Colin Farrell gościem Yoli



Z Colinem Farrellem  Yola Czaderska-Hayek  spotkała się specjalnie dla Stopklatki z okazji premiery filmu "Niepokonani" . Już na wstępie gwiazdor zapowiedział, że nie chce rozmawiać o życiu prywatnym (a byłoby o czym!). Nie zabrakło jednak pytań, w których aktor opowiada o swoich uczuciach do Polski. Głównie rozmowa dotyczy jednak jego najnowszego filmu, który z naszym krajem ma tak wiele wspólnego.

Yola Czaderska-Hayek: Jestem pod wrażeniem Twojej roli w "Niepokonanych" Petera Weira. W postaci Walki szczególnie uderzył mnie wyraz jego oczu. Są martwe, wyprane z jakichkolwiek emocji. Jak udało Ci się osiągnąć taki efekt?

Colin Farrell: Walka to jedna z najtrudniejszych ról w mojej karierze. Przez długi czas nie mogłem rozgryźć tej postaci, nie mogłem znaleźć do niej klucza. Z jednej strony to twardy, zahartowany w boju facet, którego życie wiele nauczyło. Wie, jak przetrwać w brutalnym świecie. Z drugiej - bezkrytycznie uwielbia Stalina, choć to właśnie przez stalinowski system znalazł się w gułagu. Tego właśnie nie potrafiłem zrozumieć: jak to jest, że taki doświadczony człowiek potrafi być jednocześnie tak naiwny? Choć może to za dużo powiedziane, może Walka nie był naiwny, ale z pewnością jego system wartości był mi zupełnie obcy. Ja bym nie potrafił wychwalać dyktatora, przez którego siedzę w więzieniu. Dlatego zdarzały się takie sytuacje, kiedy Walka mnie po prostu wkurzał. On chyba nawet nie zdawał sobie sprawy ze sprzeczności, jakie w nim tkwiły. Był po prostu produktem nieludzkiego, bezlitosnego systemu, który ukształtował go od pierwszych lat życia.

Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Jak udało Ci się osiągnąć ten efekt całkowitego braku emocji?

Może to zabrzmi dziwnie, ale najbardziej pomogło mi właśnie to poczucie obcości, które miałem, przygotowując się do roli. Ja nie mam problemu z odczuwaniem i wyrażaniem emocji, podobnie zresztą jak większość ludzi. Walka tak nie potrafi. To jest człowiek, którego od dzieciństwa uczono, by nie okazywać słabości, by nie kierować się uczuciami, nawet wobec siebie. Nie lituje się nad sobą, więc nie stać go także na współczucie wobec innych. W filmie pojawia się jeden, jedyny moment, kiedy Walka czuje coś na kształt wzruszenia, zmieszania: to scena, kiedy żegna się z resztą uciekinierów. Nie wiadomo właściwie, co wprawia go w większe zakłopotanie: czy emocje, które odczuwa, czy też sam fakt, że jest do tego zdolny. W tej sekwencji najwyraźniej chyba widać, jak potwornie smutne jest w istocie życie tego faceta. Oczywiście nie chciałbym tu popadać w banały i robić z Walki skrzywdzonego dziecka, ofiary ustroju czy kogoś w tym rodzaju. To urodzony bandzior i co do tego nie ma wątpliwości. Ale dzięki tej scenie znalazłem jakiś punkt zaczepienia. Mogłem jakoś wczuć się w położenie mojego bohatera.

I wtedy już poszło z górki?

O nie! To był tylko jeden z wielu problemów do rozwiązania. Najgorzej było na planie, kiedy przed kamerą musiałem grać Walkę czy właściwie stać się nim, a w przerwach między ujęciami brakowało mi czasu na ochłonięcie i powrót do własnej postaci. W efekcie krążyłem ciągle między dwiema osobowościami i nie byłem ani do końca sobą, ani Walką. Stanisławski pewnie przewracał się w grobie (śmiech).

