Danny Trejo gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Skąd wziął się pomysł na "Maczetę"?

Danny Trejo: Robert [Rodriguez - Y. Cz.-H.] wymyślił "Maczetę" dawno temu, jeszcze na planie "Desperado". Zaczęliśmy zdjęcia w małym meksykańskim miasteczku Acuña. Nikt w tamtych czasach nie wiedział, kim jest Antonio Banderas. Naprawdę! Przyjechał wtedy z Hiszpanii, to był jego pierwszy amerykański film. Kiedy więc miejscowi przyszli po autografy, skierowali się do mnie. Miałem już na koncie parę ról, więc niektórzy mnie rozpoznali. Robili sobie ze mną zdjęcia, prosili o podpis, dawali dzieci do potrzymania... Było super. Robert zobaczył to i stwierdził: "Słuchaj, muszę nakręcić z tobą film. Zagrasz Maczetę, kogoś w rodzaju ludowego bohatera. Będziesz pierwszym meksykańskim gwiazdorem kina akcji". Pamiętam to do dziś.

Od pomysłu do realizacji droga była długa.

To fakt. Pamiętam, że przez kilkanaście lat zawracałem Robertowi głowę: "Słuchaj, zróbmy ten film! Chcę zagrać Maczetę". W końcu, kiedy zaczęliśmy kręcić "Małych Agentów" , specjalnie dla mnie nazwał jednego z bohaterów: Wujek Maczeta. Pomyślałem sobie: "No cóż, pewnie na tym koniec". Ale potem Robert i Quentin zaczęli kręcić "Grindhouse" . I wpadli na pomysł, by umieścić w filmie fałszywe zwiastuny. A ponieważ pomysł na "Maczetę" był już właściwie gotowy, Robert zdecydował się go wykorzystać. Nikt z nas nie sądził, że sprawa posunie się dalej. Tymczasem odzew ze strony fanów był niesamowity. Zaczęliśmy dostawać telefony z całego świata: "Prosimy, zróbcie ten film!". Pewnego dnia w Londynie dwaj faceci poprosili mnie o autograf. I powiedzieli: "Zobacz, jaki mamy tatuaż". Podwinęli koszule i okazało się, że na plecach mieli narysowanego Maczetę! Zupełnie jakby to była Matka Boska z Gwadelupy. (śmiech) Podpisałem się przy obydwu rysunkach. Zrobiłem im zdjęcia, a potem przesłałem je mailem Robertowi, z dopiskiem: "Teraz to już naprawdę musimy zrobić ten film".

W Meksyku muszą Cię uwielbiać.

Chyba tak. Być może dlatego, że wciąż uważają mnie za jednego ze swoich. Ostatnio, kiedy byłem w Meksyku, dosłownie nie mogłem przejść przez ulicę. Ludzie otoczyli mnie, błagając o autografy. Aż mi ręka zdrętwiała od podpisywania. W pewnym momencie policja musiała odsunąć tłum na bok, bo przez to całe zbiegowisko zrobił się korek. Więc chyba mnie w Meksyku lubią.

Czemu więc nie grasz w meksykańskich filmach?

Bo wolę, żeby płacili mi w dolarach, a nie w peso (śmiech). A mówiąc poważnie, nie widzę problemu. Wystarczy zadzwonić do mojego agenta. Nie jestem wybredny, zagram to, co mi zaproponują. Choćby i drzewo. Jeśli tylko mają kasę, jestem do wzięcia.

Z drugiej strony, grając w meksykańskim filmie, nie mógłbyś pewnie pocałować Jessiki Alby.

Wszyscy mnie pytają, jak to było z Jessicą. Faktycznie, dzięki "Maczecie" udało mi się ją pocałować. Co tu gadać, tę scenę kręciło mi się najprzyjemniej! Po wszystkim moi trzej koledzy, Mario, Max i Craig, dosłownie rzucili się na mnie i próbowali całować! Chcieli poczuć ślad jej ust. I krzyczeli jak wariaci: "Stary, całowałeś się z Jessicą Albą". Ledwo ich przegoniłem (śmiech).

No dobrze. Więc jak to było z Jessicą?

To profesjonalistka, naprawdę. Potrafiła odegrać tę scenę tak naturalnie, jakbyśmy naprawdę byli zakochani. Na tym właśnie polega aktorstwo: na udawaniu, że się nie udaje. Ja z kolei nie musiałem w ogóle grać. Zakochałem się w niej natychmiast (śmiech). I co chwila psułem ujęcie, oczywiście po to, żebyśmy mogli nakręcić kolejną powtórkę. Wspaniała dziewczyna, wytrzymała ze mną do końca.

