Clint Eastwood gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Przed realizacją "Hereafter" ("Medium" w polskich kinach pojawi się w marcu 2011) rozmawiałeś z wieloma osobami, które znajdowały się w stanie śmierci klinicznej, ale zostały przywrócone do życia. Jakie wrażenie wyniosłeś z ich opowieści?

Clint Eastwood: Sam nigdy nie przeżyłem takiego doświadczenia, musiałem więc polegać na relacjach ludzi, którzy - mówiąc potocznie - przeżyli własną śmierć. Twierdzą oni, że przez krótką chwilę przebywali na tamtym świecie. Że widzieli, jak to jest po drugiej stronie. Co ciekawe, te opowieści są do siebie zadziwiająco podobne. Ze wszystkich jednoznacznie wynika, że istnieje życie po śmierci. Choć może "życie" to za dużo powiedziane. Istnieje raczej... coś. Jakiś stan, w którym dusze umarłych trwają i można się z nimi kontaktować. Nie potrafię oczywiście tych historii zweryfikować, chociaż odnoszę wrażenie, że w dużej mierze bazują one na popularnych fantazjach i wierzeniach. A także na pragnieniu ponownego ujrzenia bliskich, którzy odeszli. Wielu ludzi nie potrafi znieść myśli, że śmierć to ostateczny koniec, po którym człowieka nie czeka już nic. Niektórzy kurczowo trzymają się nadziei, że istnieje jakiś "tamten świat", cokolwiek. Być może właśnie tu tkwi popularność teorii dotyczących życia po śmierci.

Bohater Twojego filmu rozmawia z umarłymi, Ty jednak sprawiasz wrażenie sceptyka.

Nie szukam obsesyjnie odpowiedzi na pytanie, co się ze mną stanie, gdy umrę. Wszyscy, którzy tu i teraz chodzimy po tej ziemi, dostaliśmy w darze jedno życie - obojętne, czy uznamy, że dał je nam Bóg, czy Matka Natura. Chodzi o to, by przeżyć swój czas jak najlepiej, nie robiąc krzywdy sobie i innym. Wykorzystać ten wspaniały prezent. To jak z grą w karty - trafiło Ci się rozdanie i teraz spróbuj wygrać, co możesz. Nie łam sobie głowy nad tym, co Cię czeka na tamtym świecie, bo zapomnisz o tym, w którym żyjesz. Skup się na tym, co dzieje się w tej chwili wokół Ciebie. To chyba wszystko, co mam do powiedzenia w tej kwestii.

W niektórych religiach uważa się, że człowiek po śmierci powraca na ten świat w innej postaci. Ciekawa jestem, w kogo byś się wcielił.

Gdybym odrodził się w Nowym Jorku, to pewnie byłbym pluskwą (śmiech). Może nie byłoby to bujne życie, ale zawsze miałbym kogo ugryźć.

Daj spokój!

Wybacz, akurat przypomniała mi się stara karaibska piosenka o facecie, który marzył o tym, żeby zostać pluskwą, bo uwielbiał kąsać innych ludzi. Pamiętam ją z dawnych czasów i zupełnie nie wiem, czemu właśnie teraz przyszła mi do głowy.

A ja już miałam nadzieję, że będziesz poważny. Pytam serio: czy nigdy nie zastanawiałeś się nad tym, czy można nawiązać kontakt z tymi, którzy odeszli?

Wydaje mi się, że tego rodzaju pomysły to głównie fantazje ku pokrzepieniu serc. Owszem, przyjemnie jest pomyśleć, że gdzieś tam nasi bliscy czekają na nas i kiedyś znów się spotkamy. Ale nie robiłbym sobie zbyt wielkich nadziei. Choćby tylko dlatego, by potem nie rozczarować się boleśnie. Szkoda by było.

"Hereafter" to chyba pierwszy w Twoim dorobku film z tyloma efektami specjalnymi. Czy było to dla Ciebie trudne wyzwanie?

Każdy film to dla mnie wyzwanie. A z efektami specjalnymi miałem już kilkakrotnie do czynienia. Jestem pod wrażeniem możliwości współczesnej techniki. Dzisiaj można pokazać na ekranie rzeczy, o których kiedyś przeciętny reżyser nie śmiał nawet pomarzyć. Komputerowe triki pod wieloma względami ułatwiają filmowcowi życie. Ale nie zawsze. Z mojego punktu widzenia największy problem z efektami specjalnymi polega na tym, że kosztują. I to dużo. Dlatego każdą scenę trzeba zaplanować w najdrobniejszych szczegółach, aby podczas zdjęć nie marnować pieniędzy. W przypadku "Hereafter" to właśnie strona organizacyjna stanowiła najtrudniejsze wyzwanie.

Domyślam się, że scena z tsunami wymagała najwięcej pracy.

