Jake Gyllenhaal gościem Yoli



Jake Gyllenhaal  ma na swoim koncie udział w wielu znakomitych filmach. Zagrał w tak interesujących filmach jak: "Donnie Darko" , "Jarhead" , "Tajemnica Brokeback Mountain" , "Zodiak" . Yola Czaderska-Hayek  specjalnie dla Stopklatki rozmawia z aktorem z okazji premiery jego najnowszego przedsięwzięcia - "Kodu nieśmiertelności" . Film ten w najbliższy piątek wchodzi do polskich kin.

Yola Czaderska-Hayek: "Kod nieśmiertelności" Duncana Jonesa , w którym grasz główną rolę, został entuzjastycznie przyjęty podczas premiery na festiwalu South by Southwest w Austin w Teksasie. Zdaje się, że to pierwszy festiwal filmowy, na jakim się kiedykolwiek pojawiłeś?

Jake Gyllenhaal: To prawda - i jestem zachwycony! Austin to przepiękne miasto, niezależnie od samego festiwalu. To miejsce, w którym człowiek natychmiast ma ochotę zamieszkać i założyć rodzinę. A do tego jest tu w powietrzu jakaś pozytywna energia. W Austin chce się żyć i chce się tworzyć. Dla artystów to po prostu wymarzony zakątek. A także idealna siedziba festiwalu! South by Southwest to impreza dla ludzi kreatywnych, trochę zwariowanych, trochę nieobliczalnych - powiedzmy, w stylu Quentina Tarantino czy Roberta Rodrigueza. W Austin ludzie rzeczywiście żyją kinem, tam każdy reżyser powinien czuć się jak w domu. Nie ma rywalizacji, nie ma zawiści, wszystkich witają z otwartymi rękami. Nasz film przyjęto rzeczywiście bardzo życzliwie i jestem za to ogromnie wdzięczny. I najbardziej żałuję, że nie mogłem zostać do końca imprezy. Albo chociaż do zakończenia części muzycznej. Niestety nie było czasu.

Bohater "Kodu nieśmiertelności" przeżywa wciąż od nowa ostatnie osiem minut przed katastrofą pociągu. Czy nie sprawiało Ci trudności wielokrotne odgrywanie tej samej sekwencji?

Ze wszystkich aktorów, którzy występowali w tej scenie, ja miałem akurat najłatwiejsze zadanie. Bohater, którego gram, Colter Stevens, za każdym razem zachowuje się nieco inaczej. Jako jedyny ma świadomość, co się wydarzy, dlatego po każdym powrocie do pociągu stara się zdobywać nowe informacje. Pozostali aktorzy nie mieli tego komfortu. Musieli raz za razem odgrywać to samo, mówić to samo, wykonywać te same gesty. Oczywiście z wyjątkiem Michelle [Monaghan  - Y. Cz.-H.], która mogła sobie pozwolić na małe zmiany. Dlatego uważam, że znalazłem się w najlepszej sytuacji. Ale to wcale nie znaczy, że nie było problemów! Duncan skutecznie postarał się o to, żeby utrudnić mi życie.

Co to znaczy?

Chodziło nam o stworzenie efektu odosobnienia, odrealnienia. Pociąg, widziany z perspektywy bohatera, miał wyglądać obco i nienaturalnie. Szczególnie podczas pierwszego przebudzenia, kiedy Colter nie wie, gdzie jest i co się dzieje. I rozgląda się z przerażeniem dookoła, a jednocześnie nie chce pokazać po sobie, że znalazł się w sytuacji, która go przerasta. Duncan zrobił, co mógł, by doprowadzić do takiego stanu nie tylko bohatera, ale i mnie.

W jaki sposób?

Kręciliśmy sceny w pociągu na ruchomej scenie, na tle zielonego ekranu. Już samo to, granie w pustej przestrzeni, ma w sobie coś nienaturalnego. Poza tym miałem w jednym uchu miniaturową słuchawkę, w której słychać było przez cały czas muzykę. Duncan wybierał jakieś najdziwniejsze rzeczy, powiedzmy, chór chłopięcy z Armenii czy coś podobnego (śmiech). Chodziło mu o to, żebym był nieustannie wytrącony z równowagi, spięty, zaniepokojony. Pilnował również, aby kolejne sceny w pociągu kręcić w porządku chronologicznym. To miało sens, ponieważ dla mnie, podobnie jak dla bohatera, pierwsze przebudzenie w tym wagonie było całkowicie nowym doświadczeniem. Identycznie jak Colter Stevens, nie wiedziałem, co zrobić i jak się zachować. Kolejne wizyty były już łatwiejsze: znałem teren, mogłem swobodniej się poruszać, no i minął ten wstępny szok. Ale nie będę krył, że nie było to łatwe doświadczenie. Realizacja scen w pociągu zajęła nam łącznie jakieś sześć tygodni. Jaka to była ulga, kiedyśmy wreszcie to skończyli! Spojrzeliśmy na siebie z Michelle: "Ach, jak cudownie, ziemia się poruszyła. Tobie też jest tak dobrze?" (śmiech).