Miałeś też okazję pracować z Robertem De Niro.

Nie pierwszy raz! Piętnaście lat temu występowałem w "Gorączce" , choć oczywiście to była drugoplanowa rola, nie to, co w "Maczecie". Robert to jeden z najlepszych aktorów w Ameryce, jeśli w ogóle nie najlepszy. A przy tym, co rzadkie w Hollywood, to facet, który dotrzymuje słowa. I traktuje człowieka poważnie. Miałem okazję kiedyś się o tym przekonać.Co się stało?

To się wydarzyło właśnie wtedy, kiedy kręciliśmy "Gorączkę". Od paru lat jeździłem po szkołach, poprawczakach i więzieniach, żeby pogadać z młodymi ludźmi i wytłumaczyć im, jak ważną rzeczą jest po prostu normalnie żyć. Wiem coś o tym, bo sam kiedyś mocno narozrabiałem, dlatego staram się, aby inni nie popełniali moich błędów. Wiele razy próbowałem namówić sławnych aktorów, żeby przyłączyli się do mnie, ale jakoś się nie udawało. I kiedy na planie "Gorączki" zapytałem Roberta De Niro, czy nie przejechałby się ze mną do jednego z więzień, odpowiedział: "Nie ma sprawy, Danny. Jeśli tylko będę mógł, to przyjadę. Powiedz mi tylko, gdzie to jest". Wiedziałem już, że w języku hollywoodzkich gwiazd to oznacza: "Nie". Więc nie robiłem sobie wielkich nadziei. Nawet nie wpisywałem go na listę odwiedzających. I pamiętam jak dziś: pojechałem do zakładu imienia Freda C. Nellesa w Whittier, w Kalifornii, po czym punktualnie o szóstej przyszła wiadomość z wartowni. Jeden ze strażników mało nie wpadł w panikę, prawie krzyczał: "Przed bramą stoi Robert De Niro i chce wejść!". (śmiech) Dowódca odparł krótko: "Wpuścić go". I Robert De Niro wkroczył do więzienia. Przeszedł korytarzem wzdłuż cel. W kompletnej ciszy! Żeby zrozumieć, co się stało, musisz wiedzieć, że w więzieniu w ciągu dnia zawsze jest głośno. Osadzonych nie da się tak po prostu uciszyć. Szczególnie w Whittier, gdzie prawie wszyscy siedzieli z paragrafu 187. Czyli skazani za morderstwo. Ludzie w wieku od 18 do 26 lat. To są faceci, którzy nie boją się nikogo i nie mają nic do stracenia. Jeśli zechcą, to okażą Ci szacunek, ale zmusić ich nie można w żaden sposób. Dlatego właśnie to było takie niesamowite, kiedy wszyscy zamilkli na widok Roberta. Strażnicy zaczęli się niepokoić, bo ta cisza w więzieniu była nienaturalna, zupełnie jakby to miał być sygnał do jakiejś rozróby. Tymczasem Robert wszedł do sali, w której odbywało się spotkanie. Wszyscy patrzyli tylko na niego. Usiadł i zaczął mówić. A wiesz, że raczej nie ma donośnego głosu.

Wiem.

No właśnie. Mimo to słychać go było doskonale. Wszyscy siedzieli w absolutnej ciszy. Wyobraź sobie: temu facetowi chciało się wsiąść do samochodu, przejechać 60 mil po to, żeby powiedzieć parę słów ludziom, którzy nawet nie marzyli o tym, że kiedykolwiek zobaczą go na żywo. Ile to mogło trwać? Minutę? Półtorej? Nie mam pojęcia. Pamiętam tylko, że kiedy Robert skończył mówić, wstał, podziękował wszystkim i podszedł do więźniów, żeby każdemu podać rękę i zamienić parę słów. Na sali siedziało osiemdziesięciu facetów, a on przywitał się ze wszystkimi! Strażnicy byli przerażeni, ale do niczego nie doszło. Więźniowie bardzo grzecznie ustawili się w kolejce do Roberta. I to też było niesamowite, bo wiem z własnego doświadczenia, że nie ma takiej siły, która utrzymałaby w ryzach facetów z podwójnym czy potrójnym dożywociem. A tu, na moich oczach, to się stało! I dopiero po wszystkim, kiedy Robert pożegnał się i wyszedł, jeszcze przez jakieś 30 sekund na sali było cicho, po czym wszyscy nagle wrzasnęli: "Cześć"! Niektórzy pamiętają tę wizytę do dzisiaj. Czasem, kiedy odwiedzam ich w więzieniu, pytają: "Hej, Danny, co u Bobby'ego?". Odpowiadam: "Wszystko dobrze". Doskonale ich rozumiem, bo ja też nie zapomnę tego, co się stało, do końca życia.

