Olivia Wilde gościem Yoli



Miała kilka większych i mniejszych ról, ale sławę zdobyła dzięki występowi w serialu "Dr House" . Dziś zabiegają o nią najlepsi reżyserzy w Hollywood, a ona występuje w znaczących amerykańskich filmach. Niedawno widzieliśmy ją w "Tron: Dziedzictwo"  a lada dzień do kin wejdzie film "Kowboje i Obcy" . Oto przeprowadzona specjalnie dla Stopklatki przez Yolę Czaderską-Hayek  rozmową z Olivią Wilde .

Yola Czaderska-Hayek: Dziki Zachód to przede wszystkim męski świat kowbojów pachnących whisky, koniem i tytoniem. Jak odnalazłaś się wśród nich?

Olivia Wilde: Ella - bohaterka, którą gram w "Kowbojach i Obcych" - nie jest zwykłą dziewczyną. Być może na pierwszy rzut oka wygląda na delikatną i bezbronną, ale czy to na prerii, czy w saloonie radzi sobie całkiem nieźle. Nie pasuje do stereotypu panienki z burdelu, nie przypomina też nieokrzesanej kowbojki. Jest w niej coś dziwnego, tajemniczego. Niewiele mówi, trzyma się z boku. Dopiero w trakcie filmu wychodzi na jaw, kim jest naprawdę.

Jednym słowem, kobieta znikąd?

Właśnie tak! W westernach zawsze było pełno różnych jeźdźców znikąd, mężczyzn bez imienia i tym podobnych typów. Ella to kobieca wersja takiego bohatera. Tajemnicza podróżniczka, która przybywa do miasta nie wiadomo skąd. Nie chce rzucać się w oczy, woli trzymać się z boku. Wychodzi z cienia - dosłownie! - kiedy pojawia się Daniel Craig  z tą dziwną bransoletą. Z jakiegoś powodu bardzo ją ten przedmiot interesuje. Problem w tym, że przybysz ma amnezję i sam nie wie, skąd wzięła się na jego ręku ta pamiątka. Dopiero potem wychodzi na jaw, że bransoleta to w istocie potężna broń. Ella w jakiś sposób zna jej pochodzenie, problem tylko w tym, jak sprawić, by przybysz odzyskał wspomnienia i zechciał z nią współpracować. Podoba mi się w tej postaci, że nie jest typową "kobietą z westernu". Dołącza do kowbojów nie po to, by im gotować obiad czy rozwieszać pranie, ale walczy na równi z nimi. W jakimś momencie okazuje się nawet, że zna język Apaczów!

No proszę!

Sama byłam tym zaskoczona, kiedy czytałam scenariusz. Miałam wątpliwości, czy ta scena wypadnie w filmie przekonująco, ale chyba się udało. W każdym razie Ella jako postać podoba mi się bardzo, bo z jednej strony idealnie wpisuje się w westernową tradycję - jest silnym typem, który mówi niewiele, za to szybko strzela - a z drugiej strony tę tradycję przełamuje.

Wspomniałaś, że bohater filmu cierpi na zanik pamięci. Uchylmy rąbka tajemnicy: czy Ella jest postacią z jego przeszłości?

Nie, choć na początku rzeczywiście można odnieść takie wrażenie. Kiedy bohaterowi wracają wspomnienia, wychodzi na jaw, że jego ukochana zginęła. Teraz dręczy go z tego powodu poczucie winy. Ella stara się sprawić, by wszystko sobie przypomniał, bo w ten sposób może zdobyć potrzebne jej informacje. Ale nic jej wcześniej z bohaterem nie łączyło. Pamiętam, że podczas zdjęć próbowałam namówić Jona [Favreau , reżysera "Kowbojów i Obcych" - Y. Cz.-H.], żeby pozwolił mi zagrać również tamtą dziewczynę z przeszłości. Miałaby to być taka projekcja w umyśle bohatera, wymieszanie teraźniejszości ze wspomnieniami. Ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Wprowadziłby tylko niepotrzebne zamieszanie.

