Jeff Bridges gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Jakie to uczucie grać tę samą rolę, co John Wayne?

Jeff Bridges: Nie powiedziałbym, że to ta sama rola. Przede wszystkim dlatego, że nie uważam nowej wersji "Prawdziwego męstwa" za remake westernu  z Johnem Wayne'em. Bardzo mi zależy na tym, aby to podkreślić na początku naszej rozmowy.

A więc jeśli nie remake, to co?

Zacznę może od początku. Parę lat temu, podczas spotkania na pewnym przyjęciu, bracia  Coen  powiedzieli mi, że marzą o tym, by nakręcić western. Wtedy był to tylko luźny pomysł i na tym sprawa się zakończyła. Projekt nagle odżył, gdy kręciłem "Tron: Dziedzictwo". Coenowie odezwali się do mnie i zaproponowali mi rolę w nowej wersji "Prawdziwego męstwa". Najpierw chciałem odmówić, bo nie byłem przekonany, czy to właściwy pomysł. Jest takie powiedzenie: "Lepsze jest wrogiem dobrego". Po co kopiować coś, co już raz zostało zrobione? Coenowie odparli: "Ale my wcale nie chcemy nakręcić remake'u". Oho! W tym momencie zdziwiłem się tak samo, jak Ty teraz. Wytłumaczyli mi więc, że "Prawdziwe męstwo" z 1969 roku to ekranizacja powieści Charlesa Portisa, oni zaś chcą nakręcić nową, świeżą adaptację, nie odwołując się zupełnie do starego westernu. Odetchnąłem z ulgą, bo naprawdę obawiałem się, że próba naśladowania Johna Wayne'a skończyłaby się dla mnie klęską. Bracia Coen doradzili mi: "Przeczytaj książkę". Tak zrobiłem... i zrozumiałem, czemu chcieli przenieść ją na ekran. To niesamowicie coenowska historia, jakby napisana specjalnie dla nich.

Co najbardziej spodobało Ci się w powieści Portisa?

Oczywiście postać Roostera. To chodzące zaprzeczenie stereotypu bohatera westernowego. Wiesz, o co chodzi: prawdziwy kowboj powinien być silnym, małomównym typem. Tymczasem Rooster to gaduła, stary nudziarz. Bez przerwy ględzi, miele ozorem, opowiada te swoje historyjki. Może trudno w to uwierzyć, ale w książce jest jeszcze bardziej gadatliwy niż w filmie! Spodobała mi się ta jego cecha i na niej postanowiłem zbudować rolę.

Chyba trochę upraszczasz. Rooster to nie tylko gaduła!

Oczywiście ten facet jest pełen niespodzianek, ale o tym nie chciałbym mówić, bo zależy mi na tym, by widzowie poznawali go stopniowo. I by mógł ich zaskoczyć w miarę rozwoju akcji. Nawiasem mówiąc, kręcenie ekranizacji to cudowna sprawa. Bo kiedy człowiek zastanawia się nad postacią, którą gra, zawsze może sięgnąć po literacki pierwowzór i znaleźć tam potrzebne informacje. To bardzo wygodne. Nie trzeba opierać się wyłącznie na scenariuszu.

Kto miał większy wpływ na wykreowanie postaci Roostera: Ty czy bracia Coen?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ budowanie roli to proces, który dokonuje się stopniowo. I poszczególne elementy wizerunku postaci czasem dorzuca aktor, a czasem reżyser. Oczywiście, czytając scenariusz, mam zazwyczaj własną wizję, jak powinien wyglądać czy zachowywać się bohater. Często także podczas zdjęć, kiedy siedzę nad tekstem w pokoju hotelowym, przychodzą mi różne rzeczy do głowy. Ostateczna decyzja zawsze jednak należy do reżysera. Dlatego na planie nie staram się forsować swoich pomysłów. Raczej pozwalam się poprowadzić, żeby efekt końcowy zadowolił wszystkich.

Jak wyglądało Twoje ponowne spotkanie z Coenami?

Fantastycznie! Mam wrażenie, że spędziliśmy razem długi, niesamowicie przyjemny weekend. Bracia Coen lubią pracować z tą samą ekipą, więc na planie miałem okazję przywitać się z wieloma starymi znajomymi. Za kamerą znów stał Roger Deakins , kostiumy ponownie projektowała Mary Zophres , nawet rekwizytor był ten sam! Zupełnie jakby nic się nie zmieniło i znów mielibyśmy kręcić "Big Lebowskiego" . Sami Coenowie - jakby powiedział to Koleś - są spoko. Dosłownie. To prawdziwa siła spokoju. Oczywiście pracują na luzie, ale nie pozwalają, by nadmiernie poniósł ich entuzjazm. Nie wpadają też w furię. Po prostu skupiają się na pracy i pozwalają, aby każdy robił swoje najlepiej, jak potrafi. Takie podejście bardzo mi odpowiada.