Pamiętasz ten dzień, kiedy wyszedłeś na wolność?

Oczywiście! To było 23 sierpnia, 41 lat temu. Myślałem o tym niedawno, kiedy 23 sierpnia tego roku o szóstej rano wyszedłem na balkon na dziesiątym piętrze Hotelu Mandarin w Miami Beach. I powiedziałem sobie: "Daleko zaszedłeś, skarbie". Aktorstwo okazało się dla mnie wybawieniem. Nigdy wcześniej, nawet podczas napadów z bronią w ręku czy na ringu, nie poczułem takiego uderzenia adrenaliny, co w momencie, kiedy Andriej Konczałowski po raz pierwszy krzyknął: "Akcja!" na planie "Uciekającego pociągu". To był mój debiut. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Wszystko nagle zaczęło toczyć się jakby w zwolnionym tempie...

Poczekaj, po kolei. Wiem, że najpierw zaliczyłeś kilka wyroków za napady. Potem, w więzieniu udało Ci się rzucić narkotyki. Zostałeś też mistrzem bokserskim.

Wagi lekkiej i półśredniej. Zgadza się.

Po czym wyszedłeś... I jak to się stało, że trafiłeś na plan "Uciekającego pociągu"?

To było tak. Po wyjściu zacząłem pracować jako opiekun osób mających problemy z uzależnieniem. Miałem pod opieką takiego bogatego dzieciaka, który próbował rzucić kokainę. Nawet go za bardzo nie lubiłem, ale chłopak miał osiemnaście lat i szkoda by było, gdyby zmarnował życie przez narkotyki. Jego ojciec miał forsy jak lodu. Dzieciak dostawał parę tysięcy dolarów kieszonkowego i ciągle mi opowiadał, że stary kupił mu a to samochód, a to mieszkanie. A mój stary nie rozmawiał ze mną przez siedem lat! Co sobie wtedy myślałem, to moje, ale cały czas próbowałem chłopakowi pomóc. Chciałem, żeby wyszedł z nałogu. I którejś nocy zadzwonił do mnie, cały zapłakany: "Danny, ja już dłużej nie wytrzymam. Chyba znów zacznę brać narkotyki. Tam, gdzie pracuję, prawie wszyscy biorą. Przyjedziesz do mnie?". Ja na to: "Pewnie". Bo na tym polega ta praca: być razem z tymi ludźmi. Wielu sięga po narkotyki, bo czują się samotni. Trzeba z nimi po prostu posiedzieć, pogadać. To pomaga. Więc pojechałem odwiedzić dzieciaka w pracy. Podał mi adres jednego z magazynów w Los Angeles. Okazało się, że kręcili tam właśnie "Uciekający pociąg" z Jonem Voightem i Erikiem Robertsem . Wszedłem tam i mało nie przewróciłem się ze śmiechu. Ci wszyscy faceci próbowali udawać więźniów, a wyglądali... (śmiech) Starali się robić wrażenie nie wiadomo jakich twardzieli. A tymczasem trzeba było uważać, żeby nie rozmazać im tatuaży (śmiech). Coś przepięknego.

Wszedłeś na plan i tak po prostu dostałeś rolę?

Jeden facet zobaczył mnie i zapytał, czy chcę zostać statystą. Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, więc dodał: "Czy potrafisz zagrać więźnia?". Wtedy mało nie padłem na zawał. Siedziałem we wszystkich zakładach w całym stanie Kalifornia, a on pyta mnie o coś takiego? Ściągnąłem więc koszulę i pokazałem mu tatuaż na klacie. Porządna więzienna robota, nie jakaś podróbka. Za murem robiło się coś takiego zwykłą igłą. W tym momencie podszedł do nas drugi facet i powiedział: "Ja cię znam, jesteś Danny Trejo, mistrz bokserski z San Quentin". Rozpoznałem go. To był Eddy Bunker, który siedział razem ze mną. Zatrudnili go jako scenarzystę. Poprawiał oryginalny tekst - dopiero potem się dowiedziałem, że autorem był Kurosawa. W pierwotnej wersji główny bohater został skazany za zabicie żony. Eddy znał się na więziennym życiu, wytłumaczył więc reżyserowi, że za murem morderca żony nie miałby żadnych szans na szacunek. Zostałby natychmiast odrzucony. Powiedzieliby mu: "Trzeba się było rozwieść". I tyle.

