Edie Falco gościem Yoli



Edie Falco to tegoroczna laureatka nagrody Emmy za rolę w serialu "Siostra Jackie". Tych wyróżnień aktorka ma już w sumie cztery, bo poprzednie otrzymała za rolę w serialu "Rodzina Soprano". Falco ma też w swoim dorobku dwa Złote Globy oraz sześć kolejnych nominacji. O obu świetnych telewizyjnych realizacjach jedna z najlepszych aktorek w USA opowiada w wywiadzie udzielnym Yoli Czaderskiej-Hayek specjalnie dla Stopklatki.

Yola Czaderska-Hayek: W sierpniu otrzymałaś nagrodę Emmy za rolę w "Siostrze Jackie". To już czwarta w Twoim dorobku, ale pierwsza za serial komediowy. Jak to się stało, że postanowiłaś zmienić wizerunek?

Edie Falco: Przede wszystkim nigdy nie uważałam się za aktorkę komediową. Ja w ogóle nie jestem zabawna! Dlatego do tej pory nie mogę uwierzyć, że spotkało mnie takie wyróżnienie. Poprzednie nagrody dostałam za "Rodzinę Soprano", ale Carmela to zupełnie inna postać niż Jackie. Poukładana, twardo stąpająca po ziemi. Jackie to bałaganiara, której nieustannie coś się w życiu psuje. Obawiam się, że prywatnie znacznie bliżej mi do niej niż do żony Tony'ego Soprano. Może dlatego przejście z jednego serialu do drugiego nie sprawiło mi problemu.

Czemu bez przerwy podkreślasz, że nie jesteś zabawna? To samo mówiłaś, odbierając nagrodę.

Bo naprawdę tak uważam! Nie ma dla mnie bardziej stresującej pracy niż zawód komika, szczególnie estradowego. Na samą myśl o tym, że miałabym wyjść na scenę i zacząć rozśmieszać ludzi, umarłabym ze strachu. Nie byłabym w stanie opowiedzieć ani jednego dowcipu. Dlatego komedia to jedno z najtrudniejszych wyzwań dla aktora. Nie ma nic gorszego niż próbować rozbawić kogoś na siłę. Z drugiej strony moja rodzina i przyjaciele twierdzą, że w moim towarzystwie bawią się znakomicie, być może więc cały problem tkwi w tym, że przed obcymi ludźmi nie potrafię się otworzyć.

Skoro rozśmieszanie ludzi jest sprzeczne z Twoją naturą, dlaczego zdecydowałaś się na serial komediowy?

Po zakończeniu pracy nad "Rodziną Soprano" postawiłam sobie dwa zasadnicze cele. Pierwszy: chciałam zagrać w kolejnym serialu. Odpowiada mi ten rodzaj pracy, w konkretnych godzinach, od poniedziałku do piątku. Lubię mieć zorganizowany czas, bez niespodzianek i przestojów. Cel numer dwa: scenariusz musiał mi się podobać, nie zagrałabym w byle czym. Poprzeczkę postawiłam sobie naprawdę wysoko. Tekst "Siostry Jackie" dostałam do czytania na bardzo wczesnym etapie, kiedy serial miał się jeszcze nazywać "Siostra Mona". I zaciekawiła mnie tytułowa postać. Pomyślałam, że ją lubię i chętnie spędziłabym z nią trochę czasu.

Miałaś nadzieję, że "Siostra Jackie" będzie równie popularna, co "Rodzina Soprano"?

W ogóle o tym nie myślałam. Tego się nigdy nie wie. Kiedy zaczyna się praca nad serialem, nikt nie ma pojęcia, czy widownia zaakceptuje bohaterów i czy będzie chciała ich oglądać. Dlatego, wybierając rolę, nie zadawałam sobie pytania, czy publiczności spodoba się serial. Ważne było, aby podobał się mnie.

Z jakim wyprzedzeniem dowiadujesz się o tym, co się będzie działo w serialu?

Z niewielkim. Kiedy zaczynaliśmy kręcić drugi sezon, nie miałam pojęcia, jak się skończy i co się stanie z bohaterką. Teraz nie wiem, co się wydarzy w trzecim. Odpowiada mi to, ponieważ niewiedza pozwala uniknąć nudy w pracy. A poza tym łatwiej mogę wczuć się w położenie widzów, którzy chcą poznać dalszy ciąg. Mogę tylko zagwarantować jedno: Jackie na pewno nie zmądrzeje i nadal będzie psuła życie sobie i innym. Okazji jej nie zabraknie.

No właśnie, chciałam zapytać, co takiego podoba Ci się w Jackie, która nieustannie rani swoich najbliższych?

Owszem, rani, ale nieumyślnie (śmiech). To nie jest zła osoba. Nie robi tego celowo, zresztą nie znam nikogo, kto z premedytacją i wyrachowaniem raniłby najbliższą osobę. Jackie ma poważny problem, ponieważ jest uzależniona od środków przeciwbólowych. Wszystko inne schodzi na dalszy plan. W momencie, kiedy nałóg daje o sobie znać, rozpętuje się piekło. Mimo to w głębi duszy Jackie jest dobrym człowiekiem. Pragnie pomagać ludziom. Tylko niestety nie zawsze jej wychodzi.

