Eva Mendes gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: W "Policji zastępczej" grasz posłuszną żonę, całkowicie podporządkowaną mężowi. Czy byłaś w stanie utożsamić się z tą postacią?

Eva Mendes: Jestem raczej kobietą niezależną, choć pochodzę z mocno konserwatywnej rodziny. Kiedy byłam mała, mama próbowała mi wpoić staroświeckie, tradycyjne wartości. W tym także i to, że kobieta powinna być posłuszna mężczyźnie i wspierać go w każdej sytuacji. Oczywiście nie widzę nic złego w tym, że kobieta stara się, by mężczyzna był przy niej szczęśliwy. Uważam nawet, że jest w tym coś romantycznego. Podejrzewam jednak, że gdybym znalazła się w sytuacji mojej bohaterki i musiała znosić narzekania męża, nie wytrzymałabym długo.

Potrafiłabyś równie często wybaczać, co Twoja bohaterka?

Moim najbliższym - tak. Zawsze. Jestem pod tym względem straszną ofermą. Wystarczy mi zwykłe "przepraszam". Jeśli komuś jest autentycznie przykro, natychmiast wybaczam i zapominam o całej sprawie. Chyba powinnam nad tym popracować, co? (śmiech) Nic na to nie poradzę. Siostrze, mojemu chłopakowi, członkom rodziny czy przyjaciołom wybaczę bez względu na wszystko.

Zastanawiam się, jak to możliwe, że Twój filmowy mąż, czyli Will Ferrell, nie reagował zupełnie na Twój urok. Nie znam mężczyzny, któremu byś się nie podobała.

Bez przesady! Nie zawsze noszę wieczorową suknię od Diora. Zdarza się, że wyglądam całkiem pospolicie. Mogę iść ulicą i nikt nie zwróci na mnie uwagi. Ale kiedy mam świeży makijaż, ułożone włosy i wystrzałowe ciuchy, to co innego. Być może Cię to zdziwi, ale kiedyś w ogóle nie akceptowałam swojego wyglądu.

Teraz mnie rzeczywiście zdziwiłaś. Możesz powiedzieć coś więcej?

Wydawało mi się, że mam za duże usta i za duże zęby. Nie znosiłam ich! Marzyłam o operacji plastycznej. A teraz je uwielbiam.

Co się zmieniło?

Zakochał się we mnie pewien mężczyzna. I wyznał, że najbardziej podoba mu się we mnie mój uśmiech. Rozumiesz? Byłam przekonana, że mam obrzydliwe usta, a on mi powiedział, że są piękne! Wtedy spojrzałam na siebie inaczej. I dzisiaj nie chcę już nic zmieniać. Może tylko czasem krytycznie patrzę na swoje dłonie. Wydają mi się zbyt małe, jak u czternastolatki. Ale to wszystko.

Zapytam z ciekawości: cóż to był za mężczyzna?

Nikt, kogo byś znała (śmiech).

Wiem, że pilnie strzeżesz swojej prywatności. Do tego stopnia, że nawet ze swoim życiowym partnerem nie pokazujesz się publicznie. Jak udaje Ci się to pogodzić z pracą hollywoodzkiej aktorki?

Wybrałam zawód, z którym wiąże się przebywanie w świetle reflektorów. Mój partner zaś nie lubi rozgłosu, woli pozostać w cieniu. A ja zamierzam to uszanować. Dlatego gdy ktoś pyta mnie o nasz związek, po prostu nie odpowiadam. Wszystko, co dotyczy nas obojga - jak się do siebie zwracamy, dokąd jeździmy na wakacje - to tylko nasza sprawa. I tak pozostanie.

Dobrze, zapytam więc w kontekście Twojej roli w filmie: co sądzisz o małżeństwie?

To chyba Oscar Wilde powiedział: "Jeśli chcesz zakończyć romans, ożeń się z tą osobą" (śmiech). Żartuję oczywiście. Ale jest w tym trochę prawdy. Nie każda para nadaje się do małżeństwa. Podam Ci przykład. Moja serdeczna przyjaciółka była z kimś przez dziesięć lat. Wydawało się, że to naprawdę idealny związek, że ci dwoje są dla siebie stworzeni. Po czym po dziesięciu latach wzięli ślub. Osiem miesięcy później byli już po rozwodzie. Czasami pojawiają się jakieś dziwne bariery psychologiczne. Świadomość, że od tej chwili człowiek ma obowiązek spędzić resztę życia z jedną, konkretną osobą, może nieźle namieszać w głowie. Nie wszyscy potrafią sobie z tym poradzić. Dlatego wydaje mi się, że nie ma idealnego rozwiązania. Każda para wie najlepiej, czy w jej przypadku małżeństwo to dobry pomysł, czy nie. Jeśli ktoś marzy o ślubie, to w porządku, niech się żeni. Ale jeśli komuś bardziej odpowiada wspólne życie bez papierka, to nie należy go na siłę pchać przed ołtarz.