To Eddy załatwił Ci pracę?

Zapytał mnie w pewnym momencie, czy nie szukam roboty. Ja na to: "Już mi proponowali. 50 dolców, żebym zagrał więźnia". Na co Eddy: "Nie, chodzi o coś innego. Jest tu jeden aktor. Trzeba go nauczyć boksu". "Za ile?". "320 dolców za dzień". Spytałem tylko: "No dobra, jak bardzo ma być poobijany?". (śmiech) Eddy mówi: "Nie w tym rzecz. Musisz uważać, bo facet jest lekko nerwowy i może ci oddać". Ja na to: "Za 320 dolców może mnie nawet tłuc kijem. Dostawałem już nieraz po mordzie, ale nigdy wcześniej mi za to nie płacili". I tak zostałem trenerem Erica Robertsa. Pewnego dnia zauważył mnie Andriej Konczałowski. Przyjrzał mi się i powiedział: "Zagrasz w tym filmie". Tak po prostu. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć, więc mruknąłem tylko: "Dobrze". I tak to się zaczęło. Od tamtego dnia nakręciłem jakieś 190 filmów. I jestem szczęśliwy. Uważam, że spotkało mnie coś wspaniałego. Dzięki aktorstwu moje życie nabrało sensu. Nie szukałem tej pracy, to ona znalazła mnie. I codziennie cieszę się z tego.

Jesteś sławny na całym świecie! Jakie to uczucie być wielką gwiazdą?

Bez przesady, nie uważam się wcale za gwiazdę.

Ale chyba cudzoziemcy rozpoznają Cię bez problemu?

A to akurat prawda. Niedawno kręciliśmy w RPA film "Wyścig śmierci 2" . Przejeżdżaliśmy furgonetką nieopodal szkoły. I nagle zaczęły biec do nas dzieciaki, krzycząc coś w swoim języku. Zapytałem kierowcę, o co chodzi. On na to: "To do pana biegną. Dowiedziały się, że przyjechał pan do Cape Town i chcą pana zobaczyć". Spytałem: "A co one krzyczą?". "To 'Mali agenci' w afrikaans". Zatrzymaliśmy więc wóz. I dałem wszystkim dzieciom autografy. Więc masz rację, cudzoziemcy rozpoznają mnie.

Ta popularność Ci nie przeszkadza?

Zapominasz o tym, że zanim zostałem aktorem, byłem już sławny. Jako bokser miałem swoich fanów w zakładach karnych. A potem przekonałem się, że z popularnością w Hollywood trzeba bardzo uważać. Bo to gorszy narkotyk niż kokaina. Wessie człowieka, uzależni od siebie, a potem wypluje. Widziałem wiele takich przypadków. Trzeba mocno stąpać po ziemi, żeby nie dać się uwieść sławie. Cieszę się, że trafiłem do tej branży, kiedy miałem już trochę lat na karku i swoje przeżyłem. Dzięki temu sodówka nie uderzyła mi do głowy.

Twoje dzieci też zaczynają karierę filmową.

Mój syn, Gilbert Trejo, i córka, Danielle, zagrali w "Maczecie". Gilbert produkuje teraz film pod tytułem "Skinny Dip", a Danielle przygotowuje się do następnej roli.

Macie własną wytwórnię?

Tak, nazwaliśmy ją Starburst 4.0.

Czemu 4.0?

Któregoś dnia syn przyniósł ze szkoły świadectwo ze średnią ocen 4.0. Był cały dumny: "Tato, mam średnią 4.0!". A ja na to: "Niech to diabli, czemu nie 5.0?". Wydawało mi się, że 4.0 to przeciętna średnia. Dopiero Gilbert wytłumaczył mi, że w jego szkole to maksymalny wynik. Lepiej już nie było można.

Na koniec chciałam znów zapytać Cię o "Maczetę". Masz jakieś pamiątki z planu? Może któryś z noży?

Mam cały kostium. Zachowam go na wypadek, gdybyśmy mieli zamiar nakręcić dwa sequele. Na razie wymyśliliśmy już tytuły: "Maczeta zabija" i "Maczeta zabija ponownie".

Mam nadzieję, że nie trzeba będzie czekać na nie tak długo, jak na pierwszą część.

Ja też. Ale wiesz, jak to jest z sequelami. Robi się je wtedy, kiedy film odniesie sukces. Dlatego mam nadzieję, że "Maczeta" spodoba się widzom na tyle, że będą chcieli obejrzeć kolejne części. Wszystko od tego zależy.



[Yola Czaderska-Hayek]