Ewan McGregor gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek  spotkała Ewana McGregora  w czasie pracy nad produkcją Bryana Singera  "Jack The Giant Killer" , ale ich spotkanie dotyczyło przede wszystkim filmu "Debiutanci" . W rozmowie przeprowadzonej specjalnie dla Stopklatki aktor mówi o niezwykłej historii jaką opowiada ta historia oraz pracy z Christopherem Plummerem . McGregor wspomina także o czekającym na premierę "Haywire" , prezentowanym niedawno "I Love You Phillip Morris"  oraz o kolejnej motocyklowej wyprawie.

Yola Czaderska-Hayek: Fantastycznie wyglądasz! Prawie Cię nie poznałam z tymi wąsami i hiszpańską bródką. Postanowiłeś zmienić styl?

Ewan McGregor: Nie, to dlatego, że zostałem rycerzem.

Słucham?

Gram rycerza w nowym filmie Bryana Singera "Jack The Giant Killer". Dlatego musiałem wyszlachetnieć, przynajmniej na twarzy (śmiech).

Nie żartuj, przecież niczego Ci nie brakuje. Masz 40 lat, a ciągle przypominasz młodzieniaszka.

Nawet mi o tym nie przypominaj! Wciąż jeszcze do mnie nie dotarło, że jestem już po czterdziestce. Nigdy wcześniej nie przejmowałem się swoim wiekiem. Człowiek ma przecież tyle lat, na ile się czuje, prawda? Ale kiedy w tym roku skończyłem 40 lat, zacząłem przyłapywać się na tym, że patrzę na ludzi na ekranie i zastanawiam się, ilu z nich jest młodszych ode mnie (śmiech). Na szczęście kiedy tylko dotarło do mnie, co robię, natychmiast przestałem. I zdałem sobie sprawę, że to tylko kolejny rok odhaczony w kalendarzu, nic więcej. Już mi przeszło.

Na szczęście nie masz takich problemów, jak bohater "Debiutantów".

To prawda, jestem zadowolony ze swojego życia. Wspaniałe małżeństwo, świetna praca, nie narzekam.

Jak zaangażowałeś się w realizację tego filmu?

Któregoś dnia podczas festiwalu Sundance mój przyjaciel, Rich Klubeck [obecnie także agent Ewana McGregora - Y. Cz.-H.], opowiedział mi o Mike'u Millsie, którego ojciec w wieku 75 lat wyznał, że jest gejem. Wkrótce potem poznałem Mike'a osobiście. Przeczytałem też scenariusz filmu, który chciał nakręcić na podstawie własnej historii. Przegadaliśmy kilka godzin - wtedy jeszcze nawet nie było mowy o moim ewentualnym udziale, po prostu zaciekawił mnie ten człowiek. Dowiedziałem się wtedy wielu szczegółów z jego życia, które nie znalazły się w wersji filmowej. W rzeczywistości bowiem Mike ma dwie siostry, które też odegrały ważną rolę w tych wydarzeniach. Wydaje mi się, że chyba właśnie wtedy, na etapie zwykłych, niezobowiązujących rozmów podświadomie zaangażowałem się w ten projekt. Po prostu zafrapował mnie jako niebanalna historia o relacjach między ludźmi. No i tak się potem ułożyło, że zagrałem główną rolę w "Debiutantach", a Mike stanął za kamerą. Wspaniały człowiek. Mogę powiedzieć, że znalazłem się w dobrych rękach.

Co Cię tak zachwyciło w tej opowieści?

