J.J. Abrams gościem Yoli



J.J. Abrams  to dziś jeden z najbardziej kasowych producentów pracujących w kinie i telewizji. To on odpowiada za stworzenie "Agentki o stu twarzach"  czy "Lost: Zagubieni" , w kinie zaś odniósł sukces dzięki nowym odsłonom "Star Treka"  czy "Mission: Impossible". W kinach w USA jest już jego najnowszy reżyserski projekt, którego produkcji podjął się Steven Spielberg . Przedstawiamy, przeprowadzoną specjalnie dla Stopklatki, rozmowę Yoli Czaderskiej-Hayek  z J.J. Abramsem na temat jego nowego filmu oraz m.in. współpracy ze Spielbergiem. "Super 8"  lada dzień wejdzie do naszych kin.

Yola Czaderska-Hayek: Twój najnowszy film, "Super 8", to jedna z najbardziej tajemniczych premier tego roku. Czemu tak bardzo Ci zależało, by w kampanii promocyjnej ujawnić jak najmniej informacji?

J.J. Abrams: Podczas opracowywania strategii mieliśmy bardzo poważny problem do rozwiązania. "Super 8" wchodzi na ekrany w sezonie letnim, kiedy w kinach pojawia się całe mnóstwo wakacyjnych superprodukcji. Nasz film superprodukcją raczej nie jest, nie ma w obsadzie wielkich nazwisk, nie jest też adaptacją znanego komiksu czy popularnej książki. Nawet tytuł może wprowadzać w błąd, ponieważ mało kto dzisiaj wie, co to znaczy "Super 8". Naszym jedynym atutem jest udział Stevena Spielberga jako producenta. Jego nazwisko na plakacie stanowi gwarancję dla widza, że film, niezależnie od tego, o czym właściwie opowiada, wart jest uwagi. Skoro w realizację zaangażował się Spielberg, to z pewnością nie jest to byle co.

Jak wyglądała Wasza współpraca?

Być może zabrzmi to jak banał, ale dla mnie współpraca ze Stevenem była zaszczytem. Podobnie jak większość reżyserów z mojego pokolenia, wychowałem się na jego filmach. No i, nie da się ukryć, jestem pod ich potężnym wpływem. Dlatego kiedy zaczęliśmy wspólnie realizować "Super 8", było to dla mnie surrealistyczne, zwariowane doświadczenie. Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Steven był dla mnie kimś w rodzaju starszego kolegi, który kilkadziesiąt lat wcześniej przetarł szlak filmami w rodzaju "Bliskich spotkań trzeciego stopnia". Rozmaite pomysły i wątpliwości związane z "Super 8" on już zdążył przerobić dawno temu! Dzięki temu był w stanie doskonale mnie zrozumieć, nawet jeśli nie zawsze się zgadzaliśmy. Wiedział bowiem, że zależy mi na zrealizowaniu podobnej opowieści. Znalazłem w nim bratnią duszę. Mogę chyba nawet powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy, choć ciężko mi używać tego słowa w odniesieniu do kogoś, kogo niesamowicie podziwiam. Ale w sumie nasza współpraca miała przyjacielski charakter, więc nie skłamałbym. Tak się dziwnie złożyło, że zaprzyjaźniłem się z reżyserem, który wywarł na mnie większy wpływ niż ktokolwiek inny.

Wspomniałeś, że nie zawsze się zgadzaliście. Zdarzały Wam się spory?

Nie, aż tak bym tego nie nazwał. Wyglądało to raczej w ten sposób, że Steven jako starszy i bardziej doświadczony kolega, powstrzymywał mnie przed podjęciem złych lub głupich decyzji. Ubezpieczał mnie dla mojego własnego dobra. Tłumaczył na przykład: "Z tej sceny lepiej zrezygnować, bo za bardzo przypomina 'Bliskie spotkania...'". Ja na to: "Steven, ale w 'Bliskich spotkaniach...' nie ma nic podobnego!". On jednak wiedział lepiej. Skoro wyczuwał pewne pokrewieństwo, to znaczy, że coś było na rzeczy. Mogłem mu pod tym względem całkowicie zaufać. Dlatego nigdy, ani razu nie powiedziałem: "Trudno, Steven, wiem, że ci się to nie podoba, ale ja i tak zostawię tę scenę". Zawsze miał ostatnie słowo. I tak być powinno.

Tak dla formalności: który film Spielberga lubisz najbardziej?

Uwielbiam "Szczęki" . Koniec, kropka. A poza tym? "Monachium"  zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Przede wszystkim ze względu na niesamowite zdjęcia - podejrzewam, że nawet Steven nie spodziewał się takiego piorunującego efektu. Oczywiście bardzo lubię też "Bliskie spotkania...", no i "Jurassic Park" . Pamiętam, że podczas oglądania tego filmu czułem się, jakbym dosłownie wskoczył do ekranu. Zapomniałem o wszystkim i po prostu znalazłem się w innym świecie. Ale i tak na pierwszym miejscu są "Szczęki". Zawsze i niezmiennie. Widziałem je chyba z osiem tysięcy razy. Znam na pamięć i na wyrywki.