Nie lubisz zapaleńców?

Tego nie powiedziałem! Na przykład Scott Cooper , który nakręcił "Szalone serce", to prawdziwy zapaleniec. Debiutant, który nigdy wcześniej nie wyreżyserował nawet przedstawienia w szkolnym teatrze, potrafił zarazić swoją pasją najpierw producentów, którzy wyłożyli pieniądze na jego film, a potem całą ekipę na planie. Zdjęcia trwały zaledwie 24 dni - niezwykle krótko! Dzięki niesłabnącemu entuzjazmowi Scott zdziałał prawdziwe cuda. Dlatego nie mam nic przeciwko zapaleńcom, zwłaszcza utalentowanym. W tej branży są bardzo potrzebni.

Chciałabym zapytać Cię o "Tron: Dziedzictwo". Nie miałeś oporów, żeby kręcić sequel prawie 30 lat po premierze pierwszej części?

Nie, dlaczego? To nie jest pierwszy sequel w mojej karierze nakręcony po tak długiej przerwie. Na przykład Texasville powstało 20 lat po "Ostatnim seansie filmowym" . Niedawno zresztą, podczas festiwalu filmowego w Teksasie, spotkałem Petera Bogdanovicha . Zaczęliśmy rozmawiać o tym, że Larry McMurtry, twórca literackiego pierwowzoru, napisał przecież trzy następne części cyklu [powieści: "Duane's Depressed", "When The Light Goes" i "Rhino Ranch: A Novel" - Y. Cz.-H.], więc dlaczego by nie przenieść ich na ekran? I kto wie, może coś z tego wyniknie. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby znowu zagrać u Petera. To wspaniałe uczucie, kiedy wchodzi się na plan i widzi znów tych samych ludzi. Podobnie jak z Coenami: spotykasz tę samą ekipę i masz wrażenie, że czas się cofnął.

Ale to już inne kino, inne realia, inny sposób realizacji.

Tym lepiej! Zgodziłem się na udział w "Dziedzictwie" z tego samego powodu, dla którego zagrałem w pierwszej części: dla rozrywki. Poczułem się jak dziecko, któremu ktoś dał do zabawy najfajniejsze zabawki, jakie można sobie wyobrazić. Pierwszy "Tron"  stanowił poważne wyzwanie, jeżeli chodzi o efekty specjalne, ale drugi to już prawdziwa rewolucja. Zawsze chciałem się przekonać, jak to jest, kiedy realizuje się film bez kamery, przy pomocy tych wszystkich komputerowych sztuczek z rejestrowaniem ruchu.

I jak sobie poradziłeś?

Nie powiem, łatwo nie było. W porównaniu z moimi o pokolenie młodszymi partnerami, Garrettem Hedlundem  i Olivią Wilde , jestem aktorem starej daty. Kiedy wchodzę na plan, muszę wiedzieć, jak się ustawić do kamery, gdzie są reflektory, jak wyglądam w charakteryzacji... A tymczasem w "Dziedzictwie" miałem do czynienia z zupełnie inną metodą realizacji! Nie było kamer, nie było kostiumów, nie było scenografii... Wchodziło się do pokoju, w którym ze ścian sterczały czujniki, które wyglądały jak spryskiwacze. Były ich dosłownie setki! Wszyscy mieliśmy na sobie obcisłe trykoty z nałożonymi znacznikami. I mnóstwo małych punkcików naklejonych w różnych miejscach ciała. W skrajnych przypadkach, kiedy trzeba było zarejestrować zbliżenia, miałem na głowie hełm z czterema kamerami wycelowanymi prosto w twarz. Potem technicy przetwarzali nakręcony materiał na trójwymiarowy obraz, którym mogli dowolnie obracać. W tym momencie podczas postprodukcji nie było żadnych ograniczeń. Reżyser mógł podjąć decyzję: "Zacznijmy tę scenę od ujęcia Jeffa z tyłu, a potem obejdźmy go dookoła i pokażmy od przodu". Czy też od góry, z dołu, czy pod jakimkolwiek kątem. Pełna dowolność! Teoretycznie to duży plus, ale w praktyce niezwykle trudno gra się w takich warunkach. Na szczęście znalazłem sposób na to, by tę przeszkodę pokonać.

Opowiadaj!

To bardzo proste: przypomniałem sobie zabawy z czasów dzieciństwa. Kiedyś wystarczyło wyobrazić sobie, że patyk, który trzyma się w ręku, to miecz dzielnego rycerza, a pokrywka od garnka to tarcza. Tak samo na planie "Dziedzictwa" niezbędna okazała się inwencja. Co z tego, że wszyscy wyglądaliśmy śmiesznie w tych trykotach z doczepionymi znacznikami? Trzeba było uruchomić wyobraźnię i pomyśleć, że to kostiumy z komputerowego świata. I po kłopocie! Nie ma sensu krzywić się, że na planie nie ma kamer czy scenografii. Odrobina elastyczności i problem z głowy.