Choćby tylko to, że kiedy bohater - Hal w wersji filmowej, a w rzeczywistości ojciec Mike'a - wreszcie mógł być sobą, zaczął naprawdę korzystać z życia, i to w pięknym stylu. Odwiedził wszystkie kluby gejowskie w Santa Barbara, zapisał się do wszystkich możliwych organizacji gejowskich. Czekał na to 75 lat! Nie masz pojęcia, jak wiele radości sprawiła mu ta zdobyta wolność. Kiedy Mike opowiadał mi o swoim ojcu, miałem wrażenie, że mówi o dwóch ludziach. Pierwszy, który udawał heteroseksualistę, był surowy i nieprzystępny. Drugi, gej, okazał się serdecznym, uczuciowym człowiekiem. I tak naprawdę dopiero wtedy, gdy wyznał prawdę, Mike'owi udało się z nim porozumieć, zaprzyjaźnić. Wcześniej było to po prostu niemożliwe. Ojciec żył w takim napięciu, ukrywając własną seksualność, że nikogo do siebie nie dopuszczał.

Dlaczego czekał tak długo z ujawnieniem swojej orientacji? Nie zdecydował się nawet po śmierci żony. Musiało minąć jeszcze kilka lat.

Na to pytanie tylko on mógłby odpowiedzieć najlepiej. Dla osoby homoseksualnej tego rodzaju wyznanie to niezwykle trudna decyzja. Człowiek wtedy niesamowicie się obnaża, mówi o swoich najintymniejszych sprawach. I nieważne, czy ma wtedy lat 15 i rozmawia z rodzicami, czy 50 i zwierza się własnym dzieciom. Mike w "Debiutantach" pokazuje kawałek historii społeczności gejowskiej w Stanach Zjednoczonych, próbuje zrozumieć, jak żyło się homoseksualistom w latach 50., kiedy policja aresztowała ich tylko za to, kim byli. Są w filmie dokumentalne zdjęcia ludzi wyprowadzanych z gejowskich barów i pakowanych do aresztu. Ojciec Mike'a po prostu się bał. Chciał uniknąć prześladowania, dlatego ożenił się i miał dzieci. "Debiutanci" pozwalają wyobrazić sobie przynajmniej w części, przez co ten człowiek musiał przejść.

To było Twoje pierwsze spotkanie z Christopherem Plummerem?

Tak, poznaliśmy się dopiero na tydzień przed rozpoczęciem zdjęć. Mike wrzucił nas na głęboką wodę, bo mieliśmy bardzo niewiele czasu, żeby się ze sobą nawzajem oswoić. W pewnym momencie wpadł na pomysł. Wysłał nas obu do centrum handlowego, dał mi 200 dolarów i kazał kupić Christopherowi Plummerowi szalik. W ten sposób mieliśmy się lepiej poznać. W samochodzie Christopher spojrzał na moje spodnie i zapytał: "Co to za fason?". To były czarne, obcisłe dżinsy. "Mówią na nie: druga skóra" - odparłem. Christopher powiedział: "Aha" i nie odezwał się więcej. Kiedy zajechaliśmy do sklepu, zacząłem szukać półki z szalikami. Po czym nagle zorientowałem się, że Christopher gdzieś zniknął. Znalazłem go wśród półek z dżinsami, gdzie zdążył już oczarować całkiem niebrzydką ekspedientkę. I zaczął przymierzać obcisłe dżinsy! Zgarnął kilka sztuk i powiedział: "Te mi się podobają". Musiałem wyjąć kartę i zapłacić za dżinsy Christophera Plummera warte 1200 dolarów. A przy okazji w ostatniej chwili dokupiłem mu ten nieszczęsny szalik. Musiałem potem poprosić o rachunek, żeby producenci zwrócili mi pieniądze (śmiech). I tak wróciliśmy na próby: Christopher ze stertą obcisłych dżinsów, a ja z szalikiem. Tak zaczęła się nasza współpraca (śmiech).

Dobry początek!

