James Franco gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek: Już za kilka dni zadebiutujesz w roli gospodarza Oscarów. Nie wiem, czy Ci gratulować, czy współczuć, bo to wyjątkowo trudne zadanie. Transmisja idzie w świat na żywo, a każdą pomyłkę widzowie i recenzenci wyłapią natychmiast i potem nie zostawią na Tobie suchej nitki. Nie masz tremy z tego powodu?

James Franco: To chyba zbyt ponura wizja. Dla mnie Oscary to przede wszystkim niezwykły zaszczyt. No i zaskoczenie, bo przecież galę wręczenia nagród Akademii na ogół prowadzą aktorzy komediowi, a ja trochę nie pasuję do tego wizerunku. Gdy organizatorzy złożyli mi propozycję, przez moment się zawahałem, ale kiedy dowiedziałem się, że moją partnerką na scenie ma być Anne Hathaway, zgodziłem się od razu. Nabrałem pewności, że wszystko będzie w porządku.

Wszyscy chwalą Twój występ w roli Arona Ralstona w filmie "127 godzin". Domyślam się, że poznałeś go osobiście.

No jasne! Ten film nie mógłby powstać bez jego udziału. Danny [Boyle, reżyser - Y. Cz.-H.] był z Aronem w kontakcie od samego początku. Razem pracowali nad scenariuszem i robili próby z dialogami. Kiedy dostałem rolę, Aron przyleciał do Los Angeles. Danny, Simon [Beaufoy, współautor scenariusza - Y. Cz.-H.], Christian [Colson, producent filmu - Y. Cz.-H.] i ja spotkaliśmy się z nim w hotelu Four Seasons. Pokazał nam filmy, które nakręcił w ciągu tych kilku dni, gdy leżał uwięziony w rozpadlinie. Musisz sobie uświadomić, że to było dla nas olbrzymie wyróżnienie, ponieważ Aron nigdy nie udostępnił tego materiału nikomu spoza rodziny i najbliższych przyjaciół. Owszem, opowiadał o tych nagraniach wielokrotnie, wystąpił w tysiącu programów w telewizji, napisał książkę - ale filmów nie pokazał nikomu. Ani razu. Dla nas jednak zrobił wyjątek. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że stanowią one klucz do zrozumienia całej historii. Ustna czy pisana relacja to jedno, ale zobaczyć nagranie zrobione faceta właśnie wtedy, kiedy to wszystko się działo, to zupełnie co innego. Aron mówił do kamery przekonany, że umiera. I żegna się ze wszystkimi. Ale do samego końca starał się zachować twarz, nie płakał, nie użalał się nad sobą. Przypuszczalnie kręcił to, spodziewając się, że film będzie puszczony na jego pogrzebie. Nie chciał, żeby najbliżsi widzieli, jak cierpi. Choć oczywiście tego się w żaden sposób nie dało ukryć.

Pokazać komuś obcemu tak intymne, osobiste nagrania - to musiało wymagać niemałej odwagi.

Odwaga to jego drugie imię. Aron uwielbia wyzwania, podejrzewam, że bez nich nie mógłby żyć. Danny, Christian i ja namówiliśmy go, by odtworzył dla nas tamtą wycieczkę. By opisał wszystko w najdrobniejszych szczegółach, włącznie z tym, jakiego sprzętu używał i którędy się wspinał. Żaden z nas nie był specjalistą od wdrapywania się po skałach, więc wskazówki Arona okazały się bezcenne.

Można więc powiedzieć, że jest jednym ze współtwórców filmu?

Do jakiegoś stopnia tak. Z całą pewnością bez niego ten film by nie powstał. To nie ulega dyskusji. Danny'emu zależało na tym, by pokazać na ekranie historię Arona z jego punktu widzenia. W taki sposób, by jak najwierniej odpowiadała temu, co się naprawdę wydarzyło. Kiedy w scenariuszu pojawiały się poprawki, tekst od razu trafiał do Arona, do akceptacji. Nie zrobiliśmy nic wbrew jego woli, wszystkie sceny zatwierdził. Więc tak, do pewnego stopnia to jest jego film. Ale z drugiej strony, jak określił to Danny, Aron użyczył nam swojej historii, a myśmy ją opowiedzieli po swojemu. "127 godzin" to nie jest dokument, ale autorska interpretacja reżysera. Sam wielokrotnie przyłapywałem się na tym, że podczas kręcenia scen wymagających wysiłku - czy to przy wspinaczce, czy to przy szarpaniu się z kamieniem przygniatającym rękę - przestawałem myśleć o tym, że gram innego człowieka. To był mój wysiłek, moja szarpanina. A także moje zmęczenie, mój ból i moja frustracja. Kiedy obejrzałem w kinie gotowy film, byłem zaskoczony, patrząc na siebie i widząc, że ja właściwie nie gram, ja to naprawdę przeżywam.