Rzeczywiście, to była dość skomplikowana sprawa. Na szczęście mam wokół siebie doświadczonych ludzi. Jednym z nich jest Michael Owens, którego poznałem przy okazji "Kosmicznych kowbojów", razem nakręciliśmy też "Sztandar chwały" i "Listy z Iwo Jimy". Jego zadaniem jest wybór odpowiedniego studia tworzącego efekty wizualne. Przed realizacją sceny z tsunami obejrzeliśmy mnóstwo amatorskich nagrań uderzenia fali w Tajlandii z 2004 roku. To był dla nas punkt odniesienia. Staraliśmy się pokazać na ekranie prawdziwy, groźny kataklizm, wobec którego człowiek jest całkowicie bezbronny. Nakręciliśmy zdjęcia z aktorami, które potem trzeba było wkomponować w obrazy istniejące w komputerze. Praca nad sceną z tsunami przypominała układankę, nieustanne dołączanie nowych elementów.

Od ubiegłego roku mówi się o rewolucji technologicznej w Hollywood. "Avatar" Jamesa Camerona wywindował poziom efektów wizualnych i projekcji w trójwymiarze na niespotykane dotąd wyżyny. Nie obawiasz się, że to zmierzch konwencjonalnego kina?

Wstyd powiedzieć, ale do tej pory nie widziałem "Avatara". Nie miałem czasu wybrać się do kina, a z uwagi na charakter filmu nie chciałem oglądać go na zwykłej przeglądówce. Odkąd jednak pamiętam, rewolucję 3D ogłaszano już w Hollywood kilkakrotnie. Trójwymiar pojawiał się jako ostatni krzyk mody, po czym jeszcze szybciej znikał. Nie sądzę, by filmy 3D w czymkolwiek zagrażały zwykłym, dwuwymiarowym produkcjom. Przecież odkąd istnieje kino, reżyserzy kręcili zarówno wielkie, pełne rozmachu przeboje w technikolorze, jak i mniejsze, kameralne opowieści, często nawet czarno-białe. Nawet jeśli tym razem trójwymiar okaże się czymś więcej niż sezonową modą, to zwyczajne filmy i tak będą powstawać.

Nie kusi Cię, by nakręcić film w 3D?

Nie mówię "nie", ale na razie żaden projekt nie budzi mojego zainteresowania. Poza tym obawiam się, że za mało znam się na kwestiach technicznych związanych z trójwymiarem. Wiem, że popularny obecnie sposób to kręcenie zwykłego, dwuwymiarowego filmu i konwersja na format 3D, ale wydaje mi się, że w ten sposób osiąga się co najwyżej półprodukt, namiastkę prawdziwego trójwymiaru. Nie chciałbym pokazywać widzom fuszerki, a z drugiej strony bałbym się, że nadmierna koncentracja na technologii odciągnie uwagę od tego, co najważniejsze, czyli od reżyserii i scenariusza.

Wielu filmowców nie ma Twoich oporów i bez problemu konwertują swoje filmy na 3D.

Ale ja nie zamierzam ich za to potępiać! Każdy eksperyment tego rodzaju to znak, że ludzie poszukują nowych rozwiązań, nie zatrzymują się w miejscu. Przy okazji zawsze można się czegoś nauczyć i na tym skorzystać. Wiem nieco na ten temat, bo sam lubię eksperymenty.

Czy jako doświadczony reżyser potrafisz podać przepis na udany film?

Najważniejsza sprawa to odpowiednia obsada. Jeśli uda się zebrać inteligentnych, utalentowanych aktorów, to już jest pół sukcesu. Zdążyłem się przekonać, że większość z nich marzy o rolach zupełnie innych niż wszystko, co do tej pory grali. Na tym właśnie polega przyjemność uprawiania tego zawodu. Więc trzeba dać im okazję, żeby rozwinęli skrzydła. A potem poprowadzić, żeby ich osobiste interpretacje zgadzały się z wizją reżysera. W teorii to wszystko jest bardzo proste. Cały dowcip polega jednak na tym, by poradzić sobie w praktyce, pracując z wrażliwymi, pełnymi emocji ludźmi.

Tobie wychodzi to szczególnie świetnie podczas pracy z dziecięcymi aktorami. Widać to w "Oszukanej", "Gran Torino" i ostatnio w "Hereafter". George i Frankie McLarenowie są znakomici, mimo iż w ogóle nie mają doświadczenia w branży filmowej. Jakim cudem udało Ci się zrobić z nich zawodowców?

Dzieci to z natury doskonali aktorzy. Trzeba tylko pozwolić, by kierowały się instynktem. W "Hereafter" chłopcy rzeczywiście nie mieli doświadczenia, więc trzeba im było wiele rzeczy wytłumaczyć od podstaw. Ale nie odniosłem wrażenia, by jakoś opóźniali nam pracę czy odstawali poziomem od innych. Mogli poznać na planie wielu profesjonalistów z bogatym dorobkiem, mieli więc się na kim wzorować. I bez większego problemu dopasowali się do reszty aktorów.