A jak opanowałeś posługiwanie się nożem?

Ćwiczyłem w domu z nożem kuchennym (śmiech). A mówiąc serio, kiedy przyjechaliśmy na plan do Bułgarii, poznałem instruktora walki, który niesamowicie posługiwał się białą bronią. Nauczył mnie paru sztuczek - nic wielkiego, to nie były żadne cyrkowe bajery, bo przecież Walka używał noża po to, by przeżyć, a nie żeby się popisywać. Ale dzięki niemu wbiłem sobie do głowy jedną rzecz: dla mojego bohatera nóż nie był tylko zwykłym narzędziem. To była jedyna linia obrony, jaka chroniła go przed śmiercią z głodu. Z nożem w ręku można było upolować w lesie drobną zwierzynę, a potem ją oprawić. Można było też bronić się przed atakiem. Cała sprawa sprowadzała się po prostu do przetrwania. Masz broń - przeżyjesz. Nie masz... No cóż, radź sobie, jak umiesz. W jakimś momencie zacząłem przyłapywać się na tym, że nie rozstaję się ze swoim filmowym nożem. Do tego stopnia wczułem się w rolę! Jest taka scena w "Niepokonanych", choć nie wiem, czy jej nie wycięli, kiedy Walka oddaje na moment swój nóż Januszowi, żeby ten dobił ranne zwierzę...

Chyba tę scenę wycięli w montażu.

Aha. W każdym razie był taki moment, kiedy Jim Sturgess , który grał Janusza, wziął ode mnie nóż. Myślałem, że mu się rzucę do gardła! (śmiech) Cholera jasna, to przecież moja broń! Nie ma mowy, żebym oddał ją obcemu facetowi choćby na chwilę! Na szczęście nie doszło do żadnej awantury, ale przez cały czas, kiedy Jim miał ze sobą mój nóż, nie spuszczałem go z oka. Na wszelki wypadek (śmiech). Chyba wtedy rzeczywiście stałem się Walką.

Przeszedłbyś taką trasę, jak bohaterowie filmu?

Daj spokój, jedyna trasa, jaką pokonuję na nogach, to przejście z domu do samochodu! Nie nadaję się zupełnie do spacerów, nie lubię chodzić. Choć wiem, że dużo tracę, bo Nowy Jork to piękne miejsce na przechadzki. Ale zawsze coś mnie gna do przodu, zawsze mam wrażenie, że czas mi ucieka i ciągle się spieszę. Muszę jeździć, nic na to nie poradzę. Spacer jest dla mnie za wolny.

Cywilizacja Cię rozpieściła!

Pewnie masz rację. Żyję we względnym luksusie, na pewno lepiej niż wielu moich rówieśników. Nie mam pojęcia, jak poradziłbym sobie bez tych wszystkich wygód, gdybym na przykład znalazł się w podobnej sytuacji, co bohaterowie filmu. Albo, żeby zbyt daleko nie szukać, ten facet ze "127 godzin", Ralston. Nie widziałem jeszcze filmu, ale nasłuchałem się wystarczająco dużo o tej historii. Autentycznie podziwiam gościa, który wleciał do rozpadliny i stać go było na to, by odciąć sobie dłoń. I dzięki temu przeżył. Czy ja byłbym do tego zdolny? Nie wiem. Tego się nigdy nie wie. Ludzie w ekstremalnych sytuacjach porywają się na wyjątkowe rzeczy.

Zastanawiałeś się nad tym, co mogło stać się z Walką, kiedy odłączył się od grupy?