No właśnie. Co prawda nie znalazłeś się w tak dramatycznej sytuacji, jak Ralston, ale realizacja "127 godzin" musiała kosztować Cię sporo.

Kiedy zgodziłem się na udział, nie wiedziałem, co mnie czeka. Przede wszystkim zaintrygował mnie sam pomysł na film. Bo owszem, historia Ralstona trzyma w napięciu, ale jak przedstawić ją na ekranie? Jeden facet przez cały czas siedzi w miejscu, bo nie może się ruszyć, i mówi coś do kamery. Okej, dla aktora jest to interesujący materiał, ale przez cały czas pozostaje wątpliwość, czy widzowie mieliby ochotę coś takiego obejrzeć. Danny oczywiście doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dla niego to również było wyzwanie. Uwielbia eksperymentować i realizować projekty, które wydają się nie do zrobienia. Wpadł na pomysł, aby zaangażować dwóch autorów zdjęć, którzy mieliby funkcjonować na równych prawach i wymienialiby się w zależności od sceny. Postanowił też zaryzykować i nakręcić większość ujęć na jednym przejściu kamery. Pamiętam, że za pierwszym razem nie bardzo wiedziałem, jak się do tego zabrać. Realizowaliśmy scenę, w której Ralston próbuje siłą wyrwać rękę spod głazu. Danny powiedział: "No dobra, jesteś przygnieciony i spróbuj się uwolnić. Nie przerywaj, próbuj cały czas. Szarp się, walcz, ciągnij, wal w ten kamień ile sił. Ale nie przerywaj. Nie chcę tego ujęcia powtarzać". I zaczęła się droga przez mękę. Przez dwadzieścia dwie minuty walczyłem z kamieniem. Następnego dnia całe ręce miałem w siniakach, ledwo mogłem nimi ruszać. Ale ta pierwsza scena pozwoliła nam przyjąć pewną metodę pracy. W pewnym momencie zacząłem rozumieć Ralstona, którego jedynym towarzyszem była kamera. Ja również skoncentrowałem się na niej. Podczas tych straszliwie długich ujęć naprawdę łatwo było uwierzyć, że to wszystko się dzieje naprawdę. Jak już Ci mówiłem, w wielu scenach widać moje prawdziwe emocje. Nie ma gry.

Na szczęście nie musiałeś sobie ucinać ręki.

Też się cieszę (śmiech). Choć to wcale nie znaczy, że to była dla mnie łatwa scena. Charakteryzatorzy przygotowali sztuczną rękę, niesamowicie drobiazgowo odtworzoną. Sztuczne mięśnie, sztuczna krew, sztuczne żyły... Na ekranie widać tylko część tej konstrukcji. Naprawdę można było odnieść wrażenie, że to ludzka ręka. Musieliśmy nakręcić tę scenę w jednym ujęciu. I choć nie ciąłem własnego ciała, efekt był przerażający. W pewnym momencie myślałem już, że nie dam rady. Piłowanie kończyny scyzorykiem wykończyło mnie kompletnie. Nie wiem, jak Ralston to zrobił.

Rozmawiałeś z nim o tym?

Tak, opowiadał, że ten nieszczęsny nożyk był potwornie tępy. Aron kupił go kiedyś i nosił ze sobą w góry, ale nigdy go tak naprawdę nie używał. Dlatego ostrze się stępiło. Ale nawet i bez tego miałby problem z przecięciem kości. Tutaj nawet najlepszy scyzoryk by nie zadziałał. Ralaston zdawał sobie sprawę, że musi po prostu złamać kość i odciąć skórę i mięśnie. I tak zrobił. Próbował wcześniej odłupywać kamień po kawałku, ale to była syzyfowa praca. Nie poradziłby sobie w ten sposób. Głaz osuwał się wprost na jego rękę, więc nawet jeśli odłupałby część, to reszta i tak przygniatałaby go dalej. Niestety trzeba było zdecydować się na najbardziej radykalny krok.

Zadam może okrutne, ale chyba uzasadnione pytanie: czy Ralston zdaje sobie sprawę, że wychodząc samotnie w góry i nie mówiąc nikomu, dokąd się wybiera, prosił się o kłopoty?