Masz swój wymarzony ideał mężczyzny?

Jeżeli chodzi o urodę, to Alain Delon z roku, powiedzmy, 1969. A gdyby jeszcze miał coś w głowie i umiał się zachować, byłoby doskonale.

Czemu akurat Alain Delon?

Nakręcił jeden z moich ulubionych filmów - "Basen" z Romy Schneider i Jane Birkin. Delon jest tam rewelacyjny! Dla mnie to najseksowniejszy facet na świecie.

Czy taki facet, jak Will Ferrell, mógłby Ci się spodobać?

Ależ mi się Will Ferrell bardzo podoba! Jest przesłodki. My, kobiety, zwracamy uwagę na inne rzeczy niż mężczyźni. Nie zawsze wygląd zewnętrzny ma znaczenie. Liczy się to, czy dana osoba ma w sobie coś interesującego. Na przykład mózg (śmiech). Jeśli tak, to na pewne fizyczne mankamenty potrafimy nie zwracać uwagi. Poza tym zależy mi na tym, żeby mężczyzna był trochę starszy i trochę mądrzejszy ode mnie. Żebym mogła czuć się przy nim bezpiecznie i uczyć się od niego... Oj, to chyba nie najlepiej zabrzmiało. Mam nadzieję, że kiedy to się ukaże, tym razem w mediach nic nie przekręcą.

Masz złe doświadczenia?

Owszem. Redakcja "Maxima" robiła kiedyś ze mną materiał: dość odważną sesję zdjęciową i wywiad. W pewnym momencie dziennikarz zadał mi pytanie: "Czy potrafisz wskazać u siebie choć jedną rzecz, która nie byłaby seksowna?". Odparłam: "Nie wiem, najobrzydliwszą rzeczą, jaka mogłaby przyjść mi do głowy, byłoby siedzenie przed telewizorem i obgryzanie paznokci u nóg". To miał być żart, nic więcej. A on to umieścił w wywiadzie! W ten sposób narodziła się plotka, że faktycznie obgryzam paznokcie. Od tamtej pory staram się bardziej uważać na to, co mówię.

Podejrzewam, że w tym przypadku nawet przeprosiny by nie pomogły.

Pewnie nie.

Wróćmy do "Policji zastępczej". Podejrzewam, że Willowi nieraz udało się rozśmieszyć Cię podczas kręcenia wspólnych scen.

O tak! Wydawało mi się, że dam radę, że nie pozwolę się zaskoczyć, a w razie czego będę improwizować, ale na Willa nie ma mocnych. Wiele razy wypadałam z roli, bo doprowadzał mnie do łez ze śmiechu. Najtrudniej było się opanować. Powtarzałam sobie: uspokój się, kobieto, przecież jesteś w pracy, płacą ci za granie, a nie za chichot przed kamerą. Trzeba wziąć głęboki wdech i nakręcić tę scenę. Na szczęście później udało mi się zemścić. Raz, jeden raz, to ja doprowadziłam Willa do śmiechu. Nie było łatwo, ale przynajmniej mam się czym pochwalić.

Udało Ci się rozśmieszyć Marka Wahlberga?

Nie, ani razu. Był wyjątkowo twardy i trzymał się roli.

A jak wyglądały Wasze relacje? Spotykaliście się tylko na planie czy także po pracy?

Wiele razy po pracy szliśmy razem na kolację. Z Adamem McKayem [reżyserem "Policji zastępczej" - Y. Cz.-H.] zostaliśmy serdecznymi przyjaciółmi. Okazało się, że lubimy te same filmy. Pamiętam, że po którymś wyjątkowo ciężkim dniu poszliśmy coś zjeść i zaczęliśmy rozmawiać o kinie. Przyznałam się, że mój ulubiony film to "Noce Cabirii" Felliniego. Adam na to: "O rany, mam na ścianie w domu zdjęcie Giulietty Massiny". Przegadaliśmy potem mnóstwo czasu. Rozumieliśmy się świetnie. Bardzo lubię Adama, świetnie się z nim spędza czas.

Zdaje się, że masz wielką słabość do Włoch.

To prawda, moje ulubione miasto na świecie to Amalfi. Jeżdżę tam, kiedy tylko mam okazję. Nie wiem, jak to się dzieje, ale idealnie tam odpoczywam. Zazwyczaj jestem strasznym śpiochem, uwielbiam wylegiwać się do późna. Ale w Amalfi wstaję bardzo wcześnie. Jakimś cudem mój organizm nie potrzebuje więcej snu. Być może to efekt włoskiego espresso? Sama nie wiem.

Zamierzasz kiedyś wybrać się na Kubę? Stamtąd pochodzą Twoi rodzice.

