mnie Ariadne. W scenariuszu dopiero dołącza do grupy, jest nowicjuszem. Tak naprawdę reprezentuje punkt widzenia odbiorcy, który dopiero się uczy, jak się penetruje cudze sny. Dziewczyna zadaje pytania, które ma ochotę zadać widz. To bardzo trudna rola do zagrania. Trzeba włożyć wiele wysiłku, by Ariadne stała się realną postacią, a nie tylko figurką do pouczania publiczności. Ellen Page znakomicie sobie poradziła. Także Marion Cotillard wypadła wspaniale jako nieżyjąca żona głównego bohatera, która nawiedza go w snach i wspomnieniach. To swego rodzaju kobieta fatalna, tajemnicza i groźna, a zarazem niezwykle pociągająca.

Skąd wziął się pomysł na postać, którą gra Ken Watanabe?

Przede wszystkim stąd, że bardzo chciałem nakręcić z nim jeszcze jeden film. Poznaliśmy się na planie "Batmana". Zafascynował mnie od pierwszej chwili. To wspaniały aktor, wystarczy, że tylko pojawi się na ekranie, by od razu zahipnotyzować widzów. Kiedy pisałem scenariusz "Incepcji", włączyłem do akcji tajemniczego japońskiego biznesmena, który ma swoje plany wobec bohaterów. Nie wiadomo, kim tak naprawdę jest, czy jest dobry, czy zły. Doszedłem do wniosku, że to rola w sam raz dla Kena. Dzięki jego charyzmie udało się stworzyć naprawdę interesującą postać.

Czy to ze względu na niego osadziłeś część akcji w Japonii?

Nie tylko. Ten kraj od dawna mnie fascynuje. Po raz pierwszy odwiedziłem Tokio podczas promocji "Memento". Pamiętam, że nie miałem wielkiej ochoty na podróż, bo kończyłem wtedy pracę nad "Bezsennością" . Ale producenci naciskali. Zgodziłem się... i nie żałuję! Od tamtej pory szukałem okazji, by nakręcić film w Japonii. Wreszcie się udało!

W "Batmanie" stworzyłeś mroczne Gotham City, filmując ulice Chicago. Tu również przekształcasz autentyczne plenery w fantastyczny świat.

Takie było podstawowe założenie. W jednej ze scen główny bohater mówi: "Sny wydają się prawdziwe, kiedy w nich jesteś". Dlatego nie mogłem sobie pozwolić na jakieś surrealistyczne wizje. Tak, wiem, to brzmi dziwnie, bo w końcu mowa o filmie, w którym ulice zaginają się w przestrzeni wbrew prawom grawitacji. Ale chciałem uniknąć efektów rodem z obrazów Dalego. Tam przecież z góry wiadomo, że to fikcja. Mi zaś chodziło o uśpienie czujności zarówno widzów, jak i bohaterów; o stworzenie wrażenia, że dana scena rozgrywa się w rzeczywistej okolicy, w miejscu znanym choćby z folderów turystycznych. Tym większy szok, kiedy okazuje się, że to jednak senny majak. Poprosiłem magików od efektów specjalnych, aby podczas scen transformacji potraktowali miasto jak gigantyczny mechanizm, który właśnie zmienia swój wewnętrzny układ. Żadnych łagodnych krzywizn, same linie proste i ostre kąty. Ta sekwencja miała oddziaływać na widzów przede wszystkim na poziomie wizualnym. Poza tym raczej unikaliśmy nadmiernych eksperymentów. Krajobrazy ze snów miały maksymalnie przypominać realny świat. To wszystko.

Jak udało Ci się osiągnąć ten efekt, gdy w Paryżu ulica zaczyna nagle biec w górę?