Po filmie "Invictus" znowu obsadziłeś w roli głównej Matta Damona. Czemu właśnie on?

To niesamowicie utalentowany chłopak. I podoba mi się w nim to, że gra tak, jakby nie grał wcale. Nie czuje się sztuczności w jego kreacjach, nie widać przerysowania. Choć oczywiście, jeśli wymaga tego reżyser, Matt potrafi zbudować rolę, bazując na przerysowaniu. Jakże się nazywał ten jego film... Już wiem! "Intrygant!". Tam po prostu poszedł na całość. To jest aktor, który nie chce się zamykać w jednym szablonie i ciągle poszukuje czegoś nowego. Udało mu się odnieść sukces dzięki "Tożsamości Bourne'a", z powodzeniem też radził sobie jako scenarzysta. Jeśli kiedyś zechce spróbować sił w zawodzie reżysera, to już w tej chwili jestem spokojny, że mu się powiedzie.

Czy to prawda, że w przyszłym roku chcesz nakręcić film o J. Edgarze Hooverze? I że w roli głównej ma wystąpić Leonardo DiCaprio?

Tak, zgadza się. Chcemy zabrać się za realizację na początku roku.

Zamierzasz przekopywać się przez archiwalne materiały FBI?

Jeśli nie będzie innego wyjścia, tak. W przypadku takiej historii, jak "Hereafter", która bazuje w dużej mierze na fantazjach i wyobrażeniach, można pozwolić sobie na spory margines dowolności. Kiedy jednak tematem jest biografia autentycznej osoby, trzeba się trzymać faktów. Oczywiście wiadomo, że stuprocentowa zgodność jest niemożliwa. Niektóre wydarzenia znane są tylko z cudzych relacji, a podczas innych w ogóle nie było świadków. Czasem kreatywność jest dozwolona, ale w przypadku filmów biograficznych, zwłaszcza dotyczących tak kontrowersyjnych postaci, jak Hoover, rzetelność to absolutna podstawa.

Skąd bierzesz energię na kolejne filmy? Wydajesz się niezmordowany.

To bardzo proste: lubię moją pracę. Choć dla mnie to właściwie bardziej pasja. Kręcenie filmów sprawia mi przyjemność. A jeśli przy okazji mogę przeczytać dobry scenariusz czy ciekawą książkę, to już w ogóle zapominam o zmęczeniu. Cieszę się, że wciąż mogę się tym zajmować.

Nie myślałeś o emeryturze?

Często mnie o to pytają. Ciekawe czemu?

Ale ja pytam serio!

A ja serio odpowiadam! Nie widzę powodu, żeby iść na emeryturę. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, czemu Billy Wilder po sześćdziesiątce praktycznie wycofał się z zawodu. Przecież reżyser to nie amant, nie musi być wiecznie piękny i młody! John Huston na planie poruszał się na wózku inwalidzkim i co pięć minut musieli podawać mu tlen. A kręcił takie filmy, że niejeden o pokolenie młodszy artysta mógłby mu pozazdrościć. Nigdzie nie jest powiedziane, że szczytową formę osiąga się wyłącznie w kwiecie wieku. Niektórzy rozkwitają później od innych. Jest taki portugalski reżyser, Manoel de Oliveira. Właśnie skończył 102 lata i wciąż pracuje! To coś niesamowitego.


Mam nadzieję, że praca na wózku inwalidzkim to jednak nie jest szczyt Twoich marzeń.

O nie! Na pewno nie. Mam nadzieję, że uda mi się zachować kondycję. Poza tym nawet gdyby - odpukać! - coś mi się stało, od tego reżyser ma przecież ekipę, by wykonywała jego polecenia. Nie musi wszystkiego robić sam.

I to mówi człowiek, który pisze muzykę do własnych filmów!

Przecież nie do wszystkich. Raz na jakiś czas zdarza się, że napiszę jakąś melodię, jak ostatnio w "Hereafter". Generalnie wychodzę z założenia, że najlepsza muzyka filmowa to ta, której nie słychać. Historię powinny opowiadać obrazy i dialogi. Muzyka pełni jedynie funkcję ilustracyjną. W momencie, kiedy wybija się na plan pierwszy, zaczyna odciągać uwagę widzów od akcji. Jasne, są takie sceny, które aż się proszą o bogatą oprawę. W "Hereafter" to na przykład cała sekwencja z tsunami. Ale między nami mówiąc, najbardziej w filmach lubię te krótkie chwile, kiedy nic nie słychać. Czasami cisza jest w stanie przekazać więcej emocji niż muzyka.

Pytanie tylko, czy widzowie też lubią ciszę.

Gdybym to ja wiedział! Ale na tym właśnie polega urok pracy reżysera: na nieustannym zgadywaniu. W tym zawodzie nic nie wiadomo na pewno. Może właśnie dlatego tak bardzo go lubię.



[Yola Czaderska-Hayek]