Prawda? Christopher to fantastyczny człowiek, prawdziwy dżentelmen. Jest już po osiemdziesiątce, ale wciąż chodzi prosty jak struna. Pod względem fizycznym i umysłowym jest w znakomitej formie. Z całą pewnością nie potrzebuje nikogo, kto musiałby pilnować go na zakupach. Nie muszę dodawać, że świetnie się z nim pracuje. Przez tydzień robiliśmy próby ze scenariuszem, a potem w niecałe trzy tygodnie nakręciliśmy wszystkie sceny z ojcem bohatera. Drugie tyle zajął wątek z Mélanie [Laurent - Y. Cz.-H.]. Można powiedzieć, że zamiast jednego filmu zrobiliśmy dwa. Co ciekawe, większość sekwencji kręciliśmy w porządku chronologicznym, co w tej branży stanowi rzadkość. Na ogół kolejność nie ma wielkiego znaczenia, ale Mike'owi zależało na zachowaniu porządku. Chciał zbudować na planie pewną atmosferę, która wyzwoliłaby w nas silne emocje podczas realizacji finałowych scen. Końcówka filmu jest naprawdę przejmująca. Pamiętam, że po zakończeniu pracy z trudem wróciliśmy do rzeczywistości. Widziałem Mike'a za kamerą - był bardzo poruszony. Dla niego było to osobiste przeżycie, film stopił się w jedno z jego własnymi wspomnieniami.

To nie jest Twój pierwszy film o tematyce gejowskiej. Nie tak dawno zagrałeś chociażby w "I Love You Phillip Morris". Czy role tego rodzaju nie sprawiają Ci kłopotu?

Nie sądzę. Podobne role dostają mi się co jakiś czas, właściwie odkąd tylko zostałem aktorem. Mój drugi film w karierze to "The Pillow Book"  Petera Greenawaya . Zagrałem tam biseksualistę. Zdarzyło mi się również parę razy wcielić się na ekranie w homoseksualnych bohaterów. Nie mam z tym żadnego problemu, bo na dobrą sprawę właściwie dlaczego miałbym mieć? Nasza seksualność stanowi niezwykle ważną część naszego życia. A dla aktora to szczególnie fascynujące wyzwanie. Nigdy nie podchodziłem do ról tego typu z nastawieniem: "No dobra, teraz zagram geja". Ja nie gram geja, ja gram człowieka. Orientacja to tylko jedna z cech danej postaci. Nie można postrzegać bohatera filmu tylko pod tym konkretnym kątem. Weźmy takiego Phillipa Morisa - to człowiek o wielu upodobaniach, wielu osiągnięciach i tylko tak się akurat składa, że nie podniecają go kobiety, pociągają go natomiast mężczyźni. Ale to przecież nie znaczy, że mamy widzieć w nim tylko to jego gejostwo. Nie można oceniać kogoś wyłącznie ze względu na to, z kim sypia. Nigdy nie mogłem zrozumieć, czemu dla niektórych cudza orientacja jest taka ważna. Dla mnie to zwyczajnie nie ma znaczenia. Zwłaszcza że stereotyp geja jako zniewieściałego mężczyzny dawno już stracił aktualność.

Ale Phillip Morris w Twoim wykonaniu jest zniewieściały!

Rzeczywiście, ale to efekt zamierzony. Prawdziwy Phillip Morris o wiele bardziej przypomina twardziela, bo zahartował go pobyt w więzieniu. Ale jest w tym facecie jakaś wrażliwa, kobieca nuta. Chciałem ją wydobyć na pierwszy plan, ale tu się kryło pewne niebezpieczeństwo. Z reguły, kiedy heteroseksualni aktorzy grają gejów, często przesadnie akcentują ten zniewieściały sposób bycia. I wpadają przy tym w niezamierzoną śmieszność. Nie chciałem zrobić z Phillipa - no i z siebie także! - pośmiewiska, ale z drugiej strony zależało mi na podkreśleniu delikatności bohatera. Dlatego zdecydowałem się pokazać mężczyznę o kobiecym zachowaniu, ale w taki sposób, by wypadło to naturalnie i przekonująco, a nie jak kolejna karykatura.

W jaki sposób przygotowujesz się do grania postaci?