A co z "E.T."?

"E.T."  zawsze grają w telewizji. Oczywiście też ten film lubię, no i trudno zaprzeczyć, że istnieją pewne podobieństwa między nim a "Super 8". Znacznie bliższe są mi jednak "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" . To był dla mnie podstawowy punkt odniesienia podczas realizacji. Nie twierdzę, że "E.T." to zły film, ale Steven nakręcił wiele innych, które podobają mi się znacznie bardziej.

Czy "Super 8" miał stanowić hołd dla starych filmów Stevena Spielberga?

Nie, to nie miał być żaden hołd. Zależało mi raczej na odtworzeniu tej atmosfery sprzed lat, kiedy pójście do kina miało w sobie coś magicznego. Dlatego osadziłem akcję w 1979 roku - to był idealny czas na tego typu rozrywki. Właściwie nie musiałem korzystać z pomocy researcherów, bo pamiętam doskonale czasy własnego dzieciństwa. Po kinie człowiek przez resztę dnia chodził z głową w chmurach, a potem kręcił samemu filmy amatorską kamerą na taśmie super 8 mm i wydawało mu się, że jest drugim Stevenem Spielbergiem (śmiech). Sam też mam to na sumieniu. Kiedy miałem dziesięć czy jedenaście lat, uprosiłem dziadka, żeby mi kupił taką kamerę. To nie był tani sprzęt, a mój dziadek nie należał do najbogatszych ludzi na świecie. Ale któregoś dnia zrobił mi prezent. To był mój pierwszy krok w stronę zawodu filmowca (śmiech). Postanowiłem w "Super 8" przypomnieć te czasy. Niestety mam świadomość, że przynajmniej pod jednym względem ta opowieść jest oderwana od rzeczywistości. Jest rok 1979, bohaterami są dzieciaki, które uwielbiają kino, a w ich otoczeniu nie ma nawet jednej wzmianki o filmach Spielberga. Nie ma plakatów "Szczęk" ani "Bliskich spotkań". To po prostu niemożliwe, wtedy wszyscy oglądali filmy Spielberga. Postanowiliśmy jednak razem ze Stevenem, że unikniemy takich prostych odwołań. Nie chcieliśmy, aby pojawiły się komentarze w stylu: "Spielberg odcina kupony od swoich starych hitów". To była trudna decyzja, ale kiedy już ją podjęliśmy, to staraliśmy się być konsekwentni.

Skoro akcja toczy się w 1979 roku, to nie mogło zabraknąć zimnowojennej paranoi.

Oczywiście! Gdy tylko w miasteczku zaczynają dziać się dziwne rzeczy, natychmiast pojawiają się głosy, że to wszystko wina Ruskich. Dzisiaj brzmi to zabawnie, ponieważ zimna wojna się skończyła i koniec świata nie nastąpił. Ale wtedy całkiem poważnie obawialiśmy się, że Rosjanie nas zaatakują i rozpęta się konflikt atomowy. Nie było z czego żartować. Na dobrą sprawę dzisiaj również żyjemy w epoce paranoi, tylko zmienił się przeciwnik. Kiedyś zagrażał nam Związek Radziecki, który przynajmniej miał tę zaletę, że był widoczny na mapie, dzięki czemu można się było z nim oswoić. Dzisiaj wróg jest niewidoczny, czai się gdzieś w ukryciu. Nie wiadomo, jak, skąd i gdzie uderzy. I przez to jest o wiele straszniejszy. Sprawdza się stara filmowa zasada: boimy się przede wszystkim tego, czego nie możemy zobaczyć.

No więłaśnie, skoro już przy tym jesteśmy: rozumiem, że mdzy innymi dlatego przed premierą "Super 8" nie wiadomo było, jak wygląda filmowy stwór?

Jest taka scena, która nie znalazła się w ostatecznej wersji "Obcego" : Veronica Cartwright za chwilę ma zginąć, stoi w korytarzu "Nostromo" i krzyczy ile sił. A przed nią widać zbliżającego się potwora w całej okazałości. I wiesz co? Ten potwór w ogóle nie jest straszny! Domyślam się, dlaczego usunęli tę scenę. Bo zepsułaby cały film. Ridley Scott  zdecydował się na zbliżenia, w których widać tylko fragmenty Obcego. Nie wiemy, jak wygląda kosmita, ale mamy świadomość, że on tu jest, blisko nas. I to wystarczy, żeby bać się go śmiertelnie. Na podobnej zasadzie nie chciałem ujawniać zbyt wiele w "Super 8". Dopiero pod koniec filmu dowiadujemy się, co to za potwór grasuje w miasteczku. Przy tego rodzaju produkcjach bardzo wiele zależy od wyobraźni widzów. Nie wolno pokazywać zbyt wiele! Czasem oczywiście traci się okazję do efektownych ujęć, ale przykład "Obcego" pokazuje, że w ten sposób zniszczyłoby się cały nastrój. Lepiej zdecydować się na mniej widowiskowy, ale bardziej działający na wyobraźnię kadr. Niech widz zastanawia się, co to za stwór, niech zobaczy tylko kawałek i sam wyobrazi sobie resztę. Nie trzeba go wyręczać.