Owszem, często o tym myślałem. Podejrzewam, że zginął w pierwszym mieście, do jakiego trafił. Wdał się pewnie w jakiś pojedynek na noże i trafił na lepszego od siebie. Walka nie potrafiłby przetrwać samodzielnie. Potrzebował przywódcy, który wydawałby rozkazy i podejmował decyzje. Bez tego miotał się, nie miał pojęcia, w którą stronę iść. Poza tym zastanawiałem się, czy Walka naprawdę wiedział, co to znaczy być wolnym. Jak już mówiłem, to był człowiek ukształtowany przez system, który bezlitośnie niszczył wszelkie dążenia do wolności. Dla Walki liczyła się przede wszystkim sama ucieczka z obozu, przed ludźmi, u których zaciągnął dług. A co dalej? Nad tym się nie zastanawiał. Nie miał dokąd iść. Nie miał domu, nie miał rodziny. Jedyna więź, do jakiej się poczuwał, to patriotyczna duma. W głębi duszy Walka zdawał sobie sprawę, że jego kraj to jedno wielkie więzienie i jeśli w nim pozostanie, to nigdy nie będzie wolny. Wiedział jednak również, że poza ojczyzną wszędzie będzie obcy. I to się nie zmieni. W Związku Radzieckim był więźniem, ale jednocześnie był u siebie. Nie potrafiłby stamtąd uciec.

Dla mnie ten moment, w którym Walka porzuca grupę, to jak zastrzelenie Johna Travolty w "Pulp Fiction". Jedna z najważniejszych postaci nagle znika!

Też żałuję. Fajnie by było zostać z chłopakami do końca. Do tej pory nie mogę przeboleć, że ominęła mnie wycieczka do Maroka (śmiech). Ale zdążyłem na tyle dobrze poznać charakter Walki, by wyczuć, że to byłoby wbrew jego naturze. Jasne, że to fikcyjna postać i można było wymyślić dla niej dowolne zakończenie, ale dla Petera Weira liczył się realizm. Było dla niego oczywiste, że Walka nie przekroczy granicy Związku Radzieckiego. Nie potrafiłby. Nawet jeśli stać go było na ucieczkę z obozu, nie umiałby wydostać się z więzienia, które tkwiło w jego głowie. Walka był stworzony do życia w niewoli. Choć z drugiej strony... Sam nie wiem, nie wydaje mi się to takie oczywiste. Mam wrażenie, że kiedy ten bandzior decyduje się pozostać w kraju, to właśnie wtedy udowadnia, że na swój porypany sposób jest już wolny. Bo przestał uciekać, przestał oglądać się za siebie. Pozostali wciąż dokądś gnają, wciąż się czegoś boją. A on nie. Jemu już nic nie można zrobić.

Muszę Cię jeszcze zapytać o jedną rzecz. Walka, jak na bandytę, wydaje się wyjątkowo cywilizowany. Nie ulega instynktom, które w jego sytuacji wydawały się naturalne...

Aaa, chcesz zasugerować, że Walka jest impotentem, tak?

No, może nie do tego stopnia.

Peter zamierzał włączyć do "Niepokonanych" scenę, w której Walka wykorzystuje kogoś z młodszych więźniów, żeby pokazać, jaki z niego kozak. Ale po namyśle zrezygnował z niej. Doszedł do wniosku, że kłóciłaby się z resztą filmu. Bohaterowie, uciekinierzy z syberyjskiego gułagu, którzy każdego dnia na nowo podejmowali walkę o przetrwanie, byli przede wszystkim potwornie zmęczeni. Do tego stopnia, że przestali już w ogóle myśleć o seksie. Najważniejsze były dla nich przede wszystkim podstawowe kwestie: jak zdobyć jedzenie, jak się ogrzać, gdzie spędzić noc, jak nie dać się złapać. Oczywiście z Walką nigdy do końca nic nie wiadomo i w każdej chwili mógł mu przyjść do głowy jakiś głupi pomysł. Ale powiedzmy, że stało się to dopiero wtedy, kiedy już pożegnał się z pozostałymi. To jest postać, o której jeszcze długo można opowiadać. Kurde, chyba poproszę Petera o oddzielny film! Przecież Walka ma niesamowity potencjał na spin-off czy coś w tym rodzaju. Cholerny superbohater z nożem (śmiech).