Mam taką nadzieję. Bardzo bym chciała. Cały czas liczę na to, że może uda się przy okazji jakiegoś projektu filmowego odwiedzić Kubę. To pragnienie cały czas tkwi we mnie. Na pewno kiedyś tam pojadę.

Skoro mowa o projektach, co z Twoim wymarzonym filmem o Marii Callas?

Nie chcę o tym mówić za wiele, żeby nie zapeszyć. Film o Marii Callas ma opowiadać nie tyle o jej karierze, co o romansie z Arystotelesem Onassisem. W ich związku nieustannie toczyła się rozgrywka dwóch silnych osobowości, która zakończyła się upokorzeniem Callas, gdy Onassis ożenił się z Jackie. To fascynująca historia i bardzo chciałabym, żeby realizacja doszła do skutku. Julian Fellows pisze scenariusz. Mamy już pierwszy szkic, teraz pracujemy nad drugim. Zaraz odpukam w niemalowane, żeby się udało.

Pamiętasz jeszcze swoje pierwsze kroki w zawodzie?

Jasne. Miałam wtedy dwadzieścia trzy lata. Były wakacje. W Los Angeles bez przerwy spotykało się różnych fotografów, agentów, menedżerów. Pomyślałam sobie, że skoro jest lato, to przydałoby się zarobić trochę grosza. Może jakaś sesja fotograficzna, może jakaś reklamówka? Tymczasem jak na złość nie udało mi się nigdzie zaczepić. I wtedy tuż przed końcem wakacji dostałam propozycję udziału w filmie "Dzieci kukurydzy 5". Domyślałam się, że to będzie coś okropnego, ale stwierdziłam, że nie zaszkodzi spróbować. Akurat zarobię jakieś pieniądze i wrócę do szkoły. Zagrałam... i wypadłam strasznie. Doszłam jednak do wniosku, że trzeba to przezwyciężyć. Rzuciłam szkołę, znalazłam nauczycielkę aktorstwa i pracuję z nią do tej pory.

Na co wydałaś pierwsze zarobione pieniądze?

Nie pamiętam. Chyba postanowiłam je zaoszczędzić. Z zasady nie lubię szastać pieniędzmi, wolę raczej kontrolować wydatki. To nie jest przejaw skąpstwa, tylko ostrożności. Moja praca ma to do siebie, że gdy się gra, to się zarabia, ale to się może w każdej chwili skończyć. Szczególnie na początku kariery nie mogłam być pewna jutra. Dlatego zamiast wydać pierwszą wypłatę i zaszaleć, wolałam odłożyć te pieniądze na czarną godzinę.

Teraz chyba nie musisz martwić się o finanse?

Nie, ale oszczędzanie mam we krwi. Dopiero niedawno kupiłam sobie nowy samochód, i to tylko dlatego, że stary był już tak poobijany, że znajomi łapali się za głowy. Nie jest ze mnie mistrzyni kierownicy, dlatego ciągle mi się zdarza zarysować karoserię. A skoro tamten wóz jeździł, to nie widziałam powodu, dla którego mam go zmieniać na inny. W końcu jednak się złamałam. Zobaczymy, na jak długo ten mi wystarczy.

Czy teraz, kiedy jesteś gwiazdą, nadal zgadzasz się na rozbierane sceny?

Mówisz tak, jakby wcześniej reżyserzy mnie wykorzystywali. A tymczasem wcale tak nie było. Wiele razy proponowano mi udział w rozbieranych scenach, ale gdy domyślałam się, że chodzi tylko o to, by pokazać goliznę, odmawiałam. Zgadzam się na nagość przed kamerą tylko wtedy, gdy jest uzasadniona i gdy wynika logicznie z treści filmu. Tak było na przykład w "Dniu próby" z Denzelem Washingtonem czy w "Królach nocy" z Joaquinem Phoenixem. Albo w kampanii reklamowej Calvina Kleina. Miałam wtedy pewność, że pracuję z profesjonalistami i że to, co wspólnie robimy, ma sens z artystycznego punktu widzenia. Gdybym nie była do tego w stu procentach przekonana, powiedziałabym: nie.

Nie myślałaś nigdy o współpracy z filmowcami z Ameryki Południowej lub Środkowej?

Oczywiście, że tak! Zwłaszcza, że tych naprawdę dobrych pojawia się coraz więcej. Guillermo Del Toro, Inarritu, Cuaron... Z wielką chęcią wystąpiłabym u któregoś z nich. Na razie jednak trwają rozmowy w sprawie innego projektu. Jest taki filmowiec z Wenezueli, nazywa się Jonathan Jakubowicz. Nakręcił świetny film, "Sequestero Express", nie wiem, czy go widziałaś. Być może zagram u niego, ale na razie jeszcze nic nie wiadomo na sto procent. Podejrzewam, że kiedy spotkamy się za jakiś czas, będę mogła powiedzieć Ci coś więcej. Przyszłość pokaże.



[Yola Czaderska-Hayek]