Wiesz, co sprawiło nam największą trudność? Znalezienie odpowiedniej ulicy. I uzyskanie pozwolenia na to, by ją w całości obfotografować, stworzyć trójwymiarową makietę w komputerze, no i do tego wstrzymać na niej ruch na tyle długo, by nakręcić zdjęcia. Całą resztę wykonali ludzie od efektów specjalnych. Marzyłem o nakręceniu takiej sceny! Zależało mi na tym, by pokazać na ekranie świat z pozoru realny, w którym dzieją się rzeczy niemożliwe. A jednym z filarów naszego postrzegania rzeczywistości jest grawitacja. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że tu jest góra, tam jest dół i to się nigdy nie zmienia. Tymczasem w "Incepcji" bohaterowie wędrują do Paryża, po czym nagle wszelkie prawa fizyki idą do diabła. Wyobraź sobie, że ulica, którą znasz, zaczyna biec w górę pod kątem prostym. Rzeczywistość, którą znasz, przestaje istnieć. Nie wiadomo, jak zareagować w takiej sytuacji.

W scenie w hotelu również grawitacja przestaje działać.

Tutaj przyznam, że było trochę trudniej osiągnąć odpowiedni efekt. Zbudowaliśmy kilka modeli korytarza hotelowego i szybu windowego. W poziomie, w pionie, także wersję, która obracała się wzdłuż własnej osi. Oczywiście podwiesiliśmy też uprząż, żeby aktorzy sprawiali wrażenie, że szybują w powietrzu. Biedny Joseph [Gordon-Levitt - Y. Cz.-H.] naprawdę wiele wycierpiał podczas tej sceny. Gdyby nie jego olbrzymie poświęcenie, nie udałoby się nam jej nakręcić. Pamiętam, że przed rozpoczęciem zdjęć pokazałem mu makiety dekoracji i uprząż. Ostrzegłem, że będzie trudno. Mimo to się zgodził. Nie każdy wytrzymałby, wisząc głową w dół kilka metrów nad ziemią. I do tego jeszcze musiał się bić, przecież to jest sekwencja walki! Naprawdę przeczołgałem tego biedaka, biję się za to w piersi (śmiech). Najlepsze w tej scenie jest to, że każde, autentycznie każde ujęcie pochodzi z innej wersji korytarza. Zmontowaliśmy cały materiał tak, że w ogóle nie widać różnic. To znaczy, mam nadzieję, że nikt ich nie zauważy.

Czy to prawda, że nowy "Batman" ma być filmem trójwymiarowym?

Pierwsze słyszę. Czy ja w ogóle mówiłem, że nakręcę nowego "Batmana"? (śmiech)

Przecież nie pytam, czy to Ty go nakręcisz. Jestem jednak ciekawa, co sądzisz na temat filmów 3D.

Powiem Ci szczerze, że na razie siedzę i czekam, jak się rozwinie sytuacja. Bo odkąd pamiętam, erę filmów trójwymiarowych zapowiadano już wielokrotnie i za każdym razem kończyło się tylko na deklaracjach. Zastanawialiśmy się nawet, czy nakręcić "Incepcję" w 3D, ale doszliśmy do wniosku, że nie starczy nam na to czasu. Poza tym nie przepadam zanadto za filmami trójwymiarowymi. Uważam, że w dobrym filmie trzeci wymiar widać nawet bez pomocy specjalnych okularów. O to przecież w tym wszystkim chodzi, żeby uzyskać złudzenie głębi. Jak widzisz, nie podchodzę do tej technologii ze specjalnym entuzjazmem. Ale wszystko zależy od oczekiwań widzów. Jeżeli będą domagać się superprodukcji w 3D, to nie będzie można tego zlekceważyć. Na razie jednak pozostaję sceptykiem.

Nie miałbyś ochoty pozaglądać do cudzych snów?

Nie wiem. Cała ta technologia umożliwiająca podglądanie marzeń sennych wydaje się służyć złym celom. "Incepcja" jednoznacznie sugeruje, że korzystają na niej przede wszystkim złodzieje. A przecież sny to jedne z najintymniejszych przeżyć człowieka! Na pewno nie chciałbym, żeby ktoś bez mojej wiedzy obserwował, co mi się śni. Dlatego, choć w filmie opowiadam o tym w sposób rozrywkowy, konsekwencje takiego zabiegu mogą być naprawdę groźne. Wolę o tym nie myśleć.




[Yola Czaderska-Hayek]