Mam wrażenie, że we współczesnych serialach panuje moda na ułomnych, niedoskonałych
bohaterów. Jak nie antypatyczny lekarz, to seryjny morderca. Albo gangster.

Rzeczywiście, to prawda. Dzisiejsi bohaterowie są znacznie mniej kryształowi niż kiedyś. Ale to wynika po części z faktu, że seriale stały się o wiele bardziej realistyczne, pokazują sceny dosłownie wzięte z życia. A w życiu mało kto jest doskonały, każdy ma mniejsze lub większe wady. Być może dlatego widzowie chcą oglądać bohaterów z ułomnościami - takich, jakich znają z własnego otoczenia. Świat się zmienia, więc i telewizja musiała się zmienić. Dla mnie Jackie nie wyróżnia się zanadto spośród współczesnych postaci z seriali. A ponieważ wiem nieco o uzależnieniach, więc nie zamierzam jej potępiać.

Możesz powiedzieć coś więcej na ten temat?

O uzależnieniu wiem nie tylko z własnego doświadczenia [Edie Falco przyznała publicznie, że udało jej się pokonać nałóg alkoholowy - Y. Cz.-H.], ale i z obserwacji osób, które znam. Trudno te wszystkie zawiłości wyjaśnić komuś, kto nigdy nie miał tego problemu, ale jednym z podświadomych pragnień, jakie kierują osobą uzależnioną, jest chęć zniszczenia wszystkiego, co dobre w swoim życiu. Jackie to odpowiedni przykład: ma kochającego męża, cudowne dzieci i ciekawą pracę, ale wskutek uzależnienia nie uważa się za dobrego człowieka. Sądzi, że na to wszystko nie zasługuje. Dlatego próbuje zniszczyć sobie życie, żeby ukarać samą siebie za nałóg. Nie wiem, czy potrafię to wytłumaczyć. Uprzedzałam, że dla osoby nieuzależnionej to może brzmieć bezsensownie.

Ale czy do uzależnienia Jackie nie przyczyniła się jej praca?

To skomplikowana sprawa. W przypadku osoby ze skłonnościami do uzależnień każde usprawiedliwienie jest dobre. Nawet i to, że zabrali jej ukochanego pieska, kiedy była mała. Nałóg to nałóg - jeżeli masz w niego wpaść, to wpadniesz. Powód tkwi w człowieku, a nie w otoczeniu. Jackie może się tłumaczyć, że ma trudną, stresującą pracę, że często bolą ją plecy, ale moim zdaniem nawet gdyby była prawniczką czy hydraulikiem, to i tak wpadłaby w uzależnienie.

Sugerujesz, że jest to nieuchronne?

To zależy, czy ktoś ma do tego skłonności, czy nie. Można je mieć, ale nawet nie zdawać sobie sprawy z ich istnienia. Jeśli ktoś ma kochającą rodzinę, szczęśliwe życie, zdrowo się odżywia, to jego skłonności mogą się nigdy nie ujawnić. Z kolei rozmaite traumy z dzieciństwa, kłótnie z najbliższymi, problemy w pracy mogą przyspieszyć wpadnięcie w nałóg. To zupełnie jak z rakiem: wiadomo, że niektórzy ludzie mają chorobę zapisaną w genach, ale przy odpowiednim trybie życia pozostają zdrowi do końca życia. Jeśli jednak ktoś pali, kiepsko się odżywia i nie śpi do późna, to tylko pomaga nowotworowi.

Wspomniałaś, że podczas czytania scenariusza polubiłaś postać Jackie. Czy byłabyś w stanie zaprzyjaźnić się z taką osobą w rzeczywistości?

Oj, nie wiem (śmiech). Udało mi się zerwać kontakty z większością znajomych, którzy mieli problemy. Uzależnienie może być naprawdę groźne. W tym sensie, że nałogowcom nie wolno ufać, nie wolno na nich liczyć. Potrafią być kochani i czarujący, ale trzeba pamiętać, że dla nich się nie liczysz. Priorytetem jest co innego. Dlatego osobę pokroju Jackie trzymałabym raczej na dystans.

Z bohaterką serialu jest jednak taki problem, że jeśli wyjdzie z uzależnienia, to może przestać być atrakcyjna dla widzów. Spójrz na przykład na "Doktora House'a".

Chwileczkę! Ale serial nie nazywa się "Ćpunka Jackie", tylko "Siostra Jackie". Nawet jeśli bohaterce uda się pokonać nałóg, to i tak problemy w pracy nie znikną. Mam nadzieję (śmiech).

Spodziewasz się kolejnych nagród Emmy, jak w przypadku "Rodziny Soprano"?

Daj spokój! Nie miałam pojęcia, że ktokolwiek zechce dać mi nagrodę za "Jackie"! Serio. Kiedy wyczytali moje nazwisko ze sceny, miałam pustkę w głowie. Wyobraź sobie jelenia, który stoi na szosie sparaliżowany na widok świateł samochodu - to byłam właśnie ja. Wiem tylko, że wyszłam, odebrałam statuetkę i coś chyba mówiłam. Ale nic z tego nie pamiętam, potem mi wszystko opowiedzieli. To był dla mnie zbyt wielki szok.