Skoro wspomniałeś o Maroku, a wcześniej o Bułgarii, chciałam Cię o coś zapytać. Dlaczego nie kręciliście "Niepokonanych" w Polsce? Autorem książki, na której oparto scenariusz, jest Polak.

Również w filmie trzon grupy, która ucieka z obozu, stanowią polscy więźniowie.
Z tego, co wiem, film miał powstać we współpracy polsko-amerykańskiej i niewiele brakowało, by rzeczywiście tak się stało. Niestety strona polska żądała zbyt wielkiego udziału finansowego amerykańskiej wytwórni. Polscy aktorzy, którzy mieli zagrać w "Niepokonanych" role drugoplanowe czy nawet statystować, domagali się znacznie wyższych stawek niż ich koledzy z Bułgarii. Dlatego Peter Weir zdecydował się właśnie tam nakręcić główną część filmu. Między nami mówiąc, szkoda, że tak się stało, bo bardzo lubię Twój kraj, a w Bułgarii nie podobało mi się wcale. Ale to tylko moje osobiste odczucia. Na ekranie bułgarskie plenery wypadły bardzo dobrze.

Na koniec muszę zapytać Cię o plany na przyszłość. Zdaje się, że masz już zaklepanych kilka filmów?

Tak, parę tytułów już czeka na premierę. Jakiś czas temu spędziłem tydzień na planie "Horrible Bosses " - to taka dziwna, troszeczkę zwariowana komedia. Z kolei z Antonem Yelchinem, Toni Collette i Davidem Tennantem, z którym skumplowaliśmy się serdecznie, nakręciliśmy remake horroru "Postrach nocy ". Mam z tym mały kłopot, bo remaków z zasady nie cierpię i do tej pory bardzo chętnie wybrzydzałem na tych ,którzy je robią. Teraz nie będę mógł już rzucać kamieniem [Z ostatniej chwili: Colin Farrell ma również zagrać główną rolę w remake'u "Pamięci absolutnej" - Y. Cz.-H.].

Nie zawsze człowiek może grać u Petera Weira  czy Neila Jordana.

I właśnie dlatego nie wybrzydzam! Poza tym nową wersję "Postrachu nocy" nakręcił Craig Gillespie, którego podziwiam za "Miłość Larsa" [Film znany jest w Polsce także jako "Lars i prawdziwa dziewczyna" - Y. Cz.-H.]. Uwielbiam takie kameralne, inteligentne filmy. Zawsze mnie cieszy, kiedy sukces kasowy odniesie jakaś produkcja, która opiera się nie tylko na efekciarstwie, ale ma także coś ciekawego do przekazania. W ubiegłym roku takim przebojem była na przykład "Incepcja". Ten film otwarcie rzucał wyzwanie widzom: "Na pewno za pierwszym razem wszystkiego nie zrozumiecie". I niemalże zmuszał ich do tego, by przyszli do kina po raz drugi. I to jest piękne.

Tylko że nie wszyscy chodzą do kina, żeby się głowić nad zagadkami.

To prawda. Sam lubię się czasem odmóżdżyć przy jakimś głupim filmie. Nie tak dawno obejrzałem kinową wersję "Jackass". Rany boskie, jakie to było głupie! Ale jednocześnie takie śmieszne. Ja pierniczę, dawno się tak nie ubawiłem. Chłopaki, dziękuję wam! Obśmiałem się jak norka i wymasowałem sobie dwunastnicę. Za to właśnie uwielbiam kino. Tu jest miejsce na wszystko. I na zagadki, i na rozrywkę, i na bohaterów z nożami.

I tym optymistycznym akcentem kończymy rozmowę?

Właśnie chciałem zapytać, czy mogłabyś mnie zanieść do samochodu. To taki kawał drogi, chyba nie dam rady przejść (śmiech).



[Yola Czaderska-Hayek]