Tak, on to wie. Dzisiaj być może już by się tak nie zachował. Ale wtedy dla niego to była całkowicie rutynowa wyprawa, coś jak przechadzka do parku. Miał już na koncie o wiele trudniejsze wyczyny. Dlatego nie widział potrzeby mówienia komukolwiek, dokąd idzie, bo nie spodziewał się żadnych problemów. Oczywiście powinien dać komuś znać. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ryzykował zupełnie niepotrzebnie, bez sensu. W swojej książce pisze o tym, że długo igrał z losem, aż wreszcie się doigrał. I nawet gdyby wtedy nie przytrafił mu się wypadek, to prawdopodobnie innego dnia, w innym miejscu zdarzyłoby się coś równie dramatycznego.

Dostałeś kiedyś od życia podobną nauczkę?

Z całą pewnością nie taką radykalną, jak Ralston! Ale faktycznie, życie zdążyło mnie w bolesny sposób wyleczyć z paru rzeczy. Między innymi z zarozumiałości. W szkole aktorskiej pozwoliłem sobie wmówić, że ja, jako artysta, jestem najważniejszy na planie. Bo to ja wcielam się w daną postać i ja wiem najlepiej, co zrobić i jak zagrać. I wiele razy zdarzało mi się wpaść w konflikt z reżyserami. Bardzo trudno było mnie przekonać, że jednak nie zawsze mam rację. A problem w tym, że kłótnia na planie wpływa od razu na pracę całej ekipy. Więc kiedy ja miałem zły dzień, to wszyscy inni też mieli zły dzień. Na szczęście udało mi się to przezwyciężyć. Podobnie jak Ralston, sam ściągałem sobie na głowę kłopoty. I miałem swój emocjonalny głaz, spod którego trzeba było się uwolnić. Mam nadzieję, że teraz da się ze mną pracować.

Ralston uwięziony w kanionie przygotowywał się na śmierć. Czy Ty kiedykolwiek myślałeś o tym, jak odejść z tego świata?

No nie, nie do tego stopnia (śmiech). Ale rzeczywiście, odkąd wyrobiłem licencję pilota i wsiadam do samolotu, to przed startem przychodzi mi do głowy myśl, że być może to są moje ostatnie chwile na ziemi, że przecież maszyna może spaść, coś może nawalić i koniec, już po mnie. Przy takich okazjach faktycznie zastanawiam się nad swoim życiem: czy nikogo nie skrzywdziłem, czy czegoś nie żałuję... Ale na szczęście wszystko jest w porządku. Z rodziną i przyjaciółmi jestem w jak najlepszych układach, realizuję swoje pasje, w pracy też mi się jak dotąd udaje. Nie mam na co narzekać.

Jesteś potwornie zapracowany. Realizujesz film za filmem, choć raczej stronisz od ról amantów. Czyżbyś nie lubił komedii romantycznych?

Aż tak to nie. Niektóre wręcz uwielbiam. Wolę jednak starsze, za współczesnymi raczej nie przepadam. Z komediami romantycznymi jest taki problem, że bardzo łatwo je zepsuć. Większość wygląda podobnie i bazuje na identycznym schemacie: on spotyka ją, po czym na końcu żyją długo i szczęśliwie. Trudno tu o jakieś oryginalne pomysły, producenci raczej wolą odwoływać się do sprawdzonych formuł i przez to można nabrać wrażenia, że jeśli widziało się jedną komedię romantyczną, to widziało się wszystkie.

A mimo to zagrałeś w "Jedz, módl się, kochaj".

To co innego. W tym filmie główną rolę grała Julia Roberts. Królowa komedii romantycznych! Doszedłem więc do wniosku, że skoro miałbym wystąpić w filmie tego rodzaju, to tylko z nią. No i się udało (śmiech).

Wzruszasz się na filmach?

Raczej wzruszam się, grając w filmach. Tak się już jakoś porobiło, że kiedy płaczę przed kamerą, bo tak mi każe scenariusz, to wychodzi z tego taki ni to śmiech, ni to płacz. Wygląda to tak, jakbym w smutnej scenie nagle dostał głupawki i zaczął chichotać. Trochę mi wstyd oglądać siebie potem na ekranie. Natomiast jeśli pytasz, czy zdarza mi się płakać, oglądając filmy, to raczej nie. Jeśli już, to rzadko. Nie pamiętam, kiedy mi się to przydarzyło ostatnim razem.

Na koniec wrócę do Oscarów. Film "127 godzin" otrzymał sześć nominacji, w tym także dla Ciebie, za najlepszą rolę główną. Nie boisz się, że podczas uroczystości zawiodą Cię nerwy?

Nie, raczej odwrotnie. Po prostu nie będę myśleć o tym, czy otrzymam statuetkę, czy nie. Zamierzam skupić się wyłącznie na najważniejszym zadaniu. Czyli na prowadzeniu Oscarowej gali.

W takim razie trzymam kciuki. Oby się udało!

Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć.



[Yola Czaderska-Hayek]