Rozpoznałeś siebie na ekranie, kiedy przerobili Cię w komputerze?

Założę się, że kiedy odtwarzasz nagrania z wywiadów i słyszysz własny głos, to masz wrażenie, że mówi jakaś inna osoba (śmiech). Miałem podobne uczucie, kiedy zobaczyłem samego siebie po komputerowej obróbce. Po pierwsze, graficy niesamowicie mnie odmłodzili - ale to żadna niespodzianka, bo tego wymagał scenariusz. Po drugie, nie wyglądałem jak żywy człowiek, tylko jak cyfrowy twór - ale to też nie rewelacja, bo taki właśnie miał być efekt. Clu musiał wyglądać sztucznie. Musiał mieć w sobie coś nienaturalnego, żeby od razu było wiadomo, że jest programem, a nie żywą istotą. Mi to absolutnie nie przeszkadza.

Zapytam z ciekawości: lubisz filmy science fiction? A jeśli tak, to które uważasz za najlepsze?

Oczywiście, że lubię! Gdyby ktoś kazał mi wybrać osobisty numer jeden, to od razu głosuję na "2001: Odyseję kosmiczną" . Idealne połączenie poezji i fantastyki. A zaraz potem - "Obcy"  Ridleya Scotta . Zresztą Scotta uwielbiam bezwarunkowo, szczególnie za cudowne kadry w jego filmach. Sekwencja otwierająca "Blade Runnera"  to dla mnie arcydzieło.

Z jednej strony grasz w supernowoczesnym "Tronie", z drugiej w westernie, czyli mocno archaicznym gatunku filmowym... Nie widzisz tu rozdźwięku?

Nie, dlaczego? Zarówno western, jak i fantastyka to gatunki niezwykle charakterystyczne dla amerykańskiego kina. Kiedyś dzieciaki bawiły się w kowbojów, a dzisiaj chcą zostać bohaterami gier komputerowych. Zmieniają się czasy, zmienia się technika... Ale w sumie "Tron" i westerny to dość podobne historie. Dlatego zamiast rozdźwięku widzę raczej ciągłość. Sam oczywiście przyzwyczajony jestem bardziej do filmów o kowbojach. Choćby tylko dlatego, że grywał w nich mój ojciec, Lloyd Bridges . Pamiętasz "W samo południe" ?

Oczywiście!

Przypomina mi się, jak czasem wracał z pracy w pełnym rynsztunku, w kapeluszu i z pasem z rewolwerami (śmiech). Możesz się domyślać, jak się wtedy czułem jako dzieciak, widząc prawdziwego kowboja w domu. Oczywiście natychmiast wołałem kolegów, żeby też zobaczyli tatę. Ale mi wtedy zazdrościli! A kiedy naprawdę grzecznie poprosiłem, pozwalał mi nawet przymierzyć kowbojski strój. Coś niesamowitego!

Ojciec wychował Cię na aktora?

Na pewno nauczył mnie najważniejszych rzeczy, które wiem o tym zawodzie. Kiedy byłem mały i grałem pierwsze role, ćwiczył ze mną kwestie każdego wieczoru. I powtarzał: "Nie recytuj swoich tekstów, zachowuj się tak, jakbyś rzeczywiście ze mną rozmawiał. Nie czekaj, aż skończę zdanie. Jeśli chcesz mi przerwać, zrób to. Tak właśnie wygląda prawdziwy dialog". Graliśmy razem, kiedy byłem mały, ale już jako dorosły aktor spotkałem się z nim na planie tylko dwa razy: w "Tuckerze"  i "Eksplozji" . Pamiętam, że uwielbiał swoją pracę. Ten jego entuzjazm był zaraźliwy! Kiedy tylko pojawiał się na planie, od razu wszystkim poprawiał się nastrój. I dzięki temu lepiej się pracowało. Nigdy nie narzekał na swoje zajęcie, nawet na jego ciemne strony. Nie przeszkadzały mu spotkania z natrętnymi wielbicielami, nic sobie też nie robił z fotoreporterów trzaskających zdjęcia. Po prostu przyjaźnił się z całym światem. Zawsze mi tłumaczył, że wszyscy ludzie to jedna wielka rodzina. I wydaje mi się, że tego się właśnie od niego nauczyłem. Też uwielbiam swoją pracę. I lubię ludzi.

Jak myślisz, nadawałbyś się na rewolwerowca?

Chyba nie. Brakuje mi bezwzględności, pewnie byłbym zbyt pobłażliwy. Ale tak to już jest z rolami filmowymi: fajnie jest zagrać prezydenta Stanów Zjednoczonych, ale czy rzeczywiście sprawdziłbym się na tym stanowisku? Tego się nigdy nie wie.



[Yola Czaderska-Hayek]