Jak przygotowywałaś się do roli "kobiety znikąd"?

Na różne sposoby. Oglądałam stare filmy ze Steve'em McQueenem, Clintem Eastwoodem  i Johnem Wayne'em. Obserwowałam, w jaki sposób zachowują się na ekranie, jak się poruszają, jak mówią. Chciałam, by Ella była podobna do nich. Spędziłam też wiele godzin w tutejszym muzeum poświęconym historii Ameryki [chodzi o Autry National Center w Los Angeles - Y. Cz.-H.]. Zbierałam informacje o kobietach na Dzikim Zachodzie. Poza tym w grę wchodziła też kwestia ubioru. Zależało mi na tym, aby Ella nosiła strój odpowiedni do tamtej epoki, ale też pod jakimś względem powinien odstawać od standardu. Razem z Mary Zophres  [projektantką kostiumów m.in. w "Prawdziwym męstwie" braci Coen - Y. Cz.-H.] przekopałyśmy się przez tony archiwalnych zdjęć, oglądając, co w tamtych czasach zakładały na siebie kobiety. W efekcie Ella ma sukienkę odpowiednią do jazdy na prerii, ale bez gorsetu, który wtedy obowiązkowo się nosiło. To wyraźny sygnał dla widzów: uwaga, ta dziewczyna jest jakaś dziwna. Poza tym nosi pas z bronią i rozpuszcza włosy. Nie układa ich w loki jak większość ówczesnych kobiet w Ameryce. Wszystkie te szczegóły budują obraz postaci, która niby pasuje do krajobrazu Dzikiego Zachodu, ale tak naprawdę widać, że pochodzi z zupełnie innej bajki.

Sukienkę i gorset jeszcze rozumiem, ale raczej ciężko mi wyobrazić sobie Ciebie jako Clinta Eastwooda.

Bo nie mam w tej chwili pasa z bronią! (śmiech) Na planie najpierw nie mogłam pojąć, jak w ogóle można z tym chodzić, kiedy człowiekowi dynda się u nóg całe to żelastwo. Ale potem, kiedy się człowiek przyzwyczai, jest łatwiej. Trzeba się po prostu lekko nachylić, żeby zbalansować ciężar. Tak właśnie robił Clint Eastwood. Mi też się udało. Koledzy na planie mówili, że chodzę tak samo, jak on (śmiech).

A co z jazdą konno?

Tu miałam pewne problemy, bo chociaż konno umiem jeździć od dzieciństwa, to po tacie Irlandczyku znałam przede wszystkim styl angielski. Trzeba było wszystkiego uczyć się od nowa, żeby opanować styl amerykański. Dodatkowy kłopot sprawiły nam siodła, bo musieliśmy jeździć w prawdziwych muzealnych kulbakach. Ale jeśli spojrzeć na to od innej strony, to w sumie nie było tak źle: mogliśmy bawić się w kowbojów i jeszcze nam za to płacili!

Powiedzmy może: w filmowych kowbojów, bo ci prawdziwi poganiacze krów nie zawsze wyglądali tak efektownie, jak rewolwerowcy w westernach.