Poza tym w "Super 8" przyjmujesz punkt widzenia bohaterów. Na większość wydarzeń patrzymy ich oczami.

Oczywiście! To jeszcze jeden z powodów, dla których efektowne, rozbudowane kadry odpadają. Trzeba być konsekwentnym. A przy tym bohaterowie filmu to jeszcze dzieci, które jeszcze nie wiedzą zbyt wiele o świecie, dopiero poznają prawdziwe życie, tracą niewinność. Dla mnie symboliczną wymowę ma scena, w której na plac zabaw wjeżdża czołg. W jednej chwili bezpieczne, uporządkowane otoczenie zostaje zniszczone przez intruzów. Pewien etap życia nieodwołalnie odchodzi w przeszłość. Nagle pojawia się prawdziwa groza, z którą trzeba się zmierzyć. Przy czym - i tu pojawia się kolejne zastrzeżenie - nie chciałem, aby "Super 8" stał się czymś w rodzaju kolejnego odcinka "Scooby-Doo" czy "Nancy Drew". To nie miała być opowiastka o przemądrzałych dzieciakach, które bawią się w dorosłych detektywów i wszystko im się udaje. Chciałem, żeby ich problemy były zakorzenione w prawdziwym życiu. Główny bohater nie do końca rozumie, co się dzieje w miasteczku. Dla niego najważniejsze jest to, że kilka miesięcy temu stracił mamę w wypadku, a za chwilę kończy się szkoła i nie wiadomo, co zrobić z wakacjami. To, że wykoleił się jakiś pociąg i w okolicy grasuje jakaś tajemnicza istota, ma drugorzędne znaczenie. Liczą się przede wszystkim relacje z najbliższymi: z ojcem, z kolegami, z ukochaną dziewczyną. Coś się w tym układzie międzyludzkim popsuło i trzeba to naprawić.

Zdaje się, że ten motyw powtarza się w Twoich filmach. Nawet jeśli przerabiasz gotowe historie.

Masz na myśli "Mission: Impossible 3"  i "Star Trek" ? Zgadza się, w obydwu przypadkach miałem do czynienia z istniejącymi, utrwalonymi w świadomości widzów seriami. Chciałem może nie tyle coś w nich zmienić, co raczej wydobyć elementy, które wcześniej odsunięte były na boczny tor, a mi wydawały się ciekawe. Trzecia część "Mission..." miała być nie tylko thrillerem, ale przede wszystkim opowieścią o związku Ethana Hunta i jego dziewczyny. Tomowi Cruise'owi  spodobał się ten pomysł, co bardzo mnie ucieszyło. Z kolei "Star Trek" zawsze był dla mnie historią o relacjach między członkami załogi. Jako dzieciak nie byłem fanem tego serialu, dlatego chciałem, aby nowa wersja przyciągnęła nie tylko zagorzałych "Trekkies", ale także ludzi, którzy za "Star Trek" nie przepadają. Tu znów postawiłem na emocje. Historia młodego Jamesa Kirka to przede wszystkim historia jego rodziny, najpierw rozdzielonej, a potem na powrót zjednoczonej. Mówiąc krótko: filmy, które reżyseruję, to filmy, w które wkładam serce. I mam nadzieję, że widzowie to czują.

Myślisz, że dzięki "Super 8" dzieciaki na powrót zaczną kręcić amatorskie filmy?

A czy kiedyś przestały? Różnica między rokiem 1979 a obecnym jest taka, że wtedy kamera była towarem prawie nieosiągalnym. I jeśli jakiś dzieciak marzył o tym, żeby zostać drugim Spielbergiem, to najczęściej na marzeniach się kończyło. A dzisiaj prawie każdy chodzi z kamerą, choćby tylko w telefonie komórkowym. To jedyne, co się zmieniło, i to zdecydowanie na lepsze. Teraz wszyscy mają równe szanse, cała reszta to tylko kwestia talentu i wyobraźni. Narzędzia dają wiele możliwości, ale cóż, bez udziału twórcy pozostają tylko narzędziami. Na identycznej zasadzie pędzle i farby istnieją od niepamiętnych czasów. Każdy może namalować obraz, problem tylko w tym, że nie każdy potrafi. Jestem spokojny o to, że młodzi ludzie zawsze będą chcieli opowiadać historie i kręcić amatorskie filmy. Jedni się szybko zniechęcą, a inni być może zechcą zostać zawodowcami. Dzięki postępowi technicznemu będą mieli taką możliwość.

Wspomniałeś wcześniej, że jako dziecko też kręciłeś filmy na taśmie super 8 mm. Nie masz ochoty ich upublicznić?

O nie! Nie, nie, nie. Nigdy (śmiech). Obejrzałem je niedawno dla przypomnienia. Naprawdę nie chcesz ich oglądać. Ja zresztą też. Nie ma mowy! (śmiech) Uwierz mi na słowo, są okropne. Nikt ich nigdy nie zobaczy.



[Yola Czaderska-Hayek]