Nie próbuję wchodzić w ich skórę, jeśli to masz na myśli. Nie chodzę po ulicy w kostiumie i charakteryzacji. Tego typu zabiegi do niczego mi się nie przydają. Cały czas natomiast myślę o swoich postaciach, zastanawiam się nad nimi. Większość pracy odbywa się w mojej głowie, w mojej podświadomości, wyobraźni. Jeśli bohater, którego mam zagrać, wykonuje jakieś rzemiosło, to staram się poznać przynajmniej jego podstawy. Ale jeśli chodzi o szperanie w źródłach, choćby w przypadku filmów historycznych, to niezbyt się do tego nadaję. Jestem zbyt leniwy.

Masz jeszcze jakieś niespełnione aktorskie marzenia?

O rety! To jest tak: na pewno mam różne pomysły i nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Ale nie należę do ludzi, którzy wynajdują jakieś ciekawe historie i sami uruchamiają proces produkcyjny. Wolę raczej, kiedy wpadnie mi w ręce jakiś porządny scenariusz albo nadarzy się okazja do pracy z dobrym reżyserem. Nie nastawiam się, że chciałbym zagrać w takim czy owakim filmie. Czasem dopiero wtedy, gdy usłyszę jakiś pomysł, wiem, że to jest to. Ciągle czegoś szukam, ale czym jest owo "coś", dowiem się dopiero wtedy, gdy to znajdę.

Po "Debiutantach" zobaczymy Cię w "Haywire". Co to za film?

To film akcji, trochę w stylu "Tożsamości Bourne'a", tylko więcej w nim scen walki. Gram właściciela firmy, która wysyła najemników na nie całkiem legalne misje. Jedną z podwładnych jest główna bohaterka. Wciela się w nią Gina Carano , mistrzyni mieszanych sztuk walki, która uprawia też boks tajski. To prawdziwa twardzielka, w ogóle nie czuje bólu. W jednej ze scen spuszcza mi porządny łomot (śmiech). Kręciliśmy tę sekwencję przez dwa dni. W pewnym momencie źle się zamachnąłem i zamiast zamarkować cios, wyrżnąłem ją w głowę. Zrobiło mi się głupio i przeprosiłem, tyle że to mnie rozbolała ręka, a Gina w ogóle nic nie poczuła (śmiech). Równie dobrze mogłem walnąć w pryzmę cegieł! Mówię Ci, Gina jest nie do pokonania, widziałem ją w akcji. Najmocniejsi kaskaderzy przy niej wymiękali! Dopiero przy scenach dialogowych robiło jej się słabo (śmiech).

Co się stało, że zagrałeś w filmie akcji?

To się stało, że nakręcił go Steven Soderbergh . A on raczej nie schodzi poniżej pewnego poziomu. To jest facet, którego nie da się zaszufladkować. Bez przerwy zmienia styl, skacze od jednego gatunku do drugiego, ale filmu akcji dotąd jeszcze nie próbował. Byłem bardzo ciekaw, co z tego wyjdzie, więc bez wahania wszedłem w ten projekt. Nie widziałem jeszcze gotowej wersji "Haywire", ale podejrzewam, że to będzie coś, czego nikt się nie spodziewa. No i ja tam gram, więc na pewno będzie dobrze (śmiech).

Planujesz jeszcze jakieś podróże motocyklowe?

Z jednej strony bardzo bym chciał, bo to fascynujące przeżycie, a z drugiej - każda taka wyprawa pochłania mnóstwo czasu i niesamowicie angażuje. Nie bardzo mogę sobie pozwolić na to, żeby tak po prostu wyrwać sobie parę miesięcy bez śladu i zniknąć bez śladu. Boję się też, żeby nie przedobrzyć. Mam już za sobą dwie wielkie trasy i czasem się zastanawiam, czy to nie wystarczy. W głębi duszy marzę jednak o trzeciej wielkiej podróży, tym razem do Ameryki Południowej. I bez względu na wszystko chciałbym ją kiedyś odbyć. Mam nadzieję, że kiedyś się uda.



[Yola Czaderska-Hayek]