Oczywiście! Ale kiedy myślisz sobie "kowboj", to myślisz o poganiaczu krów czy jednak o bohaterze westernu? Bo dla mnie sprawa jest oczywista. Filmowy, romantyczny wizerunek kowboja tak silnie zakorzenił się w masowej świadomości, że zamiast poganiaczy krów wyobrażamy sobie szlachetnych wędrowców, odważnych pionierów przemierzających nieznane strony, kierujących się wciąż na zachód. I każdy z nich obowiązkowo wygląda jak Steve McQueen , Robert Redford  albo Paul Newman . Western to nieodrodna część amerykańskiej kultury i wydaje mi się, że dla hollywoodzkiego aktora występ w filmie o Dzikim Zachodzie to coś w rodzaju sakramentu: po prostu trzeba przez to w życiu przejść. Na planie wszyscy mieliśmy podobne wrażenie. Kiedy założyliśmy kostiumy, przypięliśmy pasy z bronią i przeszliśmy się po tym zakurzonym miasteczku, doszliśmy do wniosku, że podobnie musiał się czuć John Wayne, kręcąc swoje westerny. Pamiętam, że podczas jednej ze scen, kiedy razem z Danielem Craigiem i Harrisonem Fordem  jechaliśmy konno, Jon Favreau siedział obok na wysięgniku, z cygarem i w kapeluszu, w którym wyglądał jak brytyjski kolonialista. Właściwie można go było pomylić z Johnem Hustonem (śmiech). Miałam wrażenie, że czas się cofnął. I że wróciliśmy do złotej ery westernu, do "Siedmiu wspaniałych " czy "W samo południe ".

Ale w porównaniu z tamtymi filmami technika poszła mocno do przodu. Dziś reżyserzy mają o wiele większe możliwości. Mogą nakręcić takie sceny, o jakich dawniej nie można by nawet pomarzyć.

Tylko że kręcenie filmów nie sprowadza się wyłącznie do techniki! Konieczna jest wizja, talent... no i przede wszystkim poświęcenie. Ci prekursorzy, twórcy klasycznych westernów, niewiele w sumie różnili się od tych prawdziwych pionierów Dzikiego Zachodu. Też odważnie zapuszczali się na odludzie, z tą różnicą, że nie szukali złota, a chcieli opowiedzieć pewną historię. Dzisiaj wydaje się, że nie ma nic prostszego niż zrobienie westernu, ale wtedy, w ich sytuacji, było to prawdziwe wyzwanie. I prawdziwe ryzyko, nie tylko artystyczne czy finansowe. Kiedyś dla lepszego efektu kamery przywiązywało się do pędzących dyliżansów, a aktorzy wykonywali takie kaskaderskie sztuki, że na samą myśl może strach oblecieć. W "Dobrym, złym i brzydkim " jest na przykład scena, kiedy Eli Wallach  ze związanymi z tyłu rękami galopuje przez całe miasto. Bez dublera! Spróbuj dzisiaj poprosić kogoś, żeby powtórzył taki wyczyn.

Swoją drogą, to zabawne, że filmy Sergia Leone , kiedyś nazywane pogardliwie "spaghetti westernami", dziś uchodzą za szlachetną klasykę gatunku.

To prawda. Sami zresztą przed rozpoczęciem zdjęć do "Kowbojów i Obcych" oglądaliśmy filmy Sergia Leone. To był nasz punkt odniesienia. Mało które produkcje tak wzbogaciły mitologię Dzikiego Zachodu, jak właśnie spaghetti westerny. Dzisiaj chyba mało kto zdaje sobie sprawę, że te filmy w rzeczywistości powstały we Włoszech. Wydają się tak bardzo amerykańskie.

Bohater, którego gra Daniel Craig, jest nawet trochę podobny do Clinta Eastwooda z "dolarowej" trylogii Sergia Leone.

Naprawdę tak uważasz? Mi się raczej kojarzył ze Steve'em McQueenem, ale to kwestia indywidualnego odbioru. Jestem pod wrażeniem, jak facet z Liverpoolu przeistoczył się w rasowego kowboja.

Nie pierwszy raz Brytyjczyk wciela się w Amerykanina.