Pamiętasz dalszy ciąg tego wieczoru? Imprezę po gali?

Tutaj Cię rozczaruję, bo nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Z zasady nie lubię chodzić na przyjęcia, ale tamtego wieczoru nie mogłam się wymigać. Poszłam więc z serialową ekipą na tradycyjny bal do gubernatora. Wyściskałam się i wycałowałam ze wszystkimi, przywitałam się też ze znajomymi z innych seriali. Po czym uciekłam do domu. O wpół do dziewiątej siedziałam już przed telewizorem (śmiech). Żałosne, prawda? Wiem (śmiech).

Która ze zdobytych nagród Emmy ma dla Ciebie największe znaczenie?

O rany! Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Za każdym razem, gdy odbierałam nagrodę, byłam innym człowiekiem, z innymi doświadczeniami, na innym etapie życia. Oczywiście największą euforię przeżywa się po raz pierwszy, gdy człowiek nagle awansuje do pierwszej ligi. Ale prawda jest taka, że każda tego rodzaju okazja jest jednakowo ważna i jednakowo piękna. I tej odpowiedzi będę się trzymać.

Gdzie trzymasz swoje statuetki?

Mam specjalny gabinet w domu. Wszystkie nagrody Emmy stoją na półce. Mój syn, który uwielbia film "Auta", mówi na nie: Złote Tłoki. W tym roku, po uroczystości, zadzwoniłam do niego z informacją: "Wygrałam kolejnego Złotego Tłoka" (śmiech).

Jak się czujesz jako matka dwojga dzieci? [W 2004 roku Edie Falco adoptowała chłopca imieniem Anderson, a w roku 2008 - dziewczynkę imieniem Macy - Y. Cz.-H.]

Nie wyobrażam sobie bez nich życia. Choć wychowanie takiej dwójki potrafi dać nieźle w kość. Jestem skonana. Nie zdziw się, jeśli zaraz przy Tobie usnę (śmiech). Wydaje mi się, że te dzieciaki były ze mną od zawsze. Nigdy wcześniej tak się nie czułam. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jak to jest być rodzicem, dopóki nim nie zostanie.

O ile wiem, wychowujesz dzieci samodzielnie. Czy to nie koliduje z Twoją karierą?

Nie, to kwestia organizacji. Właśnie dlatego tak bardzo zależało mi na tym, by zdobyć rolę w serialu telewizyjnym, w regularnym przedziale godzin, a do tego w Nowym Jorku, gdzie mieszkam. Dzięki temu mogę rano ucałować moje maluchy, iść do pracy i wieczorem wrócić do domu, zanim dzieciaki pójdą spać. Pełen komfort! Prezesi Showtime [stacja, która wyprodukowała "Siostrę Jackie" - Y, Cz.-H.] zrobili wszystko, by dostosować czas realizacji serialu do moich potrzeb. Jestem im za to naprawdę bardzo wdzięczna. Poza tym mam wielu przyjaciół, którzy zajmują się Andersonem i Macy podczas mojej nieobecności. Wbrew temu, co kiedyś powiedział Bob Dole, moimi dziećmi rzeczywiście opiekuje się cała wieś [chodzi o wypowiedź republikańskiego senatora: "Nie trzeba całej wsi, by wychować dziecko, wystarczy rodzina" - Y. Cz.-H.]. Bo przez nasz dom przewija się mnóstwo ludzi, których znam i do których mam pełne zaufania. To trochę dziwaczna sytuacja, ale przynajmniej mogę być spokojna, że kiedy pracuję na planie, moje dzieciaki są w dobrych rękach.

Wygląda na to, że nie sposób Cię wyciągnąć z Nowego Jorku.

Faktycznie, raczej nie. Tu się wychowałam i tu jest mój dom. Tu mieszka moja rodzina. Dla mnie to poczucie zakorzenienia jest niezwykle ważne. Pamiętam, że kiedyś pracowałam przez pół roku w Londynie i z nerwów skończyłam jako wrak człowieka. Za bardzo tęsknię za tym miastem. Owszem, nie zawsze bywa idealnie, czasem mam go serdecznie dość. Ale wiem, że zawsze będę wracać do Nowego Jorku. To mój dom, przez duże "D".

Dostać się na szczyt jest ponoć łatwiej niż na nim pozostać. Jakie są Twoje plany na najbliższą przyszłość?

Ależ ja wcale nie miałam zamiaru pchać się na szczyt! Moją ambicją zawsze było granie ról i wygłaszanie tekstów, które napisał dla mnie ktoś inny. A że przy tej okazji udało mi się zdobyć kilka nagród, to cudownie. Kiedy dobrobyt się skończy, to nie będzie tragedii. Zamierzam po prostu robić swoje. A na pewno nie będę pchać się tam, gdzie mnie nie chcą.



[Yola Czaderska-Hayek]