To brzmi jak opis jakiejś potwornej harówki.

Oj, rzeczywiście! Nie chciałbym stworzyć jakiegoś złego wrażenia, więc może od razu powiem, że to nie była żadna harówka. Nic z tych rzeczy. Z Duncanem świetnie się rozumieliśmy. Uwielbiam zresztą tego faceta. Pod względem nastawienia do pracy i tworzenia atmosfery na planie przypomina mi Anga Lee . Jest wyciszony, skupiony i dzięki temu pozwala także innym się skoncentrować. Widać, że naprawdę jest zaangażowany w to, co robi.

Wyciszony? Podczas rozmów z dziennikarzami sprawia zupełnie inne wrażenie.

Wiem, wiem. Widziałem go niedawno podczas konferencji prasowej. Wyglądał jak ubawiony dzieciak w sklepie z zabawkami (śmiech). To nie ten Duncan Jones, którego pamiętam z planu, to ktoś inny.

Który Duncan to według Ciebie ten prawdziwy? Radosny dzieciak czy skupiony na pracy reżyser?

Nie mam pojęcia! Zwłaszcza że przed realizacją "Kodu..." poznałem jeszcze trzeciego Duncana. Po raz pierwszy spotkaliśmy się tutaj, w Los Angeles, w którejś z kawiarni. Tak się złożyło, że dwa dni wcześniej poznał swoją obecną dziewczynę. I kompletnie nie mógł się skupić na rozmowie! (śmiech) Widać było, że strasznie tęskni i myśli tylko o niej. Zupełnie jak Colter Stevens w pociągu, duchem był zupełnie gdzie indziej. To wyglądało, jakby próbował się tłumaczyć: "Wiesz, stary, jestem twoim ogromnym fanem, ale, no, jest taka sprawa, poznałem tę dziewczynę i od trzech dni mieszkamy razem, no i rozumiesz, muszę już wracać" (śmiech). Powiedziałem: "Nie ma sprawy". To było na swój sposób urocze.

Widziałeś poprzedni film Duncana, "Moon "?

No jasne! "Moon" spodobał mi się od pierwszej chwili. Miałem wrażenie, że nagle, zupełnie znikąd, pojawił się dojrzały, oryginalny reżyser, który ma coś ciekawego do powiedzenia, prowadzi swój film pewną ręką, potrafi stworzyć własny styl, własny język. A do tego jeszcze jest w stanie nakręcić znakomitą opowieść, mając do dyspozycji jakiś szczątkowy budżet. To żadna sztuka, kiedy ma się pod ręką miliony dolarów. Kiedy jednak nie ma się nic, potrzebna jest kreatywność. Potrzebna jest inwencja, pomysłowość. Duncan okazał się niesamowicie kreatywny. Wbrew pozorom to rzadka cecha we współczesnym środowisku filmowym. Hollywood to przede wszystkim wielki przemysł i wielkie pieniądze. Tu mówi się o rynku, o biznesie, a nie o wartościach artystycznych. Dlatego ktoś taki, jak Duncan, jest niezwykle cenny. Oglądając "Moon", pomyślałem sobie: "To jest facet, z którym chciałbym pracować. Na pewno byśmy się świetnie rozumieli". No i udało się!

Jak do tego doszło?

Któregoś dnia trafił do mnie scenariusz "Kodu nieśmiertelności", który napisał Ben Ripley. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, chyba jakieś dwa lata temu. Zacząłem czytać i przez pierwsze dziesięć stron kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi. Ale potem wciągnęło mnie i błyskawicznie doczytałem do końca. Miałem przeczucie, że może wyjść z tego znakomity film, ale pod warunkiem, że nakręci go odpowiedni reżyser. I kiedy Mark [Gordon , producent "Kodu..." - Y. Cz.-H.] zapytał mnie, kto moim zdaniem powinien stanąć za kamerą, odpowiedziałem: "Duncan Jones, ale nie wiem, czy się zgodzi, bo on realizuje tylko własne projekty". Na wszelki wypadek umówiliśmy się na spotkanie, no i opowiedziałem mu o całej sprawie. Wziął scenariusz do domu i pięć dni później dał znać, że wchodzi w to. Po czterech miesiącach zaczęła się realizacja.

Co konkretnie spodobało Ci się w scenariuszu?

