Johnny Depp gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Podobno ze wszystkich postaci, które dotychczas grałeś, to właśnie bohater "Turysty", Frank Tupelo, najbardziej przypomina Ciebie. Tak przynajmniej twierdzi reżyser filmu, Florian Henckel von Donnersmarck. Zgadzasz się z tym?

Johnny Depp: Jeśli widzisz na ekranie spanikowanego faceta, to rzeczywiście cały ja (śmiech). A mówiąc poważnie: Frank to pedant, który lubi organizację i porządek. Nawet podczas wakacji trzyma w walizce wyprasowane, elegancko poskładane ubranie. Ja tak nie potrafię. Z reguły zakładam na siebie to, co mi wpadnie w rękę. Mam swój ulubiony stary kapelusz, który już prawie się rozpada, ale jest ze mną od zawsze i za nic go nie wyrzucę. A potem mówią o mnie, że wyglądam jak menel (śmiech).

Frank nie jest jednak taki idealny. Nie zna włoskiego, nie potrafi porozumieć się z nikim w Wenecji.

Mało tego, próbuje powiedzieć coś łamaną hiszpańszczyzną i wydaje mu się, że to włoski! Wpadliśmy na ten pomysł trochę przypadkowo. Pierwotnie to miał być żart. W kilku scenach zagrałem zdezorientowanego Amerykanina, który znalazł się daleko od domu i usiłuje powiedzieć coś w języku, którego nie rozumie. I bez przerwy włoski myli mu się z hiszpańskim. Florianowi spodobał się ten pomysł. Postanowił wykorzystać go w scenariuszu. Wydaje mi się, że wyszło całkiem nieźle. Szczególnie reakcje Włochów były bezcenne. Oni naprawdę robili wielkie oczy. Nie udawali! (śmiech)

Kto wymyślił wygląd Franka? Ty czy Florian?

Raczej Florian. Mój pomysł na wygląd Franka był nieco inny. Wyobrażałem go sobie jako przeciętnego, szarego, odrobinę nijakiego faceta w okularkach. Kogoś w typie, powiedzmy, nauczyciela matematyki z prowincjonalnej szkoły. Inteligenta z przylizaną grzywką i pracowicie przystrzyżoną bródką. Z tego wszystkiego na ekranie została tylko bródka.

I bardzo Ci z nią do twarzy.

Dziękuję, ale to niestety był sztuczny zarost. Nie jestem w stanie wyhodować takiej ładnej brody. Trzeba ją było przykleić.

Mam nadzieję, że mimo różnicy zdań dobrze Wam się z Florianem pracowało.

Oczywiście! Zacznijmy od tego, że bardzo podobało mi się jego "Życie na podsłuchu". To znakomity film. Kino w tak perfekcyjnej postaci, na ile to możliwe. Kiedy dowiedziałem się, że ma zrealizować thriller sensacyjny, trochę się zdziwiłem, ale pomyślałem sobie: czemu nie, z takiego mariażu może wyniknąć coś interesującego. Potem poznałem Floriana osobiście i zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Po pierwsze, to najwyższy facet na świecie. Po drugie, zna jakieś osiemset języków. Po trzecie, wie absolutnie wszystko o wszystkim. No i ma olbrzymi talent. Lubię pracować z takimi ludźmi.

Z Florianem współpracowałeś po raz pierwszy. Z Angeliną Jolie również.

I zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Znałem oczywiście filmy Angie i za niektóre szczerze ją podziwiam - na przykład rola w "Oszukanej" to dla mnie majstersztyk. Ale to za mało. W sytuacji, kiedy mamy razem zagrać, liczy się przede wszystkim osobisty kontakt. Czy się rozumiemy, czy nadajemy na tych samych falach, czy między nami coś zaiskrzy, czy nie. Nie miałem pojęcia, co wyniknie z naszego spotkania. Dodatkowy problem stwarzał fakt, że Angie bez przerwy pojawia się w mediach. Nie śledziłem całego zamieszania wokół niej, bo też i niespecjalnie mnie ono ciekawiło. Ale kojarzyłem piąte przez dziesiąte, że mają z Bradem dużo dzieci i podróżują razem po świecie w otoczeniu paparazzich. Zastanowiło mnie, co to za osoba, która żyje pod nieustanną obserwacją i potrafi to wytrzymać? Ja bym nie umiał. Zresztą zrobiłem, co w mojej mocy, by od tego uciec. Trochę się bałem naszego pierwszego spotkania, ale kiedy wreszcie stanęliśmy twarzą w twarz, Angelina okazała się po prostu... normalna. A do tego inteligentna, zabawna i opiekuńcza. Ona naprawdę kocha te swoje dzieciaki! A Brada uwielbia. Musiałabyś to zobaczyć na własne oczy. To fantastyczna rodzina, a najdziwniejsze - i najlepsze - jest to, że zachowali zdrowy dystans do tych wszystkich bzdur, które się o nich wypisuje. W ogóle się nimi nie przejmują. Naprawdę, Angie to wyjątkowa kobieta.