Tak, wiem, oczywiście najpiękniejszy amerykański akcent w całym Los Angeles ma Hugh Laurie  (śmiech). Ale mi chodzi o co innego. Daniel jest fascynujący, ponieważ więcej jest w stanie wyrazić gestem, językiem ciała niż słowami. Te jego oczy potrafią przeszyć człowieka na wylot. Wiem coś o tym, bo wiele razy zdarzyło mi się zapomnieć tekst, kiedy w trakcie sceny Daniel patrzył prosto na mnie. Najbardziej niesamowite jest to, że bohaterowie, których gra, na ogół równie dobrze mogliby być czarnymi charakterami. Na przykład Bond - dla mnie Daniel to najlepszy odtwórca roli Bonda! Pozornie emanuje spokojem, ale jeśli mu się przyjrzeć, to widać, że w każdej chwili jest gotów zaatakować. Jest napięty, czujny, obserwuje wszystko z wyostrzoną uwagą. A jednocześnie nie daje po sobie nic poznać. Uważam, że Daniel Craig urodził się po to, by zagrać Bonda. I urodził się po to, by zagrać kowboja.

Daniel Craig czy Harrison Ford? Który podoba Ci się bardziej?

(śmiech) Nie potrafię odpowiedzieć! To za trudne pytanie.

Z którym się lepiej pracuje?

O rety! Też nie wiem, co powiedzieć, bo z obydwoma pracuje się rewelacyjnie. Najtrudniej było mi uwierzyć w to, do jakiego stopnia obydwaj są skromnymi, spokojnymi ludźmi. Przecież to gwiazdorzy filmowi! Wydawałoby się, że będą zadzierać nosa na wysokość trzeciego piętra. Tymczasem nic podobnego. Harrison po prostu jest sobą: spełnionym człowiekiem, zadowolonym ze swojego życia. Myślę, że byłby tak samo szczęśliwy, gdyby pozostał cieślą. Aktorstwo traktuje po prostu jako pracę. Nie próbuje pokazać całemu światu, że jest najlepszy. Daniel z kolei zaimponował mi swoim podejściem do roli. Naprawdę zrobił, co w jego mocy, aby poznać świat Dzikiego Zachodu i stać się jego częścią. Na początku czułam się trochę onieśmielona w ich towarzystwie i zastanawiałam się, co ja robię z takimi dwoma wspaniałymi facetami. Na szczęście bardzo nam pomogły próby ze scenariuszem. Przez kilka tygodni Daniel, Harrison, Jon i ja czytaliśmy dialogi, a jednocześnie oswoiliśmy się ze sobą. I kiedy weszliśmy na plan, byliśmy już zgranym zespołem.

Mówiliśmy tyle o kowbojach, pogadajmy więc na koniec trochę o Obcych.

Proszę bardzo.

Twoi ulubieni filmowi kosmici?

Oczywiście Obcy! (śmiech) Uwielbiam przede wszystkim pierwszy film z cyklu o Obcych, ten w reżyserii Ridleya Scotta. Te stwory przerażają i fascynują mnie jednocześnie. Przypominają olbrzymie owady, tym straszniejsze, że odrobinę podobne do ludzi.

Lubisz filmy o kosmitach?

Powiedzmy, że raczej mam słabość do samych kosmitów. Kiedy byłam mała, moja starsza siostra wmawiała mi przez dobrych parę lat, że przybyłam z kosmosu i rodzice mnie adoptowali. I że to oczywiście sekret, i nikt o tym nie wie. Naprawdę byłam święcie przekonana, że pochodzę z innej planety! Dzięki temu umiem się postawić w sytuacji przybysza, który odwiedza obcy świat. Domyślam się, co czuje i jakie ma problemy. Nawet dzisiaj czasami mam wrażenie, że żyję jak kosmitka. Pracuję w dziwnych godzinach, spotykam się z dziwnymi ludźmi, noszę dziwne ubrania - chwilami to wszystko przypomina jakiś sen, fantazję. I gdyby nagle trzeba było się z tego snu obudzić, ciężko byłoby odnaleźć się w rzeczywistym świecie. Zupełnie jakby człowiek zleciał na ziemię z Księżyca. Dlatego rozumiem przybyszów z kosmosu. Oni naprawdę nie mają lekko.



[Yola Czaderska-Hayek]