Przede wszystkim cała sytuacja z początku filmu. Zdarzyło mi się kiedyś usnąć w samolocie i kiedy się obudziłem, nie miałem w pierwszej chwili pojęcia, gdzie jestem. Byłem przekonany, że położyłem się spać we własnym łóżku, po czym nagle w jakiś niewytłumaczalny sposób znalazłem się w innym miejscu. Pamiętam, że przez głowę przechodziło mi tysiąc pomysłów, co się mogło stać. Umarłem? Porwało mnie UFO? Teleportowali mnie? Oczywiście zaraz potem wszystko sobie przypomniałem i koszmar się skończył. Kiedy czytałem "Kod nieśmiertelności", od razu się domyśliłem, jak się czuje Colter Stevens, budząc się w pociągu. Tyle że w jego przypadku koszmar dopiero się zaczął.

Zastanawiałeś się, jak poradziłbyś sobie, będąc na miejscu Coltera?

Oj, nie wiem. Naprawdę. Problem w tym, że gdy Colter za każdym razem budzi się w pociągu, ma tylko osiem minut. Musi w tym czasie wypełnić misję, ale podczas tych powtarzających się sekwencji jest coraz bardziej zafascynowany, która siedzi naprzeciwko niego. Chciałby ją poprosić o pomoc, ale nic o niej nie wie. A kolejne sekundy lecą! Ja, będąc w jego sytuacji, miałbym potworny problem. Osiem minut to dla mnie zdecydowanie zbyt mało, by nawiązać znajomość. Potrzebuję znacznie, znacznie więcej. Prawdopodobnie byłbym zbyt przerażony, by powiedzieć choćby słowo.

Na dodatek Colter budzi się w ciele obcego mężczyzny!

No właśnie, to dodatkowa komplikacja. Przecież ta kobieta jest przekonana, że naprzeciwko niej siedzi Sean, facet, którego dobrze zna. I nawet jeśli jest nim zainteresowana, to przede wszystkim właśnie Seanem, a nie Colterem. Z jej punktu widzenia ten człowiek zaczyna się dziwnie zachowywać, jakby nagle przestał być sobą. Ale to nowe oblicze Seana coraz bardziej ją intryguje. I wygląda na to, że kobieta zakochuje się w obydwu mężczyznach naraz. To znaczy: na pewno pociąga ją przede wszystkim Sean, ale to Colter przekonuje ją do siebie ostatecznie.

Tu pojawia się mały problem: co się właściwie stało z Seanem? Jego umysł zostaje wymazany po tym, jak Colter wnika w jego ciało.

To nie jest mały problem. To jest duży problem! (śmiech) Łamaliśmy sobie nad tym głowę, aż w końcu Duncan stwierdził: "No cóż, Sean nie żyje". I to zamknęło dyskusję.

W "Kodzie nieśmiertelności" mowa jest o istnieniu światów równoległych, alternatywnych. Wierzysz w tę teorię?

Nie jestem naukowcem, więc wybacz, nie udzielę Ci wyczerpującej odpowiedzi. Ale prawda jest taka, że im więcej wiemy o wszechświecie, tym bardziej uświadamiamy sobie, jak wiele jeszcze pozostało do zbadania. O mnóstwie rzeczy wciąż nie mamy pojęcia. Więc być może światy równoległe istnieją tuż obok naszego, tylko my jeszcze nie mamy wystarczających możliwości, by je odkryć. Według mnie to całkiem możliwe.

Jak sobie wyobrażasz siebie w takim alternatywnym świecie?

Jako farmera, który stoi z widłami i przerzuca świński gnój (śmiech). A mówiąc poważnie, nie mam pojęcia. Życie składa się z tylu nieprzewidzianych elementów, że nie da się odpowiedzieć na pytanie: "Gdzie bym dzisiaj był, gdybym dziesięć lat temu podjął inną decyzję?". Wydaje mi się jednak, że nie pracowałbym w innym zawodzie. Za bardzo go lubię. Robiłbym wszystko, by nadal być aktorem.

Gdybyś miał, jak w "Kodzie nieśmiertelności", możliwość, by na osiem minut stać się kimś innym, kogo byś wybrał?

Myślałem o tym, będąc w Austin, na South by Southwest. Ironia losu sprawiła, że akurat kiedy przyjechałem na festiwal, w telewizji pojawiły się informacje na temat trzęsienia ziemi w Japonii. Wyobrażałem sobie, ile można by zdziałać, gdyby na osiem minut przed katastrofą reaktora można było wniknąć w ciało jednego z naukowców w elektrowni i spróbować zapobiec nieszczęściu. Przychodzi mi do głowy całe mnóstwo pomysłów. Można przecież uratować całe mnóstwo postaci historycznych. Stać się Abrahamem Lincolnem i oznajmić: "Nie, dzisiaj jednak nie pójdę do teatru" (śmiech). Albo Martinem Lutherem Kingiem i nie wyjść tamtego dnia na balkon. Albo Johnem Kennedym. Możliwości są ogromne. Można zmienić cały świat, całą jego historię w ciągu zaledwie ośmiu minut. Mam nadzieję, że kiedyś nauka nam na to pozwoli.



[Yola Czaderska-Hayek]