Zaiskrzyło między Wami?

W zawodowym sensie - tak. Dogadaliśmy się błyskawicznie. Okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów i bawią nas podobne rzeczy. Na planie oboje staraliśmy się dać z siebie wszystko i pomagać sobie nawzajem. Dlatego mogę powiedzieć, że kręcenie "Turysty" z Angeliną to nie była praca, to była przyjemność.

Z tego, co wiem, Ty lubisz improwizować, Angelina zaś trzyma się scenariusza. Nie pojawiały się z tego powodu problemy?

Nie, przede wszystkim dlatego, że Angie potrafi błyskawicznie dostosować się do sytuacji. Kiedy zaczynałem odchodzić od ustalonego tekstu, natychmiast podejmowała wyzwanie. Czasem dochodziliśmy do ściany, bo w końcu obojgu nam brakowało pomysłów, ale kilka razy udało się zbudować fajne dialogi. Musisz wziąć pod uwagę, że pracowaliśmy w niezwykle trudnych warunkach. Kręciliśmy zdjęcia w ciągu dnia w Wenecji, gdzie wszystkie mosty i brzegi obstawione były przez paparazzich. Gdziekolwiek nie spojrzeć, tam widać było obiektywy i flesze. I przepychających się ludzi. W takim otoczeniu trudno skoncentrować się na scenariuszu, czasem trzeba było poimprowizować. Poza tym jeśli człowiek kręci daną scenę pół dnia i właśnie ma zagrać w siódmym czy ósmym dublu, dobrze jest na moment odejść od rutyny i zrobić nagle coś głupiego. Wybić wszystkich z rytmu, zaskoczyć ich. Jasne, zepsuje się wtedy scenę, ale można przez chwilę odpocząć, pośmiać się i następny dubel wychodzi o wiele lepiej.

Podczas realizacji "Turysty" pojawiły się plotki, że miałeś romans z Angeliną.

Też czytałem te doniesienia. Że kręciliśmy z Angeliną scenę pod prysznicem, że Vanessa była wściekła z tego powodu... To wszystko bzdura! Vanessa przez cały ten czas była w Wenecji razem z naszymi dziećmi. Z Bradem i Angeliną spotkaliśmy się nawet parę razy na kolacji. To wszystko.

A mówią, że Angelinie nie można się oprzeć!

Angie to piękna kobieta, bez wątpienia. Dodaj do tego Brada, który jest nieziemsko przystojny. I Vanessę, która wygląda fantastycznie... Wychodzi na to, że tylko ja jestem brzydalem w tym towarzystwie (śmiech).

Poznaliście ze sobą Wasze dzieci?

Podczas wspólnej kolacji nasz Jack grał z Maddoksem na konsoli do białego rana. Siedzieli obaj przed telewizorem jak przymurowani. Widziałem, że bawili się świetnie. I chyba się polubili. Trochę szkoda, że mieliśmy tak mało czasu dla siebie, bo w Wenecji czekało nas jednak sporo roboty. W sumie spotkaliśmy się we czwórkę zaledwie jakieś pięć, sześć razy. Żałuję, bo przecież Brada znam od bardzo dawna. Jezu, dotarło do mnie, że poznaliśmy się w głębokich latach 80.! Brad zagrał w jednym z odcinków "21 Jump Street". Rany, ile to już czasu (śmiech). A teraz zrobił się z niego wspaniały tatuś, który zajmuje się dziećmi, kiedy mamusia jest w pracy. Aż przyjemnie było popatrzeć, jak oprowadzał maluchy po Wenecji. Szkoda tylko, że ciągnęli ze sobą tego potwornego psa.

Jakiego psa?

Obrzydliwego, wielkiego buldoga. To był dosłownie pies wielkości konia. Wabił się Jacques i okropnie śmierdział. Któregoś wieczoru przyprowadzili go do nas na kolację. Nie pamiętam już, jak to się stało, ale nieopatrznie zgodziłem się przygarnąć tego mastodonta na noc u siebie w pokoju hotelowym. Pomyślałem sobie: dobra, przez jedną noc od smrodu nie umrę. Zataszczyłem jakoś zwierzaka na miejsce - a to był naprawdę mały pokój, niewiele większy od budki telefonicznej! I co zrobił ten wieloryb? Rozwalił się na moim łóżku! Leżał zadowolony, ślinił się i śmierdział. Nie bardzo wiedziałem, jak sobie poradzić. Usiadłem ostrożnie na brzegu łóżka i nachyliłem się, żeby zdjąć buty. Po czym to wielkie bydlę rzuciło się na mnie i przygniotło do podłogi! Na szczęście udało mi się wezwać pomoc i w końcu zdjęli psa ze mnie. Nie wiem, co mu odbiło, ale mam nadzieję, że nigdy więcej go nie zobaczę.

Tyle mówiłeś o pracy w Wenecji, że w końcu muszę Cię zapytać: jak Ci się podobało miasto?

Jest piękne! Nie mam pojęcia, czemu nie odwiedzałem go wcześniej. Pierwszego dnia po przyjeździe miałem ochotę kupić mieszkanie i osiedlić się w Wenecji na resztę życia. Podejrzewam, że prawie każdy turysta przez to przechodzi. Z tym, że "moja" Wenecja to przede wszystkim miasto nocą - między dziesiątą wieczorem a drugą. Z dwóch powodów: po pierwsze, w ciągu dnia niemal bez przerwy pracowaliśmy na planie, a po drugie, dopiero po zachodzie słońca można było chodzić po ulicach swobodnie. Bez obaw, że człowieka dopadną fotoreporterzy. Wenecja nocą to magiczne, niesamowicie poetyckie miejsce. Z duszą. A może raczej z duchami.

Jakie duchy masz na myśli?

Nie wiem, czy pamiętasz film "Nie oglądaj się teraz" [horror z 1973 roku w reżyserii Nicolasa Roega - Y. Cz.-H.]. Oglądałem go dawno temu i nie potrafię o nim zapomnieć. Podczas tych nocnych spacerów przypominał mi się Donald Sutherland, który chodził tymi samymi ulicami w Wenecji. W jakimś momencie zacząłem się bać, że mi też ukaże się postać w czerwonej kurteczce. Byłoby już po mnie! (śmiech) Do dzisiaj mam ciarki, jak sobie przypomnę końcówkę filmu. Takie rzeczy zostają w głowie do końca życia.

Nakręciłeś kolejną część "Piratów z Karaibów", przed Tobą "Dark Shadows" Tima Burtona... Czy jest jakaś rola, o której marzysz? Taka, dzięki której uznasz, że spełniłeś się jako artysta?

Często się nad tym zastanawiam. Grałem już tyle różnych i ciekawych postaci, że sam już nie wiem, czy miałbym prawo życzyć sobie czegoś więcej. Nie daje mi jednak spokoju pewna kwestia. Czy aktor rzeczywiście jest artystą? Problem polega na tym, że w tej profesji olbrzymią rolę odgrywają pieniądze. I to duże. Aktor pracuje przede wszystkim dlatego, że mu płacą. A gdzie zaczyna się komercjalizacja, tam kończy się sztuka. Tymczasem praca artysty polega na tworzeniu. Malarz ma przed sobą czyste płótno. Pisarz - pustą kartkę. Obydwaj muszą czymś tę pustkę wypełnić. Czasem się nie da - i wtedy walka z blokadą twórczą może przysporzyć niemałych cierpień. Dlatego wydaje mi się, że najchętniej zagrałbym artystę, który przezwycięża własne ograniczenia. Pablo Picasso - to byłaby wymarzona rola dla mnie.

Nadawałbyś się! W końcu umiesz malować.

Bez przesady! Lubię malować, ale za nic na świecie nie pokazałbym swoich obrazów publicznie. Dla mnie malarstwo to raczej sposób na odprężenie. Mogę nawet powiedzieć, że to dziwna, trochę zwariowana forma medytacji. Skupiam się na kształcie, który mam narysować, i wydobywam go z pustki, utrwalam na płótnie. Mam potem takie miłe poczucie, że dokonałem czegoś konkretnego. Ale to tylko zabawa, nic więcej! Nie porównywałbym się nigdy z Picassem. Żaden ze mnie artysta.

Co najchętniej malujesz? Portrety, krajobrazy, martwą naturę?

Portrety. Uwielbiam malować twarze, najlepiej na dużych płótnach. Uwieczniłem w ten sposób ludzi, którzy zawsze mnie fascynowali: Marlona Brando, Jacka Kerouaca, Boba Dylana... Mam też oczywiście portrety Vanessy i naszych dzieci: Jacka i Lily-Rose. Namalowałem też Juliana Schnabela [reżysera filmu "Motyl i skafander" - Y. Cz.-H.], to mój stary przyjaciel. Lubię portrety, ale nie pytaj mnie, czemu, bo sam nie mam pojęcia (śmiech).

Czy to prawda, że namalowałeś także portret Keitha Richardsa?

Namalowałem cztery, bo z żadnego nie byłem zadowolony. Aż wreszcie ostatni obraz uznałem za najlepszy. Wyszło spore płótno, ponad metr na metr. Posłałem je Keithowi, choć miałem przy tym lekkie poczucie żenady. Było mi trochę wstyd, że zawracam człowiekowi głowę takim bohomazem, ale chciałem mu sprawić jakiś prezent. Keith zareagował z klasą - przysłał mi zdjęcie, na którym stoi obok własnego portretu u siebie w domu. Nie wiem, być może chwilę później zdjął obraz ze ściany i schował na strychu. Ale przynajmniej przez chwilę moje płótno wisiało u niego. Jestem z tego dumny.



[Yola